"Czekam na tatę i na pianino". Uchodźcy z Ukrainy mogą wrócić do swoich dawnych pasji
Stypendia na rozwój osobisty dla Ukrainek i Ukraińców to pomysł lubelskiego Stowarzyszenia Homo Faber. Organizacja uzbierała środki dzięki aukcji, którą przeprowadzili artyści z Pomorza. Było to około 125 tysięcy złotych. Pieniądze miały iść na pomoc migrantom i migrantkom z polsko-białoruskiej granicy, ale wybuchła wojna w Ukrainie i pojawiły się również inne potrzeby. - Uznaliśmy, że chcemy pomóc też Ukrainkom i Ukraińcom, którzy do nas przyjechali, odnaleźć się w nowej rzeczywistości - mówi Piotr Skrzypczak ze Stowarzyszenia Homo Faber, pomysłodawca systemu stypendialnego.
Jedną ze stypendystek jest 17-letnia Kasia. Przyjechała do Polski z Krzywego Rogu, razem z rok młodszym bratem. Rodzice musieli zostać w Ukrainie. Rodzeństwem opiekowali się przyjaciele rodziny, ale w Lublinie okazało się, że wyjeżdżają dalej, do innego kraju. Kasia z bratem zostali sami. Jak przyznaje, pierwsze miesiące były trudne. Musieli z dnia na dzień dorosnąć, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Dzięki wsparciu wolontariuszy udało im się stanąć na nogi. Rodzeństwo ma już opiekuna prawnego, który im pomaga. Ma też gdzie mieszkać i nie musi płacić za wynajem. - Spotkaliśmy wielu dobrych ludzi - mówi nastolatka.
Przed wojną Kasia przygotowywała się do egzaminów do szkoły artystycznej. Chodziła na lekcje śpiewu i tańca. 27 lutego miała jechać na konsultacje do wymarzonej szkoły. - Niestety, wojna wszystko przerwała. 24 lutego to miał być pogodny, fajny dzień. Miałam się spotkać z chłopakiem, ale stało się inaczej. Usłyszeliśmy, że Rosja zaatakowała Ukrainę - wspomina nastolatka. - Marzenia, plany trzeba było odłożyć. Zapadła decyzja, że musimy uciekać do Polski. Dla naszego bezpieczeństwa - dodaje.
"Stypendia to świetny pomysł"
17-latka dość szybko trafiła pod skrzydła Lubelskiego Społecznego Komitetu Pomocy Ukrainie, a tym samym - również Stowarzyszenia Homo Faber, które jest częścią tego komitetu. To dzięki temu dowiedziała się o stypendiach. Napisała zgłoszenie, choć nie liczyła na wiele. Była na spotkaniu, opowiedziała, czym się zajmowała w Ukrainie, jakie miała plany. Dzięki temu - w ramach stypendium - sfinansowano jej intensywny kurs rysunku i malarstwa. To umożliwiło jej podejście do egzaminów do Liceum Plastycznego w Lublinie. Dostała się. - Dwa egzaminy zdałam na piątkę, jeden na czwórkę z plusem. Było trochę strasznie, ale udało się - mówi z dumą. - Stypendia to świetny pomysł. Dzięki nim można się rozwijać - dodaje.
"Czekam na tatę i na pianino"
Ze stypendium korzysta też Michał, 15-latek z Kijowa i jego młodszy brat. Obaj chodzą na lekcje gry na pianinie. Michał uczył się tego od ponad 8 lat, zdobywał nagrody, wygrywał konkursy.
Wojna wszystko przerwała. - W domu, kiedy czułem natchnienie, to siadałem do pianina i grałem. Tu nie mam takiej możliwości, bo nie mamy w domu pianina. Dlatego tak bardzo czekam na te lekcje, na wtorek w Domu Kultury, by móc choć przez godzinę pograć - opowiada nastolatek.
Liczy, że uda się przewieźć do Polski pianino, które zostało w Kijowie. Tata Michała musiał zostać w Ukrainie, ale teraz może już przyjechać do Polski, bo właśnie tu urodził się drugi brat Michała. A gdy w rodzinie jest troje dzieci - ojciec rodziny może do nich dołączyć. - Może się uda. Czekam i na tatę, i na pianino - dodaje nasz rozmówca.
Co dalej ze stypendiami?
W tej chwili stypendiami objętych jest ponad 200 osób. Sfinansowano m.in. zakup piekarnika dla pani, która w Ukrainie zajmowała się cukiernictwem. Pieczenie ciast i tortów było jej wielką pasją, a dzięki stypendium - już w Lublinie mogła do tego powrócić. - Nie jest tajemnicą, że przyniosła nam jeden ze swoich pięknych, pysznych tortów - mówi Piotr Skrzypczak.
Wielu nastolatków chciało kontynuować pasje sportowe - ktoś nie miał butów, ktoś inny stroju do gry w piłkę czy uprawiania judo. Udało się też zorganizować zajęcia dla tych, którzy marzyli o kontynuacji lekcji wokalnych czy gry na jakimś instrumencie. - Udało się nawet znaleźć osobę, która uczy gry na bandurze. Bo mieliśmy dziecko, które w Ukrainie miało właśnie takie lekcje - opowiada Skrzypczak.
Pieniądze na stypendia już są na wyczerpaniu, ale Stowarzyszenie zapowiada, że programu nie przerwie. Liczy na ludzi o gorących sercach i sponsorów, którzy chcieliby wesprzeć program. - Najgorsze, co można byłoby teraz zrobić, to przerwać im te zajęcia. Już raz przez to przechodzili, uciekając przed wojną - słyszymy od organizatorów.
Jak mówi nam Katarzyna Ciszewska, psycholożka i psychotraumatolożka, uchodźcy potrzebują nie tylko dachu nad głową czy poczucia bezpieczeństwa, ale również powrotu do pewnej rutyny życia codziennego, w tym do swoich pasji, talentów i zainteresowań.
- Kluczowa jest pewna przewidywalność i poczucie, że mogę znaleźć jakieś powiązanie z tym moim starym życiem, że to jednak nie jest 'ostre cięcie' - mówi Ciszewska. - Oczywiście, kanapka na granicy, znalezienie mieszkania czy szkoły dla dziecka, darmowe bilety na przejazdy - to wszystko było bardzo ważne, ale na dłuższą metę trzeba szukać też innych rozwiązań, które pomogą tym ludziom odnaleźć się w nowym miejscu - dodaje. Dlatego, jak mówi, stypendia to świetne rozwiązanie. - Oczywiście, to nie jest stuprocentowy powrót do tego, co było przed wojną, ale choć namiastka tamtego czasu - przekonuje.
Kontakt z Homo Faber: info@hf.org.pl.