"Widziałam, jak bardzo moje dzieci się tego bały. Dlatego kupiłam bilety do Polski"
Do wybuchu wojny w Ukrainie pani Julia mieszkała w Czortkowie, niedaleko Tarnopola. Pracowała tam w szkole muzycznej. - Uczyłam solfeżu [czytanie nut głosem], gry na instrumentach, śpiewu - opowiada. Wyjechała z domu razem z dwójką dzieci 26 lutego, tuż po pierwszych wybuchach. Dziesięć kilometrów od ich domu było słychać eksplozje, w pobliżu znajdowała się baza wojskowa. - Widziałam, jak bardzo moje dzieci się tego bały. Nie płakały, dusiły emocje w sobie, ale ja to widziałam. Dlatego zdecydowałam, że wyjeżdżamy. Kupiłam bilety do Polski i wyruszyliśmy. Nie do końca wiedziałam, dokąd - wspomina.
Rozmawiając z nami stara się nie płakać, ale momentami emocje są silniejsze. - Tyle czasu już minęło, dawno nie wracałam do tamtych wspomnień, ale one głęboko we mnie siedzą. Dzieci do końca nie rozumiały, co się dzieje. Nigdy czegoś takiego nie przeżyły. To było jak w kinie - mówi. - Nie zadawały pytań. Wiedziały, że muszą robić to, co mówi mama. Dostosowały się - dodaje.
Pani Julia zabrała z domu jedną walizkę. W niej dokumenty, książki i zeszyty do szkoły, jakieś ubrania. - Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że książki są najważniejsze, że muszą się dalej uczyć, że nie można tego przerwać. To wtedy było dla mnie ważne - opowiada nasza rozmówczyni. - Gdy odprowadzali nas na autobus moi rodzice, powiedziałam: "Niedługo wrócimy", a mama mi odpowiedziała: "Oj, chyba nie". Niestety, miała rację - dodaje.
Julia trafiła do Lublina. Jak mówi, pomogli jej wolontariusze. - Czułam, że nie jesteśmy sami. Nie wierzyłam, że znajdę pracę, choć wiedziałam, że muszę to zrobić, bo z czegoś trzeba żyć - opowiada. Uchodźcy, którzy trafili do Lublina, wypełniali specjalną ankietę, w której było pytanie m.in. o to, czym zajmowali się u siebie, jakie mieli pasje, jaki zawód wykonywali. - Napisałam, że byłam nauczycielką. Nawet się z tego śmiałam, że nie ma sensu tego pisać, bo przecież nikt mnie jako nauczycielki nie zatrudni. Kompletnie nie znałam języka polskiego - tłumaczy.
Jak dodaje, było dla niej ogromnym zaskoczeniem, gdy dostała telefon z informacją, by stawiła się na spotkanie w sprawie pracy. - Na miejscu wyjaśniono nam, że mamy pracować w szkole, jako asystentki polskich nauczycieli, że mamy pomagać ukraińskim uczniom odnaleźć się w nowej rzeczywistości, wśród nowych kolegów. Powiem szczerze, że byłam w szoku i jednocześnie szczęśliwa - mówi nam pani Julia.
Ukrainki w Polsce. Co robią, jak żyją?
Początki nie były łatwe, bo sama musiała się wszystkiego uczyć. - Dzięki wsparciu wolontariuszy wysłano nas - ukraińskie nauczycielki - na intensywny kurs polskiego. Miałyśmy po dwie godziny dziennie, codziennie, przez miesiąc. To dużo dało. Potem chodziłam też na kurs w szkole, do której trafiłam razem z ukraińskimi dziećmi. To było też dla nich ważne, że nie tylko one, ale również ja - dorosła, razem z nimi się uczę - opowiada.
Pani Julia nie kryje, że dla ukraińskich uczniów to, że mogły z kimś porozmawiać w swoim ojczystym języku, było jak lekarstwo. - Czułam i nadal czuję, że jestem im potrzebna. Gdy idę korytarzem na przerwie, rozmawiamy, podbiegają do mnie. Mogę powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy. Staram się im pomagać. Mam mnóstwo notatek w swoim kalendarzu: kto uczy się w jakiej klasie, mam numery telefonów rodziców. Dzwonię, jeśli nauczyciel mnie o coś poprosi. Przykładowo teraz, gdy jeden z chłopców nie przeczytał lektury "Kajko i Kokosz", muszę zadzwonić do mamy i poprosić, by spróbowała namówić syna do przeczytania tej książki - mówi Julia.
Marek Krukowski, który był wtedy dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 51 w Lublinie, gdzie trafiła pani Julia, nie kryje, że dla niego też było to wyzwanie. - Powiedziałem, że chciałbym, aby była dla ukraińskich dzieci taką zastępczą mamą w szkole. By służyła im pomocą, ale też była w stałym kontakcie z ich rodzicami. By poznawała potrzeby dzieci i ich problemy. I tak rzeczywiście było. Pomoc pani Julii od początku była nieoceniona - opowiada Krukowski. Jak dodaje, wiedział, że w Ukrainie nauczycielka uczyła muzyki. - Dlatego zaproponowałem, by zorganizowała dla ukraińskich mam taki Dzień Matki. Były wierszyki, piosenki i mnóstwo wzruszeń. To było niezwykłe spotkanie - mówi dyrektor.
- Jedną piosenkę śpiewaliśmy w języku polskim, którego jeszcze wtedy nie znałam. Napisałam sobie słowa tej piosenki ukraińskimi literami, fonetycznie. Miałam taką ściągawkę - śmieje się pani Julia.
"Moje dzieci znów się bały"
Pani Julia obiecała swoim dzieciom, że święta spędzą w Ukrainie, z dziadkami. - Wiedziałam, że to niebezpieczne, ale nie mogłam ich zawieźć. Dlatego pojechaliśmy. Było ciemno, strasznie, ale syn i córka mogli zobaczyć się z dziadkami. To było dla nich niezwykle ważne - mówi.
Przyznaje, że w trakcie kilku dni pobytu wielokrotnie odzywały się alarmy przeciwlotnicze, trzeba było schodzić do ukrycia. - Widziałam, że moje dzieci znów się bały. Jadąc do domu, bałam się, że nie zechcą wrócić do Polski. Było zupełnie inaczej. Pytały, kiedy wracamy. Wiedziały, że tam - w Polsce - jest bezpiecznie - dodaje.
Gdy pytamy, czy wróci do Ukrainy, bez wahania odpowiada, że tak, gdy tylko wojna się skończy. Tak jak inni Ukraińcy, wierzy w zwycięstwo. - Wcześniej czy później, ale wrócimy. Oczywiście, zaczęliśmy tutaj w Polsce teraz nowe życie. Polacy bardzo nam pomagają, wspierają. Ale dom to jednak dom - podsumowuje nasza rozmówczyni.
Pani Julia jest jedną z bohaterek serialu 'Sąsiadki'. To opowieść o Ukrainkach, które zamieszkały w Polsce. Jedne na chwilę, inne już dziś deklarują, że zostaną na stałe. Niektóre przyjechały same, inne z dziećmi albo ze starszymi rodzicami. Serialu można słuchać na antenie Radia TOK FM do niedzieli 26 lutego włącznie, codziennie tuż po godz. 20.