"Spowiedź" byłej katechetki. "Nie chciałam tego firmować własną twarzą"
Mój tata zawsze chciał mieć w rodzinie księdza, ale zamiast syna Bóg dał mu córkę, więc pragnienia trzeba było nieco zmienić. Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny, dlatego od początku rodzice lekko naciskali, żebym szła drogą wiary i wstąpiła do zakonu. Od początku jednak czułam, że zakon to kompletnie nie jest moja bajka, więc się postawiłam i wybiłam im to z głowy. Ale chcąc spełnić gdzieś oczekiwania moich rodziców, poszłam na studia teologiczne.
Jak już wiesz, pochodzę z wierzącej i praktykującej rodziny, dlatego te tematy zawsze były mi bliskie. Więc to też nie jest tak, że te studia kompletnie mnie nie interesowały. Były bardzo ciekawe, wyniosłam z nich ogromną wiedzę, do dziś mam grono znajomych z tamtych lat. Choć nie będę ukrywać, że bywało naprawdę trudno, zwłaszcza na początku. Przedmioty związane z dogmatyką czy historią Kościoła są naprawdę trudne i obszerne, czysta pamięciówka. Dość powiedzieć, że zaczynało nas na roku jakieś 50 osób, a finalnie ukończyło chyba 20.
I to właśnie okres studiów był pierwszym, kiedy poczułam, że moja wyniesiona z domu wiara, taka wręcz dziecięca, zderza się mocno z rzeczywistością. To, czego się tam nauczyłam to jedno, a to, co zobaczyłam i czego doświadczyłam, to zupełnie inna historia. I chyba właściwie już wtedy zaczęło to ewoluować. Wszystko to, co wydarzyło się później, jest kwestią zbiegów okoliczności i przeróżnych doświadczeń, które zaprowadziły mnie do chwili, w której obecnie jestem.
Specjalizacje na teologii były trzy: pastoralna, składająca się z samych mężczyzn, przyszłych księży, ogólna, gdzie było pół na pół kobiet i mężczyzn i moja - nauczycielska, z przewagą kobiet. Większość, bo chyba 90 proc. wykładowców to byli księża. Wielu z nich było bardzo wyniosłych.
Mocno uderzył mnie też ich stosunek do kobiet. Traktowali nas z pobłażliwością, na zasadzie "no dobrze dziewczynki, to my was tu czegoś nauczymy, a wy pójdziecie potem uczyć w szkole i bawić się z dziećmi". Bardzo mi się to nie podobało. Podobnie jak ich szowinistyczne wstawki, których niestety było sporo.
Miałam też wrażenie, że klerycy byli traktowani o niebo lepiej, co oczywiście budziło mój wewnętrzny sprzeciw, bo wszyscy jechaliśmy niejako na jednym wózku i do egzaminów zakuwać musieliśmy tak samo. Ale chyba najbardziej uderzył mnie właśnie brak szacunku do kobiet. Wtedy jednak nie byłam w stanie się jeszcze temu przeciwstawić. Nie wiem, pewnie moje wychowanie w głębokiej wierze na to nie pozwalało. Po prostu "przewracałam kartki" i szłam dalej. I tak doczekałam ukończenia studiów w 2009 roku.
Studia skończyłam w czerwcu. We wrześniu wyszłam za mąż, a uczyć katechezy zaczęłam od stycznia 2010 roku, nieprzerwanie przez 10 lat. Na samym początku miałam w sobie wręcz dziecięcą euforię. Taką, jaką mają tylko nowicjusze. Niestety, bardzo szybko przygniotła mnie brutalna rzeczywistość. Pierwsze zderzenie ze ścianą to były szkolne przepisy i ilość papierologii.
Drugim niemiłym zaskoczeniem był sposób traktowania nauczycieli przez dyrekcję i kadrę zarządzającą. Wiadomo, wszystko zależy od konkretnej placówki. Ja uczyłam głównie w jednej szkole, ale nie miałam tam całego pensum, więc musiałam "łatać godziny" biegając od szkoły do szkoły. I tak po 10 latach wysłuchiwania nieustannych obietnic, że już za chwileczkę, już za momencik znajdzie się dla mnie cały etat, dyrektorka przybiegła do mnie z informacją, że w końcu ma dla mnie całe 12 godzin.
Cóż, pensum nauczyciela wynosi 18. Ale to już był ten czas, gdy dojrzałam do decyzji o zmianie mojego życia. Więc uprzejmie jej podziękowałam i kazałam szukać kogoś na moje miejsce, bo wiedziałam już, że muszę odejść.
Szkolne realia to jedno, ale powodów, dla których odeszłam, było zdecydowanie więcej. Wiesz, mało kto sobie zdaje sprawę, jak naprawdę wygląda praca i życie katechety. To nie jest tak, że z ostatnim dzwonkiem zamykamy dziennik i nasza praca się kończy. Nie, zdecydowanie. Praca katechety to kupa dodatkowych godzin spędzonych na parafii. Dlatego kobiety katechetki, które mają normalne rodziny, nie są dobrze postrzegane. Najlepiej, żeby w zawodzie świeckiego katechety pracował ktoś, kto jest samotny, bez rodziny, ktoś, kto będzie mógł się temu totalnie poświęcić.
Jeśli się zastanawiasz, co musiałam dodatkowo robić, to już wyjaśniam. To są godziny spędzone na przygotowaniach dzieci do komunii, do bierzmowania, to też są msze szkolne, a także te cotygodniowe - niedzielne. W którymś momencie czułam, że chodzę do kościoła, by pracować. Nie czułam, że idę się spotkać z Bogiem, nie przeżywałam tego tak, jak mi podpowiadało serce, o nie. Ja tam szłam, by stroić kościół, pilnować innych dzieci, by patrzeć czy się odpowiednio zachowują, a kiedy trzeba - upominać. Szłam, żeby śpiewać z nimi piosenki, żeby przygotować zajęcia i katechizować. W którymś momencie nawet mój mąż, który latami znosił to bardzo dzielnie, miał najnormalniej w świecie dość. Pamiętam doskonale, kiedy mi powiedział, że chciałby najnormalniej w świecie iść w niedzielę do kościoła całą naszą rodziną, a nie jak to zwykle bywa. Ja stałam z przodu z dziećmi ze szkoły, a on z tyłu z naszymi. Uwierało mnie też, że ciągle jestem na świeczniku, bo skoro stałam z przodu, patrzyli na mnie wszyscy rodzice, byłam oceniana nie tylko za moją pracę, ale też za to, jak jestem ubrana, jak się zachowuję, a nawet, jak zachowują się moje dzieci i mąż. Cała rodzina była troszkę na cenzurowanym. Ja na szczęście nigdy nie miałam konfliktu z żadnym ze swoich proboszczów. Wszyscy byli serdeczni, wyrozumiali i wspierający, ale wiesz, nie zawsze to tak wygląda. Dlatego właśnie nie mówi się głośno o tym, że Kościół preferuje samotnych świeckich katechetów. I choć nigdy nie miałam poważnych konfliktów z rodzicami czy dzieciakami, tych minusów przez lata nazbierało się sporo.
Kolejnym dysonansem było to, że w podstawie programowej były zawarte oczywiste dla Kościoła rzeczy, które nijak miały się do szkolnej rzeczywistości. Na przykład w pierwszych klasach program zakłada, że dzieci potrafią się modlić. Ale uwierz mi, wcale tak nie było. Ja spędziłam pół roku, żeby dużą część klasy nauczyć robienia znaku krzyża, bo dzieci, i trudno je za to winić, nie wyniosły tego z domu. Jeśli rodzice nie są praktykujący, to ja od razu widzę to po dzieciach. One po prosu nie miały pojęcia, o czym do nich mówiłam. Na szczęście nigdy nie miałam poważnych problemów z rodzicami czy uczniami. Nikt nigdy mi na lekcji nie powiedział, że "gadam głupoty". Jeśli zdarzał się jakiś bunt, podchodziłam do tego bardzo normalnie. Zawsze mówiłam takiemu uczniowi, że jeśli się nie zgadza z treściami prezentowanymi na zajęciach, niech porozmawia z rodzicami, albo skierował ich do mnie, bo religia nie jest przedmiotem obowiązkowym. Wiesz, nigdy nie byłam też służbistką. Największą wagę w swojej pracy zawsze przywiązywałam do stworzenia dobrej relacji i z uczniami i rodzicami. Czasem też zdarzało mi się pominąć podstawę programową i do dziennika wpisać inny temat niż realizowałam. Wolałam zrobić tak zwaną "luźną lekcję", ale poświęcić ją prawdziwym problemom, z którymi te dzieciaki się borykały. Na przykład kiedy w klasie był konflikt między uczniami, to rozwiązywaliśmy go wspólnie na lekcji religii. Uważam, że nie ma lepszej metody na nauczenie młodych ludzi, czym tak naprawdę jest "miłowanie bliźniego swego". I chyba byłam w tym całkiem dobra, skoro po latach kiedy spotykam na ulicy swoich byłych uczniów, słyszę od nich, że byłam "super".
W końcu po tych 10 latach dojrzałam do decyzji, że czas odejść ze szkoły i od nauczania katechezy. Należę do osób, które wciąż podnoszą swoje kwalifikacje. Teraz też kończę kolejne studia podyplomowe. A wtedy, w 2020 roku skończyłam edukację wczesnoszkolną i wychowanie przedszkolne. Teraz pracuję jako wychowawczyni w przedszkolu. Mam wrażenie, że nareszcie robię to, co zawsze chciałam robić. Dlatego jeśli mnie pytasz, czy żałuję odejścia ze szkoły i nauczania katechezy, absolutnie nie. Nadal uważam, że była to moja najlepsza zawodowa decyzja, jaką podjęłam. I choć czasem tęsknie za uczniami, to życia szkolnego jako takiego wcale mi nie brakuje.
Pytasz, jak zareagowali moi rodzice? No cóż, pogodzili się z tym, choć na początku nie przyszło im to łatwo. Ale to są mądrzy ludzie i zawsze chcieli mojego dobra, a teraz widzą, że jestem szczęśliwa i spełniona.
Nadal jestem osobą wierzącą, ale teraz mogę przeżywać swoją wiarę tak, jak podpowiada mi serce. Jest jeszcze jeden ważny aspekt, po tym jak już odeszłam od nauczania katechezy przyszła do mnie refleksja po ujawnieniu tych wszystkich skandali w Kościele, zaczynając od afery pedofilskiej po resztę brudów, które wychodzą na światło dzienne. Budzi to mój ogromny wewnętrzny sprzeciw, nie potrafię tego zaakceptować, bo sumienie mi na to nie pozwala. To nie wpłynęło oczywiście na moją relację z Bogiem, bo to zupełnie odrębna sprawa, ale te wszystkie afery sprawiły, że przestało mi się chcieć firmować tę instytucję swoją twarzą.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>