"Prigożyn nie mógł dostać zawału, musiał zginąć widowiskowo". Ekspert wskazuje na "podpis" pod tą śmiercią
Na pokładzie samolotu, który rozbił się we środę wieczorem w obwodzie twerskim na zachodzie Rosji, był szef najemniczej Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn - poinformowała Rosawiacja, czyli rosyjska agencja transportu lotniczego. Nie jest znana bezpośrednia przyczyna katastrofy.
Agencja Reutera podała, że - według władz USA - samolot został zestrzelony rakietą ziemia-powietrze.
Śmierć Prigożyna potwierdził Władimir Putin. - Trzeba poczekać na oficjalne wyniki śledztwa dotyczącego rozbicia się samolotu - dodał.
Michał Potocki z "Dziennika Gazety Prawnej" mówił w TOK FM, że wygląda na to, iż Grupa Wagnera "została zdekapitowana". Bo na liście pasażerów był także Dmitrij Utkin, pseudonim "Wagner", czyli "prawa ręka" Prigożyna. A także Walerij Czekałow, który odpowiadał za logistykę grupy i osobistą ochronę Prigożyna.
Rozmówca Jakuba Janiszewskiego wskazał na "charakterystyczny podpis" Kremla pod domniemaną zbrodnią na Prigożynie. - To bardzo w stylu Kremla. Po pierwsze doszło do niej w dwumiesięcznicę próby puczu (23 czerwca wagnerowcy ruszyli na Moskwę - przyp. red.). Po drugie: teraz doszło do katastrofy samolotu. A w czasie marszu Prigożyna na Moskwę najbardziej widowiskowym ciosem zadanym rosyjskiemu państwu było to, że wagnerowcy zestrzelili 7 maszyn, samolotów i śmigłowców. Czyli w jeden dzień zestrzelili ich więcej niż Ukraińcy w dowolny pojedynczy dzień wojny, która trwa od 2014 roku. Mam wrażenie, że Prigożyn miał zginąć w samolocie, bo zadał największe straty lotnictwu - tłumaczył.
Dziennikarz przyznał, że zdaje sobie sprawę, iż brzmi to surrealistycznie, ale taki "podpis" bardzo pasuje do Putina i Kremla. - Oni bardzo lubią bawić się w symbole. Np. Borys Niemcow (polityk opozycyjny wobec dyktatora Rosji – przyp. red.) przecież zginął pod murami Kremla. Dokładnie naprzeciwko kamery na murach Kremla. Więc ta symbolika jest podpisem - ocenił dziennikarz.
Jak dodał, historia pokazuje, że Putin nie przebacza, a jego zemsta zawsze "musi być widowiskowa". Powinna również jednoznacznie wskazywać, kto jest jej autorem. - Prigożyn nie mógł dostać np. zawału w Mińśku. Musiał zginąć widowiskowo jak Aleksander Litwinienko. Tego ostatniego można było otruć czymś zwyczajnym, co nie wzbudziłoby podejrzeń. Natomiast otruto go polonem, a sprawca dostał później immunitet parlamentarny, bo został deputowanym (w rosyjskim parlamencie) - przypomniał Michał Potocki.
"Prigożyn został uspokojony przed śmiercią"
Gość TOK FM stwierdził, że sama śmierć Prigożyna nie jest zaskoczeniem po jego nieudanej próbie puczu. Zdaniem ekspertów podpisał wtedy wyrok śmierci na siebie. - Największym zaskoczeniem w całej tej historii jest to, że Prigożyn dalej zachowywał się, jak gdyby nigdy nic. I dalej latał do Rosji, nie próbując się zabezpieczyć. Że uwierzył w gwarancje bezpieczeństwa od Putina i Aleksandra Łukaszenki - mówił.
Jak przyznał, Prigożyna mogło zmylić to, że choć Putin najpierw oskarżył go o zdradę, to później się z nim spotkał. - Został uspokojony przed śmiercią. Putin mu niby wybaczył. Prigożyn dostał nawet nowe zadania: miał szkolić białoruskie wojsko i zajmować się dalej sprawami w Afryce. Rosjanie lubią uspokoić kogoś i dopiero wtedy zadać mu cios, kiedy czuje się już bezpiecznie - tłumaczył.
Jednak w jego ocenie Prigożyn powinien być bardziej nieufny, bo sam "siedział w więzieniu i był półbandytą". - Poza tym był bardzo blisko Kremla od wielu lat i doskonale rozumiał, na jakich zasadach działa ten system. A mimo wszystko uwierzył, że jest bezpieczny (...) To mogło wynikać z tego, że Putin dotąd raczej nie mordował swoich. Można było ich pozbawić stanowiska, zdetronizować i wsadzić do łagru jak Michaiła Chodorkowskiego. Ale generalnie swoich – poza otwartymi "zdrajcami" jak Litwinienko, który uciekł na Zachód - raczej się nie mordowało. Pierwszą taką historią był Niemcow, który zginął, choć wcześniej był wicepremierem, ale też nie w epoce Putina. A Prigożyn był bardzo blisko Putina. I być może to go zgubiło. Być może sądził, że zasada "swoich się nie zabija" obowiązuje. Ale jak się okazało, 23 czerwca zrobił parę kroków za dużo, zaczynając strzelać do rosyjskich żołnierzy. To mogło zadecydować - podsumował rozmówca Jakuba Janiszewskiego.