,
Obserwuj
Mazowieckie

"Przeszukania i rozbieranie do naga". Tak policja traktowała protestujących

6 min. czytania
23.12.2024 13:28
Do dziś trwają niektóre procesy dotyczące osób zatrzymywanych na protestach organizowanych przeciwko rządom Zjednoczonej Prawicy. Chodzi m.in. o sprawy o zadośćuczynienie za bezprawne zatrzymania w trakcie Tęczowej Nocy czy strajków kobiet. Aktywistów i innych obywateli broniło pro bono ponad 100 prawników - "Tęczowych obrońców". To właśnie o nich opowiada reportaż TOK FM "Paragrafem po oczach".
|
|
fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości to setki protestów na ulicach wielu polskich miast i miasteczek. W obronie praworządności, wolnych sądów, ale też praw mniejszości, w tym LGBTQ+ czy praw kobiet. To m.in. ogromne protesty w Warszawie - po Tęczowej Nocy czy "wyroku" Trybunału Julii Przyłębskiej w sprawie aborcji. Na ulice wyszły wtedy tysiące obywatelek i obywateli.

Dochodziło do licznych zatrzymań osób protestujących. W bezinteresowną pomoc im zaangażowała się duża grupa prawników. Było to m.in. ponad 100 "Tęczowych obrońców" - tak się nazwali, bo zaczęli działać w czasie Tęczowej Nocy. Chodzi o protest z 7 sierpnia 2020 roku w Warszawie, który był następstwem wydania nakazu aresztowania aktywistki grupy Stop Bzdurom - Margot. Ludzie wyszli na ulicę by się z nią solidaryzować.

Prawnicy działali w ścisłej współpracy z kolektywem Szpila. - Koordynatorki Szpili wykonywały nadludzką pracę - to one decydowały kto, gdzie ma jechać, komu pomóc - opowiada mecenas Bartosz Obrębski, jeden z "Tęczowych obrońców". Wielu protestujących zapisywało sobie na rękach numer "alarmowy" do Szpili, by - w razie potrzeby - poprosić o pomoc. 

Niepokojące informacje. 'Mieli rany od ugryzienia psa'. Co się dziś dzieje na granicy?

"Zaczęliśmy działać jak korporacja"

Nasi rozmówcy opowiadają, że początkowo był chaos - nikt nie był przygotowany na tak duże protesty i na tak dużą skalę zatrzymań. - Ale z czasem zaczęliśmy działać jak korporacja, wszystko było ładnie ułożone. Wiadomo było, że są protesty w danym dniu, jakaś liczba prawników zgłaszała się na ten dzień i jak dochodziło do zatrzymań, to my już właściwie byliśmy na komendzie. Dla nas było kluczowe, by te osoby jak najkrócej znajdowały się bez asysty prawnej - tłumaczy Bartosz Obrębski. 

Mnóstwo osób było zatrzymywanych, rozwożono je po różnych komisariatach. - Często zatrzymywani trafiali zupełnie na inne komendy niż miejsce, gdzie ich zatrzymano. Jak już nam się udało ustalić, gdzie są, próbowaliśmy się dostać do tych osób, co nie było łatwe. Przechodziliśmy przez kolejne "barykady", tworzone przez policję. Samo to, że ustaliliśmy, gdzie dana osoba jest, to był dopiero pierwszy etap. Potem trzeba było przekonać dyżurnego, by nas do danej osoby dopuścił. A policja nie była przygotowana na to, że zaraz po zatrzymaniu pojawia się obrońca. Bo wcześniej z reguły tak to nie działało - opowiada mecenas Obrębski. 

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

"Wyciągano ludzi z tłumu, zakuwano w kajdanki"

Jak słyszymy, policjanci początkowo podchodzili do zatrzymań tak, jak wcześniej przy zatrzymywaniu pseudokibiców i innych chuliganów. - Wyciągano ludzi z tłumu, zakuwano w kajdanki, wywożono na komendę, niejednokrotnie poza Warszawę. Traktowanie tych osób było brutalne i agresywne. Przeszukania, kontrole osobiste, rozbieranie do naga - to wszystko było na porządku dziennym. Mimo, że te osoby były spokojne, nie rzucały w funkcjonariuszy kamieniami czy płytami chodnikowymi, uczestniczyły w pokojowych protestach i nikomu nie robiły nic złego - opowiadają prawnicy.

Krzyk dziecka na środku ulicy. 'Jak ci wpier***ń, to do Wigilii nie usiądziesz'

Mecenas Obrębski wspomina zatrzymanie mężczyzny, któremu postawiono zarzut naruszenia miru domowego, który w trakcie kilkugodzinnego zatrzymania, kilka razy miał kontrolę osobistą, z rozbieraniem do naga. - Z czasem sąd potwierdził, że w tej sprawie doszło do naruszenia godności człowieka, a działanie policji było niezgodne z Europejską Konwencją Praw Człowieka - podaje gość TOK FM. Pamięta też przypadki, gdy zatrzymanych wywożono poza Warszawę i wypuszczano po kilku godzinach, na przykład o 3 czy 4 nad ranem w Mińsku Mazowieckim czy Wołominie. - To było również celowe działanie, by utrudnić ludziom życie - nie mają wątpliwości nasi rozmówcy. 

Zarzuty stawiane protestującym były z reguły takie same: tamowanie ruchu na drodze publicznej, umieszczanie napisów na murach czy chodnikach (np. kredą), niewykonywanie poleceń policjantów, naruszenie ich nietykalności osobistej czy rzekome znieważenie funkcjonariusza na służbie. Zarzut naruszenia nietykalności dostały choćby osoby, które na jednym z protestów rzucały w policjantów śnieżkami. - W przypadku większości tych osób prokuratorzy umorzyli sprawę za rzucanie śnieżkami, natomiast jedna taka sprawa trafiła do sądu i tam - chyba po trzech latach - również zakończyła się umorzeniem - mówi Obrębski. 

Były też sprawy związane m.in. z pisaniem na murach czy napisem na kościele. W jednej z nich na trzy miesiące trafił do aresztu mężczyzna podejrzany o namalowanie sprayem napisów na Kościele św. Krzyża w Warszawie - chodziło o  słowa "PiS won" i "Świeckie państwo". Sąd zastosował areszt ze względu na obawę matactwa. - W wielu przypadkach działania były nadmiarowe i pokazywały siłę władzy. Miały wywołać efekt mrożący - opowiadają nasi rozmówcy. 

Efekt mrożący miały też wywołać inne działania policji - zabieranie telefonów komórkowych, by nie można było skontaktować się z prawnikiem czy z rodziną, krzyki na obywateli, wulgaryzmy, mówienie do nich per "ty", ale też skuwanie kajdankami z tyłu. - Nie chciano rozkuwać zatrzymanych, nawet na komisariatach, na wniosek obrońców. To były działania czysto złośliwe, mające przestraszyć te osoby, by poczuły grozę całej sytuacji - mówi Bartosz Obrębski. 

Co się działo na komisariatach? 'Stopień okrucieństwa był ogromny'

Prawnicy podkreślają, że coś, co było bardzo symboliczne i znamienne, to fakt, że niezależnie od tego, o której godzinie kończyły się czynności na komisariacie, zawsze ktoś pod komendą czekał - czy to koordynatorki kolektywu Szpila, czy inne osoby aktywistyczne. - Chodziło o pokazanie wsparcia i solidarności, w ramach hasła "Nigdy nie będziesz szła sama" - opowiada mecenas Szpringer. 

Historia "Babci Kasi"

Jedną z osób nagminnie zatrzymywanych była słynna "Babcia Kasia", czyli Katarzyna Augustynek. - Zatrzymań było w jej przypadku grubo ponad 20, bo jest około 30 spraw karnych, a one pojawiały się właśnie w sytuacjach, kiedy było zatrzymanie. Policjanci twierdzili, że dochodziło do ich nietykalności bądź znieważania. W wielu z tych spraw sądy uznawały zatrzymania za niewątpliwie niesłuszne, bezzasadne. Przyznawano pani Augustynek zadośćuczynienie. Przy jednej ze spraw, w której sąd zasądził 20 tysięcy złotych zadośćuczynienia, pamiętam, że sąd napisał, że tak wysoka kwota jest związana z tym, że to, co się działo z nią w czasie tego zatrzymania, to były tortury - opowiada mecenas Agata Bzdyń, pełnomocniczka "Babci Kasi". 

Babcia Kasia znów ma kłopoty. Miała 'uderzyć policjanta flagą'. Jest akt oskarżenia

- Zastanawiam się, kiedy ówczesny komendant główny policji Jarosław Szymczyk odpowie za to, co działo się na protestach? Kiedy ci policjanci będą za to odpowiadali? Kiedy ludzie, którzy są ofiarami tych czasów, którzy mieli prawo pokojowo protestować, uzyskają wreszcie namiastkę sprawiedliwości? - pyta w rozmowie z nami dr Hanna Machińska, była zastępczyni RPO. Jak mówi, nie ma wątpliwości, że odpowiedzialność policji jest w tym wypadku kluczowa. 

- Nigdy nie zapomnę naszych działań na przestrzeni tych kilku lat. To była ścisła współpraca nas - prawniczek i prawników, zbliżenie ludzi, którzy wyznają podobne wartości, działania pod wspólnym szyldem. To coś, co zostanie we mnie na zawsze, wiele się w tym czasie nauczyłam - mówi mecenas Alicja Szpringer. 

- Ten czas pokazał nam, czym jest autorytarna władza. Przy wielu zatrzymaniach to był wyraz autorytaryzmu państw, bo można było daną osobę wylegitymować, spisać i wezwać na komendę następnego dnia, by postawić jej zarzuty, a nie trzymać ją kilka czy kilkanaście godzin. Poza tym wrażenie robiła skala tych zatrzymań. Państwo chciało pokazać swoją siłę wobec obywateli, którzy legalnie, pokojowo wychodzili na ulice - podsumowuje prawniczka.

W poniedziałek, 23 grudnia 2024 roku, na antenie Radia TOK FM wyemitowany zostanie reportaż "Paragrafem po oczach" autorstwa Anny Gmiterek-Zabłockiej - opowieść o działaniach prawników, którzy pomagali obywatelom i obywatelkom, zatrzymywanym przez policję w czasie rządów PiS.