advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Śląskie

Diagności odchodzą, stacje plajtują. "Chcą ten system znacjonalizować?". Branża po cichu mówi o Orlenie

5 min. czytania
19.06.2023 11:06
- Aktualnie wizyta u fryzjera czy kosmetyczki kosztuje więcej niż badania techniczne pojazdu - mówią nam właściciele stacji diagnostycznych. Od dawna domagają się podwyżek. Zapowiadają kolejny protest i coraz głośniej pytają: "Może ktoś planuje przejęcie systemu poprzez przyduszenie przedsiębiorców?".
|
|
fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl

Stawki za badania techniczne pojazdów zostały ustalone ustawą w 2004 roku. Branża regularnie apeluje o ich podniesienie, ale zderza się ze ścianą. - Sami się dziwimy, dlaczego ten opór tak długo trwa - mówi nam Marcin Barankiewicz, prezes zarządu Polskiej Izby Stacji Kontroli Pojazdów.

- Obiektywne wskaźniki przemawiają na naszą korzyść, patrząc na narastającą przez te lata inflację, koszty pracy, wzrost minimalnego wynagrodzenia, koszty energii czy innych usług dodatkowych. Rodzą się pytania, jaki cel się za tym kryje i czy może ktoś ma pomysł na nacjonalizację systemu badań technicznych albo jego przejęcie poprzez przyduszenie ekonomiczne przedsiębiorców - dodaje nasz rozmówca. Wskazuje, że aktualnie za sezonową wymianę opon trzeba już zapłacić więcej.

Sprzedaż gum spada na łeb, na szyję. Przemysł oponiarski wszczyna alarm

Z podstawowej opłaty 98 złotych brutto, którą ponosi kierowca samochodu osobowego - płacąc za badanie - po odjęciu podatków VAT i dochodowego z każdego badania pozostaje właścicielowi stacji około 64 złote. Za to musi pokryć koszty związane z funkcjonowaniem stacji kontroli pojazdów, wynagrodzeniem pracowników i utrzymaniem urządzeń.

- Przedsiębiorcy balansują na progu rentowności i muszą się wspomagać, dosypując z innej działalności. Jedni zamykają stacje, inni jadą na oparach i zastanawiają się, co dalej robić - przyznaje Barankiewicz. Według ankiety przeprowadzonej w zeszłym roku przez Polską Izbę Stacji Kontroli Pojazdów, jedna czwarta przedsiębiorców prowadzących stacje diagnostyczne zajmuje się wyłącznie tą działalnością. Oni nie mają z czego "dosypać".

Jadą na oparach

- W obecnej sytuacji jesteśmy już poniżej zera. Byliśmy zmuszeni sprzedać dwie nieruchomości, żeby ratować się i nie zwolnić pracowników. W przeciwnym razie musielibyśmy wyrzucić ich na bruk - mówi nam Andrzej Szkuta, prezes zarządu Automobilklubu Śląskiego. Klub prowadzi trzy stacje kontroli pojazdów - dwie w Katowicach i jedną w Rybniku.

- Przypomnę, że Automobilklub Śląski stworzył stacje kontroli, bazując na pracy i finansowaniu własnych członków. Tu nie ma złotówki od państwa. I zdecydowana większość - praktycznie 95 procent - stacji diagnostycznych to właśnie kapitały prywatne, biznesy rodzinne lub prowadzone przez stowarzyszenia. A uzależnieni jesteśmy od stawki państwowej, która nie była zmieniana od 19 lat - dodaje.

- Aktualnie wizyta u fryzjera czy kosmetyczki kosztuje zwykle więcej. Diagnostyka roweru to średnio jakieś 170 złotych, a za bezpieczeństwo na drogach - własne i innych użytkowników - płacimy ledwie 100 złotych - rozkłada ręce nasz rozmówca. Tłumaczy również, że jeśli zdarza się, iż powstają gdzieś nowe stacje kontroli pojazdów, to otwierają je przedsiębiorcy, których źródłem dochodu jest zwykle co innego - na przykład transport drogowy lub mechanika samochodowa, a stacja kontroli powstaje dodatkowo.

Do listy rosnących kosztów związanych z prowadzeniem działalności, coraz wyższych rachunków za prąd, gaz, stawek ubezpieczenia, czynszu, ochrony czy serwisu urządzeń diagnostycznych dochodzą jeszcze rządowe zapowiedzi dalszego podwyższania płacy minimalnej, która ma wynieść od stycznia 4242 złote brutto, a od 1 lipca 2024 - 4300 złotych.

- Przy utrzymaniu dotychczasowej stawki za badanie kontrolne będziemy chyba musieli zamykać nasze stacje. Nie mamy już z czego dokładać - mówi szef śląskiego Automobilklubu. I spodziewa się dużego odpływu pracowników branży na koniec roku. - W innych zawodach samochodowych, na przykład jako kierowcy samochodów ciężarowych, mogą zarobić dwu- a nawet trzykrotnie więcej niż obecnie zarabiają jako diagności. To w końcu odbije się na nas jako kierowcach, bo gdy stacje się pozamykają, nie będziemy mieli gdzie zrobić badania kontrolnego. I co wtedy będzie? - zastanawia się Szkuta.

Przejęcie poprzez przyduszenie?

Jak przyznaje Marcin Barankiewicz, w branży diagnostów to Orlen bywa uznawany za jednego z kandydatów do przejęcia systemu badań technicznych. - Coraz częściej o tym słyszę w branży i poza nią. Słyszałem o tym również od dwóch czy trzech organizacji, które chciały się włączyć w walkę o waloryzację stawek za badania techniczne. Wydaje mi się to jednak trochę utopijne. Po co Orlenowi stacje kontroli pojazdów? - zastanawia się Barankiewicz. Ale szybko dodaje, że na tak zadane pytanie usłyszał już kiedyś od swoich rozmówców odpowiedź: 'A po co Orlenowi wydawnictwo [Polska Press]?'.

Polska Press w rękach Orlenu. Sąd wydał decyzję w sprawie odwołania złożonego przez RPO

Jego zdaniem drugim poważnym kandydatem do przejęcia systemu może okazać się Transportowy Dozór Techniczny. - Jeśli się spojrzy na działania ministerstwa, to TDT jest jednostką kreowaną na taką, która ma się zajmować sprawami związanymi z motoryzacją i z obszarem badań technicznych - homologacji. Co prawda TDT nie ma jeszcze własnych stacji, ale 1 lipca wchodzi w życie ustawa o systemach homologacji, w której powołuje się służbę techniczną Transportowego Dozoru Technicznego, która będzie badać pojazdy pod kątem homologacji. Wymagania dla obiektów, w których te pojazdy będą badane, są takie same, jak dla okręgowej stacji kontroli pojazdów. To rodzi domysły, że może ktoś ma ochotę ten system znacjonalizować - komentuje nasz rozmówca.

Jak dodaje, w takiej sytuacji w sprawie podniesienia opłat za badania techniczne zapewne nie toczyłyby się już żadne dyskusje. Jako przykład podaje przekazanie przez Ministerstwo Infrastruktury uprawnień dotyczących wydawania odstępstw od warunków technicznych, jakim powinien odpowiadać pojazd do TDT. Ministerstwo przekazało te uprawnienia w 2022 roku, a równocześnie 45-krotnie wzrosła opłata. - Gdy odstępstwami zajmowało się ministerstwo, wnosiło się opłatę skarbową w wysokości 10 złotych, która - jak każda inna opłata skarbowa - wpływała do kasy samorządu. Gdy zadanie to przejął TDT, wniosek o wydanie odstępstwa od warunków technicznych kosztuje 450 złotych. Mamy 45-krotny wzrost stawki, ale jakoś nikt nie oprotestował tej podwyżki. No ale dotyczy to zdecydowanie mniejszej grupy obywateli - rozkłada ręce Barankiewicz.

Protest pierwszego dnia wakacji

W tej sytuacji Polska Izba Stacji Kontroli Pojazdów zapowiada kontynuację protestu, który miał już wiele odsłon. Planowana data najbliższego protestu to 23 czerwca, czyli zakończenie roku szkolnego i zarazem początek wakacji. "

W tym dniu badania techniczne nie będą wykonywane. Przedsiębiorcy i diagności będą informować kierowców, dlaczego branża protestuje i stacja kontroli pojazdów jest nieczynna"

" - zapowiada Polska Izba Stacji Kontroli Pojazdów. Przyjęta została także uchwała - apel, skierowany do premiera i ministra infrastruktury, o podjęcie pilnych działań w celu urealnienia stawek opłat za badania techniczne.