Czy chińskie elektryki nas podsłuchują? "To wielkie wyzwanie"
Chińskie auta elektryczne są tanie, bardzo dobrze wyposażone i już zmieniają przyzwyczajenia polskich konsumentów. Jest tylko jeden szkopuł: coraz więcej wskazuje na to, że nie tylko zawiozą nas z miejsca A do B, ale też będą słuchać wszystkiego, co w nich mówimy. A w dodatku wyślą to później do Pekinu. Czy faktycznie jest się czego obawiać? A może wpadamy już w antychińską paranoję?
Z tego artykułu dowiesz się:
- Czy chińskie elektryki nas podsłuchują?
- Jakie funkcje pełnią w nich kamery?
- Co zrobiono w Wielkiej Brytanii?
Fenomen, petarda, inwazja. Wszystkie te określenia idealnie pasują do zjawiska chińskiej motoryzacji. A już zwłaszcza do sektora samochodów elektrycznych, które coraz szerszą falą płyną do Europy. Chiński BYD przegonił Teslę pod względem wolumenu sprzedaży, a końca inwazji nie widać.
Chińskie elektryki są bardzo tanie, bardzo dobrze wyposażone i już zmieniają przyzwyczajenia polskich konsumentów. Jest tylko jeden szkopuł: coraz więcej wskazuje na to, że nie tylko zawiozą nas z miejsca A do B, ale też będą słuchać wszystkiego, co w nich mówimy. A w dodatku wyślą to później do Pekinu.
Brytyjskie firmy zbrojeniowe wydały nawet swoim pracownikom bardzo konkretne zalecenia. Nie łącz telefonu przez Bluetooth z chińskim samochodem, nie podłączaj go przez USB, nie poruszaj w nim wrażliwych tematów i nie parkuj go w pobliżu fabryk.
Oczywiście konkretów nie ma zbyt wiele. Jak zwraca uwagę Karolina Chojnacka-Chebda, producenci niechętnie dzielą się takimi danymi, ale według jej obserwacji chińskie samochody wyjątkowo hojnie obdarzone są kamerami i czujnikami.
- Na pewno zbierają dane dotyczące jazdy, dotyczące hamowania - kiedy hamowaliśmy, jaka była ta droga. Producent może mieć do tego wgląd. Ale co jeszcze zbierają samochody? Producenci nie za bardzo chcą się tym chwalić. Jesteśmy okamerowani w wielu samochodach, czasami w chińskich mam wrażenie że jest tego trochę więcej niż w europejskich. Na pewno nagrywają ale czy cały czas, to trudno to stwierdzić - mówiła w podcaście "Techstorie" w TOK FM Karolina Chojnacka-Chebda, dziennikarka motoryzacyjna w Wyborcza.biz.
Jak wskazała, kamery są zarówno na zewnątrz jak i w środku pojazdu. - Na zewnątrz wspomagają działanie wszystkich asystentów - utrzymania pasa, wykrywania kolizji pieszych itp. Ale też są w środku, bo jest np. system monitorujący czy kierowca patrzy na jezdnię. Czyli kamera jest skierowana na mnie i na moją twarz i sprawdza, czy ja na pewno patrzę na drogę, czy nie zajmuję się klikaniem w telefon. A teraz też niektórzy producenci dają jakieś dodatkowe kamery, żebyś mógł sobie zrobić selfie w samochodzie, więc jest ich coraz więcej - relacjonowała.
Dziennikarka dodała, że niektórzy chwalą się też systemem który rozpoznaje kierowcę. - Czyli ty sobie wsiadasz do samochodu i on wie, że dzień wcześniej jeździł twój partner/partnerka i on ma inne ustawienia, a teraz wsiadasz ty i on cię rozpoznaje i dostosowuje ustawienie fotela, kierownicy, lusterek - powiedziała. - Kiedyś na targach motoryzacyjnych, chyba w Genewie, z kolegami z innych redakcji liczyliśmy kamery na jednym chińskim samochodzie i było ich naprawdę bardzo dużo - zaznaczyła Chojnacka-Chebda.
Część z tych kamer owszem, ma uzasadnienie. W końcu nie bez kozery mówi się, że współczesne samochody to smartfony na kółkach. Ale właśnie dlatego pojawia się coraz więcej obaw, że auta nie tylko widzą, ale i słyszą dużą część naszego życia.
Bo jednak spędzamy w nich dużo czasu. Jedziemy do pracy, na zakupy, podwozimy dzieci do szkoły. Słuchamy w nim podcastów, ale też rozmawiamy z szefem o projektach, z mężem o planach remontu a z kochankiem o tajnych planach wyjazdowych. Uważamy, że to nasza prywatna przestrzeń. Ale czy na pewno taka jest?
Poważne ostrzeżenia
Mike Caudill, znany amerykański dziennikarz motoryzacyjny mówił w telewizji Fox News, że Amerykanie “zdecydowanie powinni się obawiać” tego, że chińskie samochody ich podsłuchują. Argumentował to mówiąc, że “82 proc. łańcucha dostaw na rynku pojazdów elektrycznych pochodzi z Chin. Dlatego musimy zwracać uwagę na to, jakie dane są udostępniane tym urządzeniom, zwłaszcza tym pochodzącym z Chin”. Jednak konkretów - brak.
Think-tank Europejska Rada Spraw Zagranicznych na swojej stronie pisał tak: “Wyzwanie bezpieczeństwa, jakie stwarzają chińskie pojazdy elektryczne, jest pod wieloma względami większe - i trudniejsze do rozwiązania - niż w przypadku sieci 5G. Wraz z rosnącą popularnością takich samochodów na rynku europejskim, decydenci muszą działać szybko”.
Oni z kolei argumentują, że skoro współczesne elektryki są tak stechnicyzowane i skoro mają tyle sensorów wewnątrz i na zewnątrz, a dodatkowo ich funkcjonalność opiera się na wysyłanych co jakiś czas aktualizacjach systemu, to raczej niemożliwe będzie wdrożenie regulacji, które w pełni chroniłyby taki przepływ danych.
Z kolei międzynarodowy think-tank o wymownej nazwie The China Strategic Risks Institute (Instytut Chińskich Zagrożeń Strategicznych) pisze wprost: “Chińskim producentom pojazdów elektrycznych należy zakazać udziału w brytyjskich przetargach publicznych z powodu obaw o prywatność danych”.
W raporcie zatytułowanym "Kurs kolizyjny: Ryzyko niedoszacowania cen chińskich pojazdów elektrycznych w Wielkiej Brytanii" stwierdzono, że chińscy producenci elektryków podejrzewani o powiązania z chińskim kompleksem wojskowo-przemysłowym stanowią kluczowe zagrożenie dla Wielkiej Brytanii, bo moduły w samochodzie służące do łączności mogą być wykorzystane jako broń ("weponized"), co mogłoby nawet doprowadzić do zablokowania brytyjskich ulic.
Raport ukazał się we wrześniu rok temu. W tym czasie brytyjski rząd intensywnie kupował elektryki dla sektora publicznego. Niektóre modele używane przez Ministerstwo Obrony zostały dostarczone przez firmę MG, należącą do chińskiego koncernu SAIC Motor.
Z kolei w kwietniu tego roku kolejne kategoryczne wnioski popłynęły z Wielkiej Brytanii. Pracownicy wywiadu, którzy stacjonują w bazie lotniczej Królewskich Sił Powietrznych otrzymali polecenie parkowania samochodów zbudowanych z chińskich komponentów w odległości co najmniej dwóch mil od obiektu. Powód: obawy o to, że nawigacja satelitarna i czujniki samochodu przechwycą zbyt dużo danych i wyślą w niepowołane ręce.
Z kolei pracownicy rządu zostali poproszeni o to, żeby nie łączyli swoich smartfonów z chińskimi elektrykami - ani przez USB, ani przez Bluetooth. Są też proszeni o unikanie w nich rozmów na tematy zawodowe. Środki ostrożności wobec tych pojazdów wprowadziły już brytyjskie firmy z sektora zbrojeniowego, m.in. BAE Systems, Rolls-Royce, Raytheon, Lockheed Martin i Thales.
Tyle, że na tym etapie to raczej rosnące obawy o bezpieczeństwo danych. Jak na razie nikt nikogo za rękę nie złapał.
Źródło: "Techstorie" TOK FM