W dawnym klasztorze mieszkają uchodźcy. Długi, brak prądu i spór z urzędnikami
Mała wioska około 30 kilometrów od Lublina*. W budynku po dawnym żeńskim klasztorze działa ośrodek dla uchodźców z Ukrainy. Przebywają w nim głównie matki z dziećmi, seniorzy i seniorki, są też osoby chore czy z niepełnosprawnością. Aktualnie około 80 osób.
Robert Mazurek - bo to on założył to miejsce - wynajął ten budynek od innej osoby prywatnej. Jak opowiada w TOK FM, pierwotnie chciał tu stworzyć razem z żoną dom dla seniorów, ale wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie i uznali, że pomoc obywatelom tego kraju jest aktualnie ważniejsza.
Jak mówi, w domu może mieszkać nawet około 150 osób i wielokrotnie - jak przekonuje - były momenty, gdy tak właśnie było. - Nigdy nie było to miejsce do mieszkania na stałe, raczej na krótkie pobyty w dalszej drodze. Część osób jechała do Niemiec, inni do Kanady i u nas mieszkali 2-3 dni albo do dwóch tygodni. Choć oczywiście są osoby, które mieszkają już długo - mówi Mazurek.
Brak prądu, brak ogrzewania
Gdy wchodzimy do środka, widzimy, że czystość pozostawia wiele do życzenia. Wcześniej słyszeliśmy też, że część osób skarży się, że nie mają co jeść. Jednak kiedy jesteśmy w środku, kobiety krzątają się po kuchni - gotują jakąś zupę, ziemniaki, jest też barszcz ukraiński.
W budynku od ponad dwóch tygodni nie ma prądu. Odłączono go, bo pan Robert nie opłacił rachunków. Ma zadłużenie również w opłatach za gaz. Gdy odwiedzamy to miejsce, część obiektu jest też pozbawiona ogrzewania. Pan Robert wskazuje, że dzień wcześniej wysiadł piec i trzeba go naprawić. Dzieci bawią się na podłodze w nieogrzewanej "świetlicy".
Jak się okazuje, mężczyzna nie płacił też czynszu, dlatego z końcem września właściciel wypowiedział mu umowę najmu. Jak przekonuje, dowiedział się o tym dopiero teraz, od urzędników.
Rozmawiamy z dwiema mieszkankami ośrodka. - Jestem tu od roku, z córką i z wnuczką. Jest nam tu dobrze, lepiej niż gdybyśmy miały siedzieć w piwnicach w Ukrainie. A że nie ma prądu? Cóż zrobić, mamy nadzieję, że zaraz nam ten prąd przywrócą - mówi jedna ze starszych pań.
Rosja zemści się na Polsce? 'Trzeba mieć spakowaną walizkę'
Wojewoda nie płaci?
W rozmowie z nami pan Robert nie ukrywa, że od kilku miesięcy ma problemy z płatnościami. Zapewnia, że do lipca wszystko miał uregulowane. Na bieżąco - jak mówi - dostawał też od państwa pieniądze za pobyt uchodźców. Wszystko miało się zmienić po wejściu w życie znowelizowanej ustawy o pomocy dla obywateli Ukrainy, czyli od 1 lipca.
Od tego czasu nadzór nad ośrodkami sprawuje wojewoda lubelski. Jego urzędnicy odwiedzają te miejsca, sprawdzają ich stan, starają się dbać o standardy. Ośrodki są prowadzone przez samorządy, ale też przez podmioty prywatne (takie jak pan Robert). Te - dzięki wsparciu z budżetu państwa - mają zapewnić uchodźcy dach nad głową i codzienne wyżywienie.
Co ważne - zgodnie z prawem - uchodźca też ponosi częściową odpłatność: po upływie 120 dni pobytu w Polsce jest to kwota odpowiadająca wysokości 50 proc. kosztów zakwaterowania w takim ośrodku (nie więcej niż 40 zł za osobę dziennie), a jeśli pobyt jest dłuższy - 75 proc. kosztów zakwaterowania (nie więcej niż 60 zł dziennie). Zwolnione z opłat są m.in. osoby z niepełnosprawnością i ich opiekunowie, seniorzy, kobiety w ciąży czy mamy samotnie wychowujące co najmniej trójkę dzieci - wtedy płaci za nich państwo.
Krzyk dziecka na środku ulicy. 'Jak ci wpier***ń, to do Wigilii nie usiądziesz'
Pan Robert w rozmowie z nami deklaruje zdecydowanie: 'Nie wziąłem nigdy od tych osób [uchodźców] żadnych pieniędzy. Ich nie byłoby stać, by płacić mi po dwa tysiące złotych miesięcznie, na przykład za siebie i dziecko, w ramach tej odpłatności przewidzianej ustawą. Owszem, te kobiety czasami sobie gdzieś dorabiają, ale tylko od czasu do czasu, na przykład w lecie pracowały dorywczo gdzieś w rolnictwie - opowiada Mazurek.
Przekonuje, że jego zaległości są efektem tego, że od kilku miesięcy nie otrzymuje od państwa przelewów za osoby, które u niego mieszkały bądź dalej mieszkają. Wspomina, że jeszcze za lipiec i sierpień pieniądze dostał, ale jedynie za niewielką część osób. - Za kogo mi nie chcą zapłacić? Tego nie wiem, bo urząd nie udostępnia mi żadnych list - rozkłada ręce.
Co na to wojewoda i jego służby?
Pytamy dyrektora Wydziału Polityki Społecznej Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie, czy rzeczywiście wojewoda nie chce zapłacić za uchodźców, którzy przebywają w ośrodku pod Lublinem. - To skrót myślowy - mówi Janusz Iwanicki. I wyjaśnia: 'Wojewoda może finansować pobyt osób w takim miejscu, jeżeli ośrodek posiada formalny status ośrodka zbiorowego zakwaterowania. Pan, który ten ośrodek prowadzi, doskonale wie, że status tego ośrodka został utracony'. - Starostwo rozwiązało z nim umowę na prowadzenie tego punktu. Dodatkowo, z informacji, które mamy wynika, że umowa dzierżawy tego budynku też wygasła, bo nie był regulowany czynsz - dodaje w rozmowie z TOK FM Iwanicki.
Dyrektor podkreśla, że mimo wszystko urzędnicy wojewody interesują się tym miejscem. - Podejmujemy pewne działania, by poprawić sytuację osób, które tam mieszkają, niezależnie od statusu formalnego. Staramy się o to, by ponownie - awaryjnie - uruchomić tam dostawy prądu, jesteśmy w tym zakresie w kontakcie z właścicielem budynku, ale to nie jest procedura, która polegałaby na włączeniu wtyczki do gniazdka. Tu jest zadłużenie i to jest problem. Dodatkowo chcemy też jak najszybciej dostarczyć tam żywność - wylicza nasz rozmówca.
Problem z rozliczeniami?
Jak dowiadujemy się nieoficjalnie, Robert Mazurek - jako prowadzący ośrodek - miał wcześniej dostawać na ten cel nawet 200-300 tysięcy złotych miesięcznie za 120-150 osób, które wykazywał w rozliczeniach.
Rzeczniczka wojewody Dorota Grabowska - w rozmowie z TOK FM - przyznaje, że jednym z problemów w ośrodku była właśnie kwestia rozliczeń. - Starostwo powiatowe miało zastrzeżenia co do liczby osób tam przebywających, a tym samym - do tego, za pobyt ilu ludzi powinno płacić. Informacje ze starostwa są takie, że pan dzierżawca prawdopodobnie wykazywał o wiele więcej osób niż w rzeczywistości tam mieszkało. Z tego co wiemy, do dzierżawcy obiektu były wysyłane w ostatnich miesiącach liczne pisma w tej sprawie - mówi rzeczniczka wojewody lubelskiego.
Robert Mazurek - w rozmowie z nami - przekonuje, że w wykazach podawał tylko te osoby, które u niego faktycznie przebywały. Zapewnia, że nie chciałby ze swojej działalności zrezygnować, ale - jak wskazuje - rozmowy z urzędnikami są "jak uderzanie głową w mur". Jak podkreśla, nikogo nigdy w ośrodku nie trzymał na siłę, nikogo też z niego nigdy nie wyrzucił. - Choć może powinienem, bo pojawiał się problem z alkoholem. Ale to nie jest proste - przyznaje. Dodaje, że podobny ośrodek ma też w Gorzowie Wielkopolskim - na ok. 35 osób i tam - co podkreśla - nie było nigdy żadnych problemów z płatnościami.
Urzędnicy wojewody twierdzą, że w każdej chwili są w stanie znaleźć dla tych rodzin miejsca w innych ośrodkach. - Mamy ich obecnie w rezerwie około 300. Chcemy się spotkać z mieszkańcami i mieszkankami ośrodka, by dokładnie im to wytłumaczyć: jakie mają prawa, co możemy im zaoferować i na jakich zasadach - podkreśla dyrektor Wydziału Polityki Społecznej Janusz Iwanicki.
'Obawy są ogromne'. Na Lubelszczyźnie szykują dodatkowe miejsca dla uchodźców
O sprawie ośrodka pod Lublinem rozmawiamy też z Mileną Kloczkowską ze Stowarzyszenia Homo Faber, które pomaga uchodźcom z Ukrainy mieszkającym na Lubelszczyźnie. - Nie byłam świadkiem takiej rozmowy, ale wydaje mi się, że osoby przebywające w tym miejscu nie miały do niedawna w ogóle świadomości, że ten punkt formalnie od października nie istnieje. One są przekonane, że ośrodek działa tak jak działał i to wojewoda jest winny całej sytuacji, bo nie płaci - mówi Kloczkowska.
Jak dodaje, stowarzyszenie stara się pomóc Ukrainkom i Ukraińcom spod Lublina. - Jesteśmy otwarci na każdą pomoc dla tych osób - mówię tu przede wszystkim o pomocy informacyjnej. Każda z tych osób może do nas przyjść, może z nami porozmawiać i znajdzie tutaj takie wsparcie, jakie możemy od siebie dać. Można też do nas przychodzić w ciągu dnia, jest tutaj ciepło, można wypić kawę, herbatę. Staramy się też wspierać urzędników w pomocy tym rodzinom z ośrodka, być pewnym łącznikiem między urzędem a tymi osobami - dodaje działaczka Homo Faber.
Dopytywana, czy ma poczucie, że część osób, które tego typu ośrodki prowadziły bądź nadal prowadzą, robi to dla pieniędzy, przyznaje: "To trudne pytanie". - Powiem tak: znam wiele punktów. Widziałam ośrodki, które są prowadzone w sposób rewelacyjny, widziałam takie, którym można byłoby wystawić ocenę dostateczną, ale są i takie, w których mogłoby być dużo, dużo lepiej. Mam poczucie, że wszędzie tam, gdzie idą jakieś środki finansowe, to jeśli ktoś chce i znajdzie sposób, to może z tego zrobić biznes. Nie mówię o tym konkretnym ośrodku pod Lublinem, ale przecież m.in. właśnie dlatego zmieniono ustawę - by były takie sytuacje, zdiagnozowane, i państwo - wprowadzając zmiany - chce z nimi skończyć - wskazuje rozmówczyni TOK FM.
*Celowo nie podajemy jej dokładnej nazwy, by nikogo nie stygmatyzować.