"Wierzę w nasze, ukraińskie zwycięstwo. Dlatego z moim bratem nie mam już o czym rozmawiać"
Pani Natalia przyjechała do Lublina z Mariupola, razem z mężem i córką. - Mieszkaliśmy na terenach, na których od 2014 roku trwały działania wojenne, latały samoloty, zdarzały się wybuchy. Gdy 24 lutego zadzwoniła do mnie mieszkająca w Kijowie córka i powiedziała, że jest wojna, odpowiedziałam: 'Co ty opowiadasz, jaka wojna?'. I normalnie pojechałam do pracy - wspomina nasza rozmówczyni. Jak dodaje, tego dnia w Mariupolu jeździły jeszcze - jak co dzień - autobusy i trolejbusy. - Nie posłuchałam córki, choć mówiła, abyśmy się od razu spakowali i jechali na dworzec, na pociąg humanitarny - dodaje.
- W pierwszych dniach było u nas jeszcze w miarę bezpiecznie. Latały samoloty, ale nie było paniki czy wybuchów - opowiada dalej pani Natalia. Z każdym dniem robiło się jednak coraz gorzej, pojawiły się też problemy z wyjazdem. - Nie mamy samochodu, więc było trudniej. Usłyszeliśmy, że ma być stworzony korytarz humanitarny i że autobusy będą zabierać chętnych do wyjazdu - wspomina Ukrainka.
Razem z mężem przeniosła się do budynku mariupolskiego teatru. - Tam wszyscy czekaliśmy na stworzenie korytarza humanitarnego. Z każdym dniem było coraz więcej ludzi. Ponad tysiąc osób. Spali na podłodze i na fotelach. Zaczęto nam przywozić coś do jedzenia, paliliśmy ogniska, by zagotować wodę na herbatę - mówi.
Mijały kolejne dni, a korytarza nie było. - Postanowiliśmy się przenieść do mieszkania, które miałam po nieżyjących rodzicach. Tam nikt nie mieszkał, blok jest niedaleko teatru. I tam czekaliśmy na pomoc. W mieszkaniu nie było wody, chodziliśmy po nią do teatru - opowiada. Pewnego dnia w teatr w Mariupolu uderzyły rakiety. Zginęło ponad 300 osób. Jak opowiada nasza rozmówczyni, razem z mężem mieli wtedy pójść po wodę, właśnie do teatru, ale w ostatniej chwili coś ich zatrzymało. - Jakiś impuls. Nie poszliśmy. To dla nas cud, ogromne szczęście, bo inaczej byśmy zginęli - mówi.
Ostatecznie wyjechali z Mariupola z 80-letnim ojcem sąsiadów. - Już wtedy było bardzo niebezpiecznie, kontrolowały nas rosyjskie patrole, ale jakoś nas wypuszczono - wspomina. Dojechali do innego miasta, tam przenocowali w szkole, by w kolejnych dniach wyruszyć pociągiem do Lwowa, gdzie czekała córka. - Miałam w Polsce bardzo daleką rodzinę, zadzwoniłam. Powiedzieli: 'Przyjeżdżajcie, jakoś się pomieścimy' - mówi pani Natalia. Przyjechali - na początku do Ludwina na Lubelszczyźnie. To mała wioska pod Łęczną. Potem przenieśli się do Lublina i tu mieszkają od wielu już miesięcy.
"Zawsze pracowałam za biurkiem, a teraz sprzątam"
- Wiedziałam, że muszę podjąć pracę, bo musimy mieć z czego żyć, opłacić mieszkanie. Najpierw zaoferowano mi sprzątanie na lotnisku, przeszłam szkolenie. Ale później okazało się, że mogę pracować w Lublinie, w urzędzie, też przy sprzątaniu. Jestem zadowolona, choć początki były trudne. Miałam takie myśli: 'Co ludzie powiedzą?'. Było mi bardzo niezręcznie, że w takim wieku muszę chodzić sprzątać, zwłaszcza że zawsze pracowałam za biurkiem. Jednak wytłumaczyłam sobie, że teraz jest taki czas, taka potrzeba i nie ma wyjścia - opowiada 58-latka z Mariupola.
- Nie wyobrażam sobie sytuacji, w jakiej znalazła się pani Natalia. Jest osobą z wyższym wykształceniem, tak jak ja, a musi wykonywać ciężką fizyczną pracę. Straszne to jest - mówi Ewelina Graban, urzędniczka Centrum Współpracy Międzynarodowej w Lublinie. - Zaprzyjaźniłyśmy się, czasami wypijemy kawę, porozmawiamy, staram się ją wspierać - dodaje.
- Tu chodzi o poczucie godności. Wiele kobiet, które trafiły do Polski, musiało zmienić zawód, przejść szkolenia. Nie mogły znaleźć pracy w swoim zawodzie. Ważne, by czuły się potrzebne, doceniane i by czuły, że nie są same. (...) Wiele z tych kobiet to utraciło i brakuje im czasu na zajęcie się sobą. A to niezwykle ważne, by zadbać o siebie, w tym o swoje potrzeby psychologiczne - mówi Anna Dąbrowska ze Stowarzyszenia Homo Faber, które angażuje się w pomoc uchodźcom.
Tęsknota? Za domem, za kotami, za poprzednim życiem
Pani Natalia nie ukrywa, że tęskni. Jej mąż także. - Ciągle mówił, że już wracamy. Ale gdzie mamy wracać? Mąż musi być pod opieką lekarza, tutaj ma taką możliwość. A tam? Tam jest Rosja, a ja w Rosji mieszkać nie chcę - przekonuje nasza rozmówczyni.
Przyznaje, że w Rosji mieszka jej brat. - Czasami dzwoni i pyta, co u nas, dlaczego ja się nie odzywam. A ja mu mówię: 'A po co mam dzwonić?'. I słyszę, że brat jest ciekawy, co zamierzamy dalej robić, czy wracamy. Mówię mu, że wrócę, jak w Mariupolu będzie znów Ukraina. A on mi na to: 'W Mariupolu nigdy już nie będzie Ukrainy'. Ja w to nie wierzę. Wierzę w nasze, ukraińskie zwycięstwo. Dlatego z moim bratem nie mam o czym rozmawiać. Po prostu - tłumaczy pani Natalia.
Pani Natalia jest jedną z bohaterek serialu 'Sąsiadki'. To opowieść o Ukrainkach, które zamieszkały w Polsce. Jedne na chwilę, inne już dziś deklarują, że zostaną na stałe. Niektóre przyjechały same, inne z dziećmi albo ze starszymi rodzicami. Serialu można słuchać na antenie Radia TOK FM od poniedziałku 20 lutego, tuż po godz. 20, codziennie, przez siedem dni.