Małemu Leosiowi wycięto serce, a potem wszczepiono ponownie
Pacjentem był 15-miesięczny Leoś z Sosnowca. Chłopiec przyszedł na świat w 32. tygodniu ciąży. Miał zdiagnozowaną złożoną wadę serca oraz postępujące zwężenie żył płucnych, przez co nie było prawidłowego przepływu krwi. Jego stan stale się pogarszał, prowadząc do niewydolności oddechowej i zagrożenia życia.
Dr Grzegorz Zalewski wskazuje, że to bardzo ciężka w leczeniu wada, ponieważ żyły schowane są głęboko za sercem. Dlatego lekarze zdecydowali się na autotransplantację. - Wycięliśmy serce z klatki piersiowej w całości. Było ono umieszczone na stole operacyjnym - poza organizmem dziecka - w kąpieli lodowej. I wtedy w otwartej klatce piersiowej, w której nie było serca, mieliśmy możliwość i dobry dostęp do żył płucnych - wyjaśnia lekarz.
W tym samym czasie drugi zespół lekarzy korygował wadę serca. - Został zamknięty ubytek międzykomorowy, żeby rehabilitować lewą komorę do pełnej korekcji wady w przyszłości. Po kilku godzinach serce zostało wszyte na swoje miejsce i uruchomione do pracy - tłumaczy kardiochirurg.
Kilkadziesiąt osób i 12 godzin zabiegu
Cała operacja trwała 12 godzin, z czego aż osiem lekarze poświęcili na naprawę żył i serca poza organizmem dziecka. Przy zabiegu (a właściwie przy dwóch równoległych) pracowało w sumie kilkadziesiąt osób.
- Do tej pory dzieci z takimi wadami były skazane na śmierć. Powolne zarastanie żył płucnych prowadzi do zgonu i kardiochirurgia nie miała sposobu, żeby takie przypadki ratować. Od niedawna robi się takie operacje, ale one są bardzo rzadkie. Wykonano je kilkukrotnie w Stanach Zjednoczonych. W Polsce do tej pory jeszcze nigdy - podkreśla dr Zalewski.
Obecnie Leoś czuje się coraz lepiej. - Jest ogromna różnica w porównaniu do tego co było. Jego sprawność wzrosła, wysiłek oddechowy zmalał. Naprawdę zupełnie inaczej wygląda, zupełnie inaczej się zachowuje, jest bardzo aktywny, ma bardzo dużo energii - cieszy się Klaudia Balicka, mama chłopca. - Odzyskał kolory, tak zdrowo wygląda - dodaje tata, Rafał.
Rodzice opowiadają, że przed zabiegiem syn miał duszności, często siniała mu twarz, usta czy paznokcie. - Z trudem oddychał, zaciągał całą klatkę piersiową przy oddechu - opisuje mama.
Chłopczyk był operowany trzy tygodnie temu, lecz dopiero dziś (piątek) lekarze opowiedzieli o całej sprawie. Święta Leoś spędzi w domu. W najbliższym roku przejdzie kolejną operację serca, która ma jeszcze bardziej poprawić jakość jego życia.