,
Obserwuj
Kultura

Na powrót Ani Jałowiczor czekają ubranka i pluszaki. Już od 28 lat [FRAGMENT KSIĄŻKI]

7 min. czytania
12.05.2024 11:01
"(Anna Jałowiczor - red.) w momencie zaginięcia miała 10 lat. 24 stycznia 1995 roku bawiła się na przyjęciu karnawałowym zorganizowanym w simoradzkiej podstawówce. Niestety nigdy z tej zabawy nie wróciła do domu, a w jej historii przez lata namnożyły się trudne pytania bez odpowiedzi" - pisze Szymon J. Wróbel w reportażu "Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają".
|
|
fot. zaginieni.policja.pl

Rozdział 'Ania, na którą czekają już 28 lat' pochodzi z reportażu pt. 'Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają' Szymona J. Wróbla. Książkę wydaną 10 kwietnia 2024 roku nakładem wydawnictwa Sine Qua Non możesz kupić tutaj .

Dziewczynka miała mało czasu na przygotowanie się do imprezy karnawałowej - zabawa zwykle organizowana była dla innej grupy wiekowej, ale w ostatniej chwili kryteria zostały zmienione. Ania, wychodząc ze szkoły około 14.00, zapytała babcię, która pracowała w placówce jako woźna, czy może się wybrać na przyjęcie. "Babcia na początku nie chciała się zgodzić, ale po namowach jednak zezwoliła na wyjście, zaznaczając, że odbierze Anię ze szkoły około 19.00, gdy będzie wracała od rodziny. Ania nie chciała na to przystać, prosiła, żeby babcia pozwoliła jej wracać z koleżanką" - opowiada Dominik, brat Ani. "Wszystko działo się szybko i z tego pośpiechu doszło do nieporozumienia: nie wiadomo było, kto, jak, z kim i o której wróci do domu".

Zdaniem niektórych, trasa, którą poruszała się Ania ze szkoły do domu, mogła budzić strach. Dominik tak nie uważa - jego zdaniem niepokój mogło budzić jedynie to, że w ten feralny wieczór Ania szła ścieżką sama, a inne dzieci ruszyły w przeciwnym kierunku. Wiąże się to z faktem, że Simoradz to typowa śląska miejscowość, gdzie domy są porozrzucane - nie ma jednej drogi i domów po jej lewej i prawej stronie, jak często bywa w małych miejscowościach.

Z zeznań ówczesnych świadków wynika, że do pewnego momentu Ania szła w stronę domu z kolegą z klasy. Znała go pół roku, czyli od momentu, gdy rodzeństwo zamieszkało w Simoradzu. Przeszli około 30 metrów, gdy Ania powiedziała koledze, że teraz pójdzie już sama. On się odwrócił, dołączył do innych kolegów i nie spoglądał do tyłu. "Nie ma w aktach informacji, czy Ania argumentowała jakoś chęć samotnego kontynuowania pozostałej trasy. Wtedy ten dziesięcioletni chłopak powiedział niewiele, ale ciężko było wymagać od niego dłuższych wspomnień dotyczących tej krótkiej sytuacji" - tłumaczy Dominik.

W sprawie pojawił się szereg poszlak. Jedni świadkowie uważali, że na zabawie karnawałowej Ania bawiła się świetnie, inni, że patrzyła w okno, jakby na kogoś czekała. Brat zaginionej akurat w tym zachowaniu upatruje oczekiwania na babcię, która miała przyjechać po Anię około 19.00, a zabawa kończyła się godzinę później, ale opowiada również, że nauczyciel obecny na tym wydarzeniu wspomniał, że Ania raz lub dwa razy przyszła zapytać o godzinę, podczas gdy dzieci obecne na zabawie mówiły, że Ania ciągle patrzyła na zegarek.

W zeznaniach znalazła się również informacja o samochodzie marki Fiat lub Łada, który miał kręcić się po okolicy, podobno na numerach rejestracyjnych byłego województwa bielskiego. "Pani sołtys widziała auto dwukrotnie - pierwszy raz około godziny 20.00 w dniu zaginięcia Ani, koło kwiaciarni, która sąsiaduje ze szkołą. Auto jechało okrężną drogą w kierunku, w którym szła Ania. Pani sołtys poszła drogą asfaltową w kierunku, w którym pojechało auto. Przeszła około 200 metrów i znalazła się jakieś 40 metrów za samochodem, który ustawił się pod latarnią" - wyjaśnia brat zaginionej. W okolicach tego miejsca Ania miała wyjść z bocznej drogi, żeby dojść do kolejnej ścieżki. Kobieta zeznała, że samochód stał tyłem do niej, więc nie zauważyła żadnych szczegółów. Usłyszała jedynie krzyk dziecka, zobaczyła zatrzaskujące się drzwi i odjeżdżające auto. Nie uznała, że wydarzyło się coś, o czym należy szybko powiadomić policję. Wróciła do domu oddalonego od tego miejsca o około 70 metrów i dopiero gdy o zaginięciu Ani zaczęto mówić w Simoradzu, to podzieliła się swoją obserwacją z innymi. (...)

Z dnia zdarzenia mój rozmówca pamięta tylko ciemny pokój i niebieskie światła odbijające się w szybie. "Babcia wspominała, że ciągle wtedy płakałem" - dodaje. Przez kolejne lata sprawa zaginięcia starszej siostry stale mu towarzyszyła - dziś uważa, że zbyt długo dorastał do tego, żeby doprowadzić ją do etapu, na którym jest teraz.

Najpierw, około 2008/2009 roku, Dominik próbował nawiązać kontakt z krakowskim Archiwum X. "Napisałem do nich list, wysłałem materiały, którymi dysponowałem. Po dwóch latach dostałem odpowiedź, do której dołączone były również przeprosiny za tak długi czas oczekiwania na reakcję. Niestety ze względów formalnych ekipa z Krakowa musiała odmówić zajęcia się sprawą, ale zaprosiła mnie do Krakowa po odbiór materiałów. Miałem okazję trochę porozmawiać z nimi o poszukiwaniach. Potem szukałem wsparcia u cieszyńskiej policji, u której spotkałem się z niezrozumieniem. Dopiero kilka lat później, w 2017 roku, sprawą zajęło się katowickie Archiwum X. Wtedy nabrałem nowych nadziei na rozwiązanie sprawy i zdecydowanie wzmogłem działania dotyczące poszukiwań Ani".

Okładka książki 'Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają' Szymona J. Wróbla, która ukaże się w Wydawnictwie SQN 10 kwietnia 2024.
Okładka książki 'Zawieszeni. O zaginionych i ludziach, którzy ich szukają' Szymona J. Wróbla, która ukaże się w Wydawnictwie SQN 10 kwietnia 2024.
Materiały promocyjne.

W sierpniu 2022 roku podczas dożynek Dominik wraz z przyjaciółmi rozdawał ulotki i rozwieszał plakaty dotyczące zaginionej siostry. Jak wspomina, w pamięć zapadła mu reakcja księży z dwóch parafii. "Pierwszy stwierdził, że nie wywiesi plakatu w gablocie, bo jest za duży, co moim zdaniem nie było prawdą, a drugi wziął plakat i dodał, że wywiesi go później. Ostatecznie tak się nie stało, więc rodzice zapytali księdza dlaczego". Jak relacjonuje Dominik, ksiądz odpowiedział, że inaczej się umawiał z ich synem - nie wie, dlaczego duchowny okłamał jego rodziców. Takie sytuacje nie zmieniają jednak opinii brata zaginionej - mężczyzna uważa, że akcja z plakatami lub każda inna, która pobudza zainteresowanie sprawą, jest istotna, bo może trafić się ktoś, kto w końcu podsunie właściwy trop.

Dominik założył również zbiórkę środków na rzecz poszukiwań siostry, która miała między innymi odświeżyć zainteresowanie medialne tą sprawą, być pretekstem do rozpowszechniania informacji o zaginionej dziewczynie. Do dziś zdarza się, że ktoś czasami zadzwoni z jakąś wiadomością na osobny numer, który Dominik podał w opisie zbiórki.

"W okolicach grudnia 2022 roku na ten numer zadzwonił do mnie ktoś z bardzo konkretną informacją, podając między innymi miejsce, gdzie podobno jest zakopane ciało Ani. Przekazałem policji to, czego dowiedziałem się od informatora, i czekam już trzeci miesiąc na działania" - irytuje się na bierność funkcjonariuszy Dominik. Nieoficjalnie dowiedział się, że do czasu naszego spotkania nie wydano zgody na podjęcie żadnych kroków, bo taka informacja dla osób decyzyjnych w policji nie jest warta angażowania dodatkowych środków finansowych, wynajmowania sprzętu i sprawdzania. (...)

Rodzice Ani i Dominika, Krystyna i Bolesław Jałowiczorowie, po zaginięciu córki działali w amoku. Nikt nie wyszedł do nich z pomocną dłonią, nie było wówczas żadnego wsparcia psychologicznego ani edukacji, co robić w takich sytuacjach. Nie było również Fundacji ITAKA czy takich programów, jak "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…", przy których pracują eksperci służący pomocą. Od Krystyny i Bolesława odsunęli się też znajomi (...). Ale nie pomogli również specjaliści - w tym cieszyńska policja, która po prostu po trzech miesiącach zamknęła sprawę. "Rodzice nie mieli wtedy wiedzy, co robić, żeby sprawa nie została zamknięta, nie wiedzieli, jak efektywnie walczyć o kontynuowanie działań. Poza tym wśród pracowników szkoły i dużej części mieszkańców dało się wyczuć trwającą do dziś zmowę milczenia. Jeśli ludzie coś mówili, to zwykle poza nami". (...)

Przez piętrzące się trudności i bierność służb rodzice Ani stracili wiarę w szybkie rozwiązanie sprawy i zaczęli żyć w stagnacji, która zmieniała się w sinusoidę z lepszymi i gorszymi momentami. "W domu o sprawie nie mówiło się często, ale temat cały czas żył obok nas" - opowiada Dominik. Najwięcej o starszej siostrze mówią mu zdjęcia - mają wielką moc pobudzania wspomnień. W pokojach było (i nadal jest) sporo fotografii Ani, mama namalowała jej portret. "Gdyby nie zaginięcie siostry, to rodzice na różnych płaszczyznach prowadziliby kompletnie inne życie. Mieli plany, marzenia, które zostały brutalnie zweryfikowane. Zdecydowanie zmieniło się również ich życie zawodowe i towarzyskie".

Mężczyzna z nagrania to zaginiony Krzysztof Dymiński? Rodzice apelują: Proszę odezwij się

'Pojechała do szkoły, odnaleziono tylko jej rower'. Co roku znika tylu Polaków, ile liczy małe miasto

Dominik wspomina, że tata jeździł po Polsce szukać pomocy między innymi u jasnowidzów, niektórzy sami się zgłaszali do rodziny zaginionej. Czasami chłopak wybierał się w podróż z tatą. Kiedy tata i brat ruszali w Polskę, mama czekała na Anię w domu. Wtedy, w 1995 roku, wydawało się, że to osiągalna pomoc, ale każdy jasnowidz miał inną wersję, inne spostrzeżenia, które ostatecznie nic w sprawie nie zmieniły. Dawały tylko poczucie, że coś się robi, a nie stoi w miejscu. (...)

Mimo braku postępów i nowych informacji nadzieja w bliskich Ani cały czas nie gaśnie. Rodzice i Dominik czekają na rozwiązanie sprawy w jakikolwiek sposób - zakończenie jest dla nich najważniejsze. Brat zaginionej uważa, że jeżeli sprawdzi się wersja anonimowego informatora i znajdą szczątki Ani, to będą szczęśliwi, bo będą mogli ją w końcu pochować. "Będzie to zbawienie dla naszych rodziców, a dla mnie początek nowej historii - zamierzam wtedy dociekać prawdy i dowiedzieć się, dlaczego wszystko tak się potoczyło i kto skrzywdził moją siostrę".

Telefon w domu Jałowiczorów milczy. Na powrót Ani czeka wiele jej rzeczy: ubranka, gumki do włosów, zeszyty szkolne, pluszaki. Ich mama trzyma nawet mleczaki Ani. Rodzina nie chce się żegnać z rzeczami, czeka na finał sprawy. Dominik mówi, że oczekiwanie na osobę zaginioną to stan, którego nie da się do niczego porównać. "Nasi rodzice od 1995 roku żyją w bardzo smutnym świecie. Ja obrałem sobie pewne cele w życiu, wyjechałem z Simoradza, ale żałuję, że tak późno zaangażowałem się w sprawę poszukiwań siostry. Choćby akcję informacyjną, plakatową z progresją wiekową można było zrobić wcześniej. Teraz być może osoby, które miały wiedzę w sprawie, zabrały ją już na tamten świat" - dodaje. (...)

Posłuchaj:

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>