"Wcześniej wojskowi byli w sali gimnastycznej. Teraz wybudowali otoczony drutem obóz obok szkoły"

Pani Aneta mieszka w wiosce tuż przy strefie stanu wyjątkowego. W miejscowościach, których ograniczenia związane ze stanem wyjątkowym obowiązują, ma przyjaciół, znajomych. Nie wie, czy może ich odwiedzić, czy oni mogą odwiedzić ją, czy ich dzieci mogą się spotykać. - Jest wiele niewiadomych. I oczywiście kompletnie nie rozumiem, po co w ogóle jest ten stan wyjątkowy - mówi nasza rozmówczyni, mama dwójki dzieci.
Zobacz wideo

W miejscowości, w której jest szkoła, do której chodzą dzieci pani Anety, stacjonuje wojsko. - Wcześniej wojskowi byli w sali gimnastycznej. Teraz, jak rozpoczął się rok szkolny, wybudowali sobie otoczony drutem obóz obok szkoły. Są wozy wojskowe, są żołnierze z zasłoniętymi twarzami. Po pierwszym dniu w szkole usłyszałam od dzieci, że ten czy inny kolega opowiadał, że słyszał od rodziców, iż uchodźców to trzeba się bać. Bo to mogą być bandyci, przestępcy, że trzeba się zamykać w domu. Czy ja się zamykam? No właśnie nie. Jak odwożę dzieci do szkoły, to od zawsze zostawiam dom otwarty. Nie boję się, otwarty mam też garaż - podkreśla. 

Pani Aneta dodaje, że do niej takie informacje, które mają wywołać niepokój i strach zupełnie nie trafiają. Ale przyznaje, że w internecie widziała, że część okolicznych mieszkańców "podawała sobie takie informacje o rzekomo istniejącym zagrożeniu".

- Miałabym się bać? Kogo? Uchodźców? Nie, absolutnie nie. Jestem pewna, że ci uchodźcy to ludzie, którzy potrzebują pomocy. Raczej zamiast kraść moje laptopy czy cokolwiek innego, to byliby wystraszeni i nie wiem, czy nie baliby się  poprosić o jedzenie lub picie. Myślę, że nie weszliby do mojego domu nieproszeni. I dlatego absolutnie nie mam poczucia zagrożenia - przekonuje pani Aneta.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Według naszej rozmówczyni stan wyjątkowy wprowadzono "chyba tylko po to, by w pasie granicznym, nie było aktywistów organizacji pozarządowych i dziennikarzy". - I po to, by nam mieszkańcom uprzykrzyć życie. Ja i moi sąsiedzi do dziś nie wiemy, czy możemy się wzajemnie odwiedzać, jeśli jeden z nas ma dom w strefie stanu wyjątkowego, a drugi poza nią. Nie wiemy, czy ludzie ze strefy mają prawo jechać na zakupy i nie będzie z tym problemu. Część kobiet z Krynek przed wprowadzeniem tego stanu robiła bardzo duże zakupy, takie zapasy, bo nikt nie wie, co będzie, ile to potrwa. Nikt z nami o tym nie rozmawia - podkreśla.

Jak dodaje, to budzi jej obawy, "pewien lęk", a nie uchodźcy. - Wiem, że są osoby, które papierek po batoniku, znaleziony w polu kukurydzy biorą za dowód na to, że uchodźcom dobrze się powodzi i nie potrzebują pomocy. Takie osoby powinny to sobie naprawdę jeszcze raz przemyśleć - uważa pani Aneta. I mówi, że obecnie "budujemy w sobie takie emocje, które były też wiele lat temu, gdy ludzie uciekali z jednych rejonów do drugich, z różnych przyczyn".

- Wtedy też był taki strach i podobne mechanizmy. Nie zgadzam się z takim podejściem, ale wiem, że niektórzy tak myślą i mówią. Ale z drugiej strony jest też wiele osób, które znałam wcześniej, znam ich poglądy i wiem, że nie są ludźmi otwartymi, tolerancyjnymi, a dziś słyszę, że nikomu nie odmówiliby wody czy pomocy. I widzę w nich współczucie dla uchodźców; słyszę: "To są przecież ludzie". To budujące - przyznaje nasza rozmówczyni.

- Mamy wyobraźnię, część z nas zdaje sobie sprawę, że my też możemy się znaleźć w podobnej sytuacji, jak ci uchodźcy z granicy. To jest często trudne dla naszej psychiki. Wiem, że wiele osób wpadło w głębokie "doły". Nie możemy się odnaleźć w tej rzeczywistości - podsumowuje pani Aneta.

DOSTĘP PREMIUM