Zwykle jedyny happy end, na jaki mogą liczyć, to odnalezienie ciała topielca. O nurkach ze straży pożarnej

Jedna ze smutniejszych akcji, w jakiej uczestniczył Tomasz Frankiewicz, miała miejsce w Krakowie. Przez niedopatrzenie opiekunów dziecko z niepełnosprawnością intelektualną wyszło z ośrodka szkolno-wychowawczego nad rzekę i wpadło do wody. - Ludzie musieli widzieć, jak to dziecko zanurzało się i jak dochodzi do tragedii. Nikt nie zareagował - wspomina emerytowany nurek wodny ze straży pożarnej.

Dobrze zapamiętał tę trójkę dzieci. Rok wcześniej razem z kolegami wypompowywał wodę z ich domu podczas "powodzi tysiąclecia". Spędził tam wtedy kilkanaście godzin, dlatego utkwiły mu w pamięci twarze i głosy biegających po podwórku kilkulatków.

Jednak pod wodą ich nie rozpoznał. Były uwięzione w samochodzie, który leżał na dnie głębokiego zbiornika wodnego. Nie dawały już żadnych oznak życia. Strażacy z grupy wodno-nurkowej nie mogli się do nich dostać, więc podjęli decyzję o wyciągnięciu auta na brzeg.

- Gdy to się stało i zobaczyłem je martwe na tylnych siedzeniach, dotarło do mnie, że je znam. Wyświetlił mi się w głowie obraz, jak bawiły się na podwórku. To była moja pierwsza trudna akcja, nie w sensie technicznym, tylko emocjonalnym. Jako nurek pracowałem dopiero trzeci rok, ale strażakiem nie byłem świeżym. Mimo że już wiele tragedii widziałem, np. znajdowałem nieżywych ludzi w pogorzelisku, to nieszczęście dzieci zadziałało na mnie najmocniej – mówi Tomasz Frankiewicz, emerytowany strażak, który jako nurek przepracował 19 lat.

Rodzice z rozpaczą patrzyli, jak wypływająca z samochodu woda odsłania ciała malców. Popełnili błąd, który kosztował życie całej trójki ich dzieci. Zaparkowali samochód, zostawili w nim kilkulatków i poszli szukać miejsca na piknik, a auto zjechało ze skarpy do wody. Gdy przyjechali strażacy, leżało na głębokości paru metrów. Dla bólu rodziców nie było już ukojenia.

Chrześnica kolegi

- Wszystkie akcje, podczas których wydobywamy z wody ciała dzieci, zostają w pamięci – potwierdza aspirant Remigiusz Szołtysik ze specjalistycznej grupy nurkowej Państwowej Straży Pożarnej w Bytomiu. Najbardziej utkwiło mu w głowie wezwanie do 9-latki, która bawiła się na zalanych ogródkach działkowych. Puściła do wody łódkę i obserwowała, jak płynie. Gdy zabawka się oddaliła, dziewczynka weszła za nią do wody i spadła w zagłębienie, które zostało po studzience kanalizacyjnej.

- Jak zanurkowaliśmy, zobaczyliśmy, że dziecko nie doszło do dna, tylko dryfowało w toni. Wyciągnęliśmy je na powierzchnię, reanimowaliśmy przez kilkadziesiąt minut, ale nie udało się jej uratować. Babcia, która spuściła wnuczkę z oka, była spanikowana. Ludzie z pogotowia, którzy dojechali na miejsce, musieli ją cucić, bo zemdlała – wspomina aspirant Szołtysik.

Tragiczna wiadomość czekała też na ratowników w jednostce. Okazało się, że 9-latka to chrześnica ich kolegi strażaka, który ledwie dwa dni wcześniej był u niej na pierwszej komunii. - Staram się nie przynosić pracy do domu, nie obciążać nią rodziny, ale to była trudna sytuacja, chodziliśmy struci i przygnębieni – przyznaje.

- Po powrocie do jednostki zawsze takie akcje przegadywaliśmy, bo każdy strażak ma pewną wyporność, jeśli chodzi o przyjmowanie traumatycznych przeżyć. Myślę, że z upływem czasu w służbie ta wyporność się zwiększa, ale trzeba rozmawiać. Opowiedzenie o tym, co się stało, to dobry sposób na przepracowanie trudnych emocji i obrazów przywiezionych z akcji. Trzeba się z nimi uporać, żeby nie przynosić ich bliskim – dodaje Tomasz Frankiewicz.

Pod wodą uspokoiła go cisza

Strażacy ze specjalistycznych grup wodno-nurkowych – oprócz gaszenia pożarów, jeżdżenia do wypadków drogowych i usuwania skutków klęsk żywiołowych – uczestniczą w akcjach ratowniczych, gdy ktoś tonie, i poszukiwawczych, gdy ktoś stracił w wodzie życie.

- Najwięcej pracy mamy latem i wiosną. Bo jeden poszedł pływać w rzece, złapał go skurcz i utonął, drugi wędkował, poślizgnął się i wpadł do wody. A kolejny źle wziął samochodem zakręt i wpadł do rzeki. Albo inne częste sytuacje: dwóch dżentelmenów po alkoholu postanowiło przepłynąć na drugą stronę jakiejś żwirowni, ale w połowie drogi okazało się, że jeden z nich zniknął. Gdy przyjeżdżaliśmy na miejsce, ten drugi nie potrafił określić, gdzie dokładnie jego kolega utonął. Zakładaliśmy więc skafandry, butle i maski z modułem łączności radiowej, żebyśmy mogli porozumiewać się pod wodą. I szukaliśmy. Widoczność w wodzie czasem była mniejsza niż metr, dlatego macaliśmy dno, aż znaleźliśmy obiekt – mówi emerytowany strażak Tomasz Frankiewicz.

- Teraz pracę ułatwia nam sonar, który opuszczamy pod wodę, by sprawdzić, gdzie topielec może się znajdować. Sonar pokazuje cień danego obiektu, który może być ciałem. Schodzimy wtedy pod wodę i go szukamy. Jeśli się udaje, łapiemy topielca i płyniemy z nim do góry. Dopiero na 3-4 metrach głębokości widzimy, kogo wyciągamy. Czasem matka zgłasza, że jej syn był w niebieskich spodenkach, ale to zauważamy dopiero bliżej powierzchni wody – tłumaczy aspirant Szołtysik.

Opowiada, że gdy 15 lat temu zaczynał pracę, usłyszał od doświadczonego strażaka historię, która zmroziła mu krew w żyłach. Ten nurek jakiś czas poszukiwał ciała na dnie, uspokoiła go absolutna cisza panująca pod wodą, aż nagle zetknął się z twarzą topielca. Sine usta, martwe oczy, które niespodziewanie wyłoniły się z ciemności, napędziły ratownikowi strachu.

- Ten obraz zapadł mi w pamięci tak mocno, że przez kolejne trzy lata miałem go w głowie, gdy schodziłem pod wodę – wspomina Remigiusz Szołtysik.

W pracy nurków ze straży pożarnej zdarzają się też inne sytuacje tylko dla ludzi o mocnych nerwach - te, w których topielec okazuje się ofiarą zabójstwa. - Kiedyś wyciągnęliśmy z wody mężczyznę, który miał ranę ciętą na szyi. Ale taką, że można było dokładnie poznać anatomię przełyku i układu oddechowego. To nie jest praca dla delikatnych osób – mówi Tomasz Frankiewicz.

Zdziwiony topielec

W większości sytuacji jedyny happy end, na jaki mogą liczyć nurkowie ze straży pożarnej, to odnalezienie ciała topielca, bo na jego ratowanie zazwyczaj jest już za późno. - Jak ktoś o godz. 7 rano zauważył w rzece samochód, a on wpadł do niej około godz. 4, to już nie jest akcja ratownicza, tylko poszukiwawcza – wyjaśnia Tomasz Frankiewicz.

Czasem jednak akcje ratownicze kończą się naprawdę szczęśliwie. Frankiewicz wspomina tę z krakowskiego Zakrzówka, gdzie tonął nastolatek. - Podczas zabawy z kolegami spadł ze skały do wody. Złamał przy tym rękę, wył z bólu i zaczął się topić. Ktoś wskoczył za nim do wody, a inny wezwał nas na pomoc. Pamiętam, że pędziliśmy przez miasto z łodzią na przyczepie, wjechaliśmy z nią prosto do wody, szybko ją odpięliśmy i zaczęliśmy płynąć do poszkodowanego. W tym czasie koledzy wysokościowcy zjeżdżali już do niego na linach ze skały. Akcja była bardzo dynamiczna, dzięki czemu udało się chłopaka wyciągnąć na brzeg, przekazać pogotowiu i uratować – mówi emerytowany strażak.

Pamięta też historię z bardziej zaskakującym happy endem. Grupa nurków, z którą pracował, dostała zgłoszenie od kobiety, że jej mąż wyszedł z domu dwa dni wcześniej i nie daje znaku życia, a jego samochód stoi nad pobliskim jeziorem. Strażacy szybko przyjechali na miejsce, wkrótce dotarła tam też policja i karetka, a w końcu także… sam poszukiwany w kąpielówkach.

- Okazało się, że dwa dni wcześniej, w sobotę, poszedł się wykąpać w jeziorze, a potem zobaczył, że w sąsiedztwie przy ognisku bawią się jego kumple. Postanowił, że usiądzie z nimi na chwilę w tych kąpielówkach, ale impreza im się przedłużyła do poniedziałku. No, troszkę się zasiedział. Stwierdził, że czas już wracać, gdy zauważył, jak pod jego domem zaroiło się od różnych służb. Jaki był zdziwiony, gdy usłyszał, że wszyscy go szukamy. Można powiedzieć, że historia miała swój happy end – podkreśla Tomasz Frankiewicz.

W ciemności mózg wyolbrzymia zagrożenia

Inaczej szuka się topielca w zalewie na krakowskim Zakrzówku, a inaczej w rzece, w której prądy znoszą ciało i zwiększają obszar poszukiwań. - Jeśli nie udaje się znaleźć obiektu w ciągu 2-3 godzin, to uruchamiane są jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, które patrolują brzegi, bo ciało mogło zostać wyniesione na płyciznę przez prąd rzeki - mówi Frankiewicz.

Czasem gdy nurkowie przybywają na miejsce, ciało pływa już na powierzchni wody. - Tak dzieje się zwłaszcza w lecie, kiedy płytsze zbiorniki się nagrzewają, a obiekt w nich szybciej dochodzi do takiego stanu, że wypływa do góry – tłumaczy.

- To, kiedy topielec wypłynie, zależy od temperatury wody, ale też od tego, co jadł i pił. Bo jeśli ma w sobie np. płyny gazowane, to ten gaz może go szybciej wynieść na powierzchnię wody. Miałem taką sytuację, że chwyciłem ciało, chciałem je dźwignąć, a ono nagle praktycznie samo poszło do góry. Przestraszyłem się, bo woda była zamulona i mało co widziałem, a wiadomo, że w takich warunkach mózg wyolbrzymia zagrożenia – wyjaśnia Remigiusz Szołtysik.

Niekiedy jednak pod wodą czekają na nurka prawdziwe zagrożenia, o czym Szołtysik się przekonał, gdy dostał wezwanie na zalane ogródki działkowe pod Rudą Śląską. - Jakiś pan wypił sobie tam kilka piw, włączyła mu się "nieśmiertelność" i założył się z kolegą, że przepłynie ten "akwen" szybciej niż tamten to obiegnie. No i się nie udało. Zeszliśmy z kolegą pod wodę, tam były jakieś siatki, nici ze starych dywanów, zaplątałem się w to i nie szło wydostać się na powierzchnię. Przez dłuższy czas próbowałem się z tego wycinać. Topielca znaleźliśmy dopiero następnego dnia, bo go zniosło parędziesiąt metrów dalej - wspomina.

Nikt nie zareagował

Jedna ze smutniejszych akcji, w jakiej uczestniczył Tomasz Frankiewicz, miała miejsce w Krakowie. Przez niedopatrzenie opiekunów dziecko z niepełnosprawnością intelektualną wyszło z ośrodka szkolno-wychowawczego nad rzekę i wpadło do wody. Była godz. 16, ludzie zaczynali wracać z pracy do domu, wokół więc było wielu przechodniów. Ktoś zobaczył w rzece sweter chłopca i zadzwonił na numer alarmowy.

- Gdy przyjechaliśmy, dzieciak był już martwy. Ratownicy medyczni dość długo go reanimowali, ale nie udało się go ocalić. To było strasznie smutne, bo nikt nie wskoczył do wody, a przecież ona w tym miejscu nie była bardzo głęboka, dorosły mężczyzna miał ją po szyję. Ludzie musieli widzieć, jak to dziecko zanurzało się i jak dochodzi do tragedii. Nikt nie zareagował – wspomina.

"Starsza pani chciała nas całować po rękach"

Na pytanie, co rekompensowało mu w tej robocie trudne przeżycia, Tomasz Frankiewicz odpowiada, że takie akcje jak ta z krakowskiego Zakrzówka, podczas której udało się uratować nastolatka. Nie zdarzały się często, ale pozostawiły w nim myśl, że dzięki niemu i kolegom z grupy ratowniczej ktoś cieszy się teraz życiem.

- Pamiętam też taką sytuację, gdy jakiś człowiek podpalił trawy na dużych łąkach pod Krakowem. Zgasiliśmy je dosłownie kilka metrów od zabudowań, w których mieszkała starsza pani. To niesamowite, jak była nam wdzięczna. Chciała nas wszystkich całować po rękach. To są sytuacje, które rekompensują trudne doświadczenia wyniesione z tej pracy – podsumowuje Frankiewicz.

Przeczytaj historie o ludziach, którzy ratują innym życie:

DOSTĘP PREMIUM