Mieszkańcy dwóch dzielnic Warszawy żyją na bombie ekologicznej. "Mogą dowiedzieć się po latach"
W Warszawie powstają osiedla mieszkaniowe na terenach, na których w przeszłości prowadzono działalność przemysłową. Nie wszędzie te grunty zostały odpowiednio zbadane i oczyszczone. NIK wskazuje na niepełne rejestry, opóźnienia i niewystarczający nadzór urzędów w dwóch dzielnicach. - Inwestycje powstają na gruntach zanieczyszczonych i mieszkańcy mogą dowiedzieć się o tym po wielu latach - mówił w TOK FM rzecznik Najwyższej Izby Kontroli Bartłomiej Pograniczny.
Z tego artykułu dowiesz się:
- co ustaliła NIK podczas kontroli gruntów w Ursusie i na Pradze-Północ;
- jakich zaniechań dopuściły się władze tych dzielnic oraz RDOŚ;
- jakie są konsekwencje tych nieprawidłowości.
W drugiej połowie lipca kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli (NIK) poinformowali o wynikach kontroli dot. rejestrów zanieczyszczonych gruntów na terenie Ursusa oraz Pragi-Północ. Problem sięga przełomu lat 90. i 2000., kiedy zamykano duże zakłady przemysłowe. Wiele z nich wcześniej przechowywało paliwa lub prowadziło działalność, która mogła powodować skażenie terenu.
- W związku z tym tereny te powinny być rekultywowane, doprowadzane do stanu pierwotnego, ale zakłady te nie miały na to środków - mówił rzecznik NIK Bartłomiej Pograniczny w "Niedzielnym Magazynie TOK FM".
Urzędy miały sprawdzać grunty. NIK: Rejestry są niepełne
Odpowiedzią było wprowadzenie systemu, który nakładał na urzędy dzielnicy obowiązek identyfikacji zanieczyszczonych terenów i zgłaszanie ich do Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. RDOŚ z kolei mógł nakazać posiadaczowi gruntu jego przebadanie i oczyszczenie. Urzędy nie wywiązały się należycie z tego zadania.
- Jak wynika z naszej kontroli, analiza urzędów dzielnic nie była prowadzona właściwie. Te rejestry są niepełne, (...) obejmują tylko wybrane tereny. Przykładowo Urząd Dzielnicy Ursus zwracał szczegółową uwagę na tereny należące do miasta, a w przypadku gruntów prywatnych, stwierdzał: "No jak mam tutaj zadziałać? Musiałbym ponieść koszty badania gruntów, które nie należą do miasta, więc mogłoby to być niegospodarne". I tutaj NIK zwraca uwagę, że są przepisy, które pozwalają urzędom dzielnic zażądać od właścicieli gruntów informacji o tym, czy na danym terenie były jakieś zakłady, czy istnieje ryzyko, że tam mogą być pewne zanieczyszczenia. Urząd Dzielnicy Ursus nie korzystał z tej możliwości - wskazał Pograniczny w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.
Na Pradze-Północ problem był inny. Pierwszy wykaz potencjalnych historycznych zanieczyszczeń sporządzono z dużym opóźnieniem. - Brakowało też stosownego nadzoru ze strony samego miasta. Niby w systemie, w dokumentach wewnętrznych były poprzydzielane odpowiednie zadania, ale gdy przejdziemy do dokumentacji niżej, brakowało ich właściwego wykonania. Tak samo RDOŚ, nawet jeśli dostał jakieś wykazy od Ursusa i Pragi Północ, to czasem zgłaszał jakieś swoje uwagi dopiero po latach - podkreślił rzecznik NIK.
"Substancje ropopochodne" pod garażem w Ursusie
Efekt jest taki, że mieszkańcy żyją na bombie ekologicznej, najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy.
- Inwestycje powstają na gruntach zanieczyszczonych i mieszkańcy mogą się o tym dowiedzieć po wielu latach, gdy dojdzie do jakiegoś wycieku czy uszkodzeń w fundamentach. Dopiero wtedy realnie odczują problem, któremu można było zapobiec dużo wcześniej - mówił Pograniczny.
Skutki zaniechań urzędników już widać, a także czuć. Mowa o inwestycji przy ulicy Quo Vadis w dzielnicy Ursus. - Doszło tam do uszkodzenia płyty fundamentowej. Mieszkańcy zauważyli, że w rogach garażu pojawia się jakaś substancja, która bardzo charakterystycznie pachnie. Po przebadaniu okazało się, że są tam substancje ropopochodne - relacjonował rzecznik NIK.
Kontrola NIK objęła lata 2018-2025 i tylko dwie dzielnice. Bardzo możliwe, że problem dotyczy innych części stolicy. - To była kontrola doraźna, pokazująca pewien wycinek sytuacji - zaznaczył Bartłomiej Pograniczny w "Niedzielnym Magazynie TOK FM.
Źródło: TOK FM