,
Obserwuj
Lubelskie

Jak tata Bena z Zimbabwe został taksówkarzem w Lublinie? "Bardzo mnie ta opowieść poruszyła"

5 min. czytania
20.04.2025 09:00
Taksówka dla osób z niepełnosprawnościami, a za kierownicą - tata Bena, studenta z Zimbabwe, który prawie trzy lata przeleżał w szpitalu w Lublinie. Wracamy do historii, którą opisaliśmy na tokfm.pl kilka lat temu i która - jak się okazuje - ciągle ma zaskakujące zwroty akcji.
|
|
fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

 

  • Ben przyjechał do Polski w 2021 roku i niedługo po przyjeździe miał poważny wypadek;
  • Trzy lata leżał w szpitalu, bo żaden zakład opiekuńczy nie chciał go przyjąć;
  • Dziś dochodzi do siebie. Rodzice chłopaka przyjechali z Zimbabwe do Polski, co nie było łatwe;
  • Ojciec Bena - przez aferę wizową - miał problemy z uzyskaniem wizy;
  • Mężczyzna znalazł pracę jako taksówkarz w nietypowej taksówce.

 

Ta historia miała swój początek w drugiej połowie 2021 roku. To wtedy Bensley, młody chłopak z Zimbabwe, przyleciał do Polski, konkretnie - do Lublina na studia pielęgniarskie. Studiował zaledwie chwilę, bo pod koniec roku doszło do wypadku - jego historię opisywaliśmy na tokfm.pl.

Ben był pasażerem, jechał z kolegą pożyczonym autem. Samochód uderzył w słup energetyczny. Ben doznał bardzo poważnych obrażeń mózgu. Lekarze mówili, że jest w stanie wegetatywnym - nie mówił, nie wstawał, nie siadał. Był - i w dużej mierze do dzisiaj jest - całkowicie zależny od innych. W międzyczasie przeszedł m.in. COVID-19, sepsę i zatrzymanie akcji serca. Ale walczył i przeżył. W szpitalu przeleżał prawie trzy lata, żaden dom pomocy społecznej, zakład opiekuńczo-leczniczy ani inne miejsce nie chciało go przyjąć. Benowi skończyło się ubezpieczenie i nie miałby kto za to zapłacić.

Na obietnicach się skończyło. Student z Zimbabwe dalej tkwi w lubelskim szpitalu. 'Bezradność państwa'

Od kilku miesięcy Ben jest w Niepublicznym Zakładzie Pielęgnacyjno-Opiekuńczym w Klimusinie pod Lublinem. Jego stan się poprawia. Reaguje na bodźce, można się z nim porozumieć (głową i oczami odpowiada na zadawane pytania). W dochodzeniu do siebie pomagają Benowi jego rodzice, którzy zostawili swoje dotychczasowe życie w Afryce i przylecieli do Polski.

Nieoczekiwany skutek afery wizowej

Gdy wydawało się, że cała historia ma swój happy end, pojawił się kolejny problem - z pobytem rodziców Bena w Polsce. Aby móc pozostać w naszym kraju, któreś z nich musiało podjąć pracę, by rodzina miała się z czego utrzymać - chodzi o codzienne funkcjonowanie w Lublinie, ale też dojazdy do Klimusina.

Rodzice nie mieli wizy pracowniczej, a jedynie humanitarną, dlatego ojciec Bena - Bernard Moyo - musiał wrócić do Zimbabwe. Nie miał na to środków, ale dzięki ludziom dobrej woli i ich wpłatom, udało się pomóc - w zakupie biletu wsparła go jedna z organizacji pozarządowych.

Kolejny problem pojawił się już na miejscu, bo - w związku z tzw. aferą wizową za rządów PiS - polskie konsulaty są bardzo ostrożne w wydawaniu wiz. Ale i tu pojawili się ludzie o wielkim sercu. MSZ dokładnie przeanalizowało sytuację rodziny z Zimbabwe i Bernard - po kilku tygodniach w swoim kraju i oczekiwaniu na spotkanie w ambasadzie RP w Pretorii w RPA (bo w Zimbabwe nie ma polskiej ambasady), otrzymał wizę pracowniczą. Wrócił do Polski i może już legalnie pracować.

Byliśmy u Bena z Zimbabwe. Student utknął w szpitalu na lata. Jest przełom

- Pobyt w Zimbabwe trwał dość długo i czułem, jak narasta we mnie ból. Chciałem jak najszybciej być z Benem. Ale przekonywałem siebie, że tak trzeba. Jestem bardzo wdzięczny wielu osobom za wszelką pomoc, w tym konsulowi w ambasadzie RP w Pretorii w Południowej Afryce i jego współpracownikom za ich życzliwość i elastyczność. Są naprawdę wspaniałymi ludźmi - mówi TOK FM Bernard. Szczególnie trudno było mu wtedy, gdy okazało się, że Ben w Klimusinie bardzo poważnie zachorował, miał trudności z oddychaniem i jego życie znów wisiało na włosku. Ostatecznie Ben ponownie wykazał ogromną wolę walki i - dzięki odpowiedniemu leczeniu - wyszedł na prostą.

Powrót do Polski

Bernard Moyo dodaje, że wszystkie "niedogodności" wynagrodził mu powrót do Polski - Gdy przyjechałam po powrocie z Zimbabwe do Klimusina, widziałem, że syn czuł głęboką wdzięczność i był pełen nadziei. Jestem przekonany, że on wie i czuje, że my - jako rodzice - nie zostawimy go samego. Bensley zmienił się bardzo w Klimusinie. Zauważam każdą małą zmianę. Teraz wygląda dobrze i wierzę, że w każdej chwili może zacząć mówić własnym głosem - dodaje nasz rozmówca.

Jak podkreśla, po powrocie z Zimbabwe rozmawiał z synem. Wie, że Ben wszystko słyszy i rozumie. - Wspomniałem mu, że jego dwaj młodsi bracia, którzy zostali w naszym domu, bardzo na niego czekają. Liczą, że usłyszą, jak do nich mówi, i że w obliczu ogromnych trudności stają się nieustraszeni i silni. Powiedziałem mu również, że muszę wrócić do pracy w Polsce, w Lublinie, abyśmy mogli zdobyć pieniądze na czynsz i inne rachunki - wskazuje ojciec Bena.

Praca jako taksówkarz

Dzięki kolejnej osobie dobrego serca Bernard dostał szansę na pracę. Został zatrudniony w firmie CWI Rafała Kowalskiego, który od lat działa w branży związanej z niepełnosprawnością. Pan Rafał przyznaje, że o Benie i jego rodzinie dowiedział się od profesora z kliniki rehabilitacji.

- Bardzo mnie ta opowieść poruszyła. Widać, że ten chłopak po wypadku tak bardzo walczy o życie. Od dawna miałem marzenie, by stworzyć w Lublinie specjalną taksówkę dla osób najbardziej potrzebujących. Dziesięć lat temu zadzwonił do nas mężczyzna, który kupił od nas wózek dla niepełnosprawnych, który - jak się okazało - miał uszkodzone hamulce. A nasz klient musiał się szybko gdzieś przemieścić. Powiedzieliśmy mu, że zamawiamy dla niego taksówkę. Niestety, okazało się to bardzo trudne. Była taka możliwość, ale... dopiero za dwa dni. To nam dało do myślenia, że może sami taką taksówkę uruchomimy - wspomina Kowalski.

- Zawsze chcieliśmy - jako firma - aby osoby z niepełnosprawnościami mogły funkcjonować w życiu tak jak inni. A przypadkiem trafiła do nas osoba, od której przejęliśmy taką angielską taksówkę. Jest to auto, które świetnie nadaje się do przewozu osób z niepełnosprawnościami, z wózkami, bo jest duże i pojemne. Jest w nim m.in. specjalna rampa do rozłożenia w 30 sekund. A że Bernard pracował w Zimbabwe jako kierowca, to wszystko złożyło nam się w całość - mówi pan Rafał.

Jak wskazuje, na razie nie ma zbyt wielu zamówień od osób z niepełnosprawnościami i Bernard jeździ jako kierowca zwykłej taksówki (przy wsparciu GPSa), ale nasz gość wierzy, że to szybko się zmieni.

Co ważne, samochodem, który należy do firmy pana Rafała, Bernard w każdą sobotę razem z żoną jeżdżą też do Klimusina, do Bena. - Jestem bardzo wdzięczny też m.in. Rafałowi, który znał trudności związane z pobytem w Zimbabwe i z tym, że bardzo się przesunął w czasie mój powrót do Polski. Mimo to, przekonał sam siebie, że warto na mnie poczekać i trzymał dla mnie to miejsce pracy - podsumowuje tata Bena.