Lekarze nie chcą dyżurować na SOR-ach. Przez przepisy ukryte w Tarczy 4.0

Michał Janczura
- Nikt nie chce pracować na SOR-ach - alarmuje w reportażu TOK FM dyrektor szpitala w Krakowie. Przepisy, które rząd dokleił do tzw. Tarczy 4.0, zaostrzają kary za błędy medyczne i wywołują strach. Kilka miesięcy po ich wprowadzeniu lekarze przestrzegają, że myślenie, co zrobić, by nie pójść do więzienia, nie pomaga przede wszystkim pacjentom.
Zobacz wideo

W czerwcu do Sejmu trafił projekt tzw. Tarczy 4.0. To miała być wyczekiwana przez wszystkich kolejna transza rozwiązań dla osób dotkniętych skutkami ekonomicznymi pandemii. Ku zdziwieniu prawników w projekcie, oprócz przepisów regulujących na przykład spłacanie kredytów we frankach, znalazła się też szeroko zakrojona zmiana przepisów Kodeksu karnego. Zaostrza ona kary za wiele przestępstw. - Sąd będzie musiał w pierwszej kolejności wymierzać karę pozbawiania wolności. To jest radykalne zaostrzenie odpowiedzialności za błędy medyczne, za nielegalną aborcję i wiele innych przestępstw - wyliczał na antenie TOK FM doktor Mikołaj Małecki, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dodatkowa cegła na plecach

Damian Patecki robi specjalizację z anestezjologii. Mówi, że do jego szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi trafiają te najbardziej skomplikowane przypadki. Wyjątkowa robota, wielkie wyzwania, szansa na rozwój, ale też praca pod presją. - Niektóre rzeczy, które robię, są po prostu trudne manualnie. Proszę sobie wyobrazić, jak wygląda praca z pacjentem, który waży dwa kilogramy. Niektóre procedury są jak nawlekanie nitki na igłę pod presją czasu - mówi Patecki i pyta, po co nakłada się na niego dodatkową presję.

Lekarze nie do końca rozumieją, dlaczego ktoś postanowił zaostrzyć przepisy karne. W szczegóły tych regulacji raczej nie wnikają. Przepis wprowadzono w trakcie pandemii, czyli w momencie, gdy oni są na pierwszej linii frontu. Wiedzą, że popełniając nieumyślnie błąd medyczny, mogą trafić za kratki. Chirurg prof. Andrzej Matyja przypomina, że niewiele wcześniej urzędnicy zdjęli z siebie odpowiedzialność za podejmowanie decyzji w czasie pandemii, a na lekarzy nakładają dodatkową. To wydaje się nielogiczne, niestety ma swoje wymierne konsekwencje.

- Za chwilę nie będzie lekarzy chętnych do pracy na SOR-ach i na oddziałach operacyjnych. To jest realne. Już mamy problemy, żeby obsadzić dyżury - mówi Jerzy Fridiger, dyrektor szpitala im. Żeromskiego w Krakowie. I dodaje, że tak było od jakiegoś czasu, a po zmianie przepisów widać to szczególnie.

"Na SOR-ach żyjemy z garbem"

- Sytuacją, z którą każdy z nas pracujących na SOR-ze miał wielokrotnie do czynienia, jest pismo od prokuratora, że jesteśmy wzywani w charakterze świadka z artykułu o narażeniu na utratę życia lub zdrowia - mówi szef SOR-u w krakowskim szpitalu im. Żeromskiego, Łukasz Litwa. Twierdzi, że nowe przepisy go nawet nie zdziwiły. Tratuje je jak kolejną cegłę nakładaną mu na plecy. Mówi, że młodsi lekarze boją się dyżurować, a starsi są już świadomi, jak ciężka to jest praca i jakie niesie ryzyko. Grupa tych chętnych do pracy cały czas się zmniejsza. - Ja żyję z tym garbem i ciągłym niepokojem, że coś może pójść nie tak i moje życie zawodowe i prywatne może się nagle zakończyć, albo mocno skomplikować - mówi Łukasz Litwa w reportażu "Artykuł 37a, czyli przepis na lekarza".

Godna śmierć czy spokój lekarza

Tomasz Imiela jest specjalistą chorób wewnętrznych, robi specjalizację z kardiologii. Pracuje w szpitalu Grochowskim w Warszawie. Mówi, że ryzykowne procedury to realia każdego dyżuru. -Trafiają do nas pacjenci w ciężkich stanach. Podajemy silne leki powodujące skutki uboczne. Wykonujemy inwazyjne badania na sercu. To są wszystko bardzo ryzykowne procedury - mówi lekarz i dodaje, że część osób może bać się podawać na przykład najsilniejsze leki, bo w takich sytuacjach ryzyko zgonu jest duże.

Jest też druga strona medalu. Do szpitali, szczególnie na oddziały takie jak kardiologiczny, trafiają ludzie, którym nie da się już pomóc. - Często stan jest tak poważny, że nie można nic zrobić. Oni nie wyzdrowieją. Umierają na naszych oczach - mówi Imiela i tłumaczy, że nowe przepisy są tu szczególnie niebezpieczne. - W przypadku takich osób agresywne metody leczenia nie wydłużą życia, nie poprawią tego życia, a wręcz przeciwnie - wydłużą cierpienie - mówi i zaznacza, że stosowanie tzw. uporczywej terapii nie powinno mieć miejsca, ale w świetle nowych regulacji wiele osób może to robić ze strachu przed ewentualnym oskarżeniem.

W Polsce nie ma ustawowej definicji błędu medycznego. Lekarze są pociągani do odpowiedzialności z przepisów Kodeksu karnego mówiących m.in. o narażeniu na utratę życia lub zdrowia. W 2016 roku w Polsce prowadzono prawie 5 tysięcy takich śledztw, rok później już o 15 proc. więcej.

Reportaż "Artykuł 37a, czyli przepis na lekarza" pokazuje, jak nowe regulacje wpływają na pracę szpitali i działania lekarzy. A przede wszystkim to, jakie mogą być skutki dla pacjentów. Emisja i rozmowa z autorem w programie Mikrofon TOK FM dziś o 20.

DOSTĘP PREMIUM