"Państwo zawiodło". Nowe ustalenia w głośnej sprawie Kamilka z Częstochowy
- Po śmierci ośmiolatka z Częstochowy powstała tzw. ustawa Kamilka, standardy ochrony dzieci, a minister sprawiedliwości powołał specjalny zespół, który bada przypadki przemocy wobec dzieci;
- W lutym przedstawiony zostanie raport z prac zespołu;
- Ta część raportu, która dotyczy bezpośrednio śmierci dziecka, będzie jednak utajniona. Jawne będą rekomendacje;
- Mecenas Grzegorz Wrona, który jest w tym zespole, opowiada TOK FM, co nie zadziałało w ochronie dzieci przed przemocą.
Ośmioletni Kamilek z Częstochowy zmarł w maju 2023 roku. Lekarze z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach przez ponad miesiąc walczyli o jego życie, ale dziecka nie udało się uratować. Zanim trafił do szpitala, był maltretowany przez ojczyma. Ten polewał go wrzącą wodą, uderzał prysznicem, bił po całym ciele, znęcał się nad nim psychicznie i fizycznie. Kamilek trafił do szpitala z oparzeniami głowy, klatki piersiowej i kończyn. Ojczym odpowie za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Po tragicznej śmierci 8-latka wprowadzono do polskiego systemu prawnego tzw. ustawę Kamilka i standardy ochrony małoletnich. Chodzi o to, by skuteczniej chronić dobro dziecka. Jak pisaliśmy na naszym portalu, jednym z efektów działania nowego prawa jest m.in. większa liczba zakładanych Niebieskich Kart. Według ekspertów świadczy to m.in. o tym, że przedstawiciele służb, szkół, przedszkoli, przychodni i innych instytucji częściej reagują i zawiadamiają kogo trzeba w sytuacji, gdy mają podejrzenie, że dane dziecko cierpi.
Co ustalił specjalny zespół ekspertów?
W kwietniu 2024 roku minister sprawiedliwości Adam Bodnar powołał członków specjalnego ministerialnego zespołu do spraw analizy zdarzeń, na skutek których małoletni poniósł śmierć lub doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. W pierwszej kolejności zespół ten zajął się właśnie przypadkiem ośmiolatka z Częstochowy. Miał ustalić, jak wyglądały wcześniejsze lata jego życia, kto reagował na to, co działo się w rodzinie, a kto nie reagował i dlaczego. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zespół analizował dokumenty i akta, ale też rozmawiał ze świadkami.
Ta część raportu, która dotyczy bezpośrednio śmierci dziecka, będzie jednak utajniona. Tak wynika z ustawy. Druga część - zawierająca m.in. rekomendacje systemowych zmian - zostanie upubliczniona. Zgodnie z zapowiedzią wiceministry sprawiedliwości Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz, ma do tego dojść w lutym.
Bodnar wzoruje się na Wielkiej Brytanii. 'Skala przemocy jest ogromna'
- Zaskoczyło mnie, choć może nie powinno, jak bardzo długo to trwa. Wszyscy w zespole czekaliśmy w blokach startowych na prowadzenie tych prac, pełni energii, siły, wiedzy i głodu zmiany, a natrafiliśmy na ścianę - bo w urzędach są terminy, procedury, pisma wchodzące i wychodzące, trzeba czekać i nie da się pewnych rzeczy przeskoczyć. Niestety, to trzeba wytrzymać. Jeśli wiesz, że zmiany są kluczowe i konieczne, to musisz zaczekać, bo trzeba tych wszystkich formalności dopilnować - mówi TOK FM mecenas Grzegorz Wrona, przewodniczący ministerialnego zespołu do spraw analizy zdarzeń, na skutek których małoletni poniósł śmierć lub doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
Do zespołu trafiło do tej pory - od kwietnia - 30 spraw z policji i prokuratury. Po wstępnej analizie zespół zdecydował, że zajmie się dziewięcioma z nich. - Nie mogę mówić o szczegółach, bo raport nie został jeszcze upubliczniony. Na razie trafił do instytucji, o których jest w nim mowa. Ale oczywiście, widzimy rzeczy, które wymagają pilnej naprawy - stwierdza nasz rozmówca.
Państwo zawiodło w ochronie nad dziećmi?
Jedną z takich kwestii jest to, co - jak wiemy nieoficjalnie - też pojawia się w sprawie Kamilka z Częstochowy. Przedstawiciele służb czy różnych instytucji, którzy mają za zadanie regularnie kontrolować sytuację dziecka, przychodząc do jego domu, wierzą w zapewnienia rodziców. Ci mówią na przykład, że "dziecko śpi", "syn jest u kolegi" albo "córka pojechała do babci". Przedstawiciele służb nie rozmawiają z dzieckiem, nie są w stanie sprawdzić, czy np. nie ma na ciele śladów pobicia.
- Cała Polska od lat dyskutuje, czy z dzieckiem można rozmawiać, czy pracownik danej instytucji - wchodząc do domu - może obejrzeć dziecko i sprawdzić, czy nie ma śladów związanych z przemocą. Te dyskusje niewiele jednak zmieniają. I to jest zarzut do naszego państwa - że przez tak długi czas ta kwestia nie jest uregulowana, a uregulowana być musi - uważa Grzegorz Wrona.
Przyznaje, że dziecka rzeczywiście może nie być w domu w danym momencie. Nie ma w tym niczego złego. Ale osoba, która przychodzi to sprawdzić, musi być o tym przekonana, a nie tylko wierzyć słowom mamy czy taty i przechodzić nad tym do porządku dziennego. - Tak długo należy wykonywać czynności, aż się to dziecko zobaczy. I to nie za miesiąc czy dwa, ale jeszcze tego samego dnia czy następnego - podkreśla nasz rozmówca.
Nieświadome matki rodzą dzieci z HIV. 'Mamy kilkulatki chore na AIDS'
Kolejna kwestia to rutyna, która może gubić policjantów, pracowników opieki społecznej czy kuratorów. - To jest problem wielu zawodów i nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast jeśli system - mówiąc ogólnie - akceptuje pewne powtarzalne czynności, które nie mogą doprowadzić do ustalenia faktycznej sytuacji dziecka, to jest sytuacja poważna i wymagająca zmiany - mówi Wrona.
Chodzi np. o to, by kurator, który przychodzi do konkretnej rodziny latami, nie przyzwyczajał się do określonych wypowiadanych przez rodziców tekstów, do nieporządku w domu czy do tego, jak się zachowują dzieci. Ważne, by był wyczulony na każdy niepokojący kontekst danej historii.
- Gdy mamy np. do czynienia z sądem rodzinnym, to kurator pełni szczególną rolę. Mówi się, że jest ramieniem sądu, bo stanowi główne źródło informacji dla sędziego. I trzeba się dokładnie przyjrzeć - systemowo - jakie informacje, w jakim terminie trafiają do tego sędziego, ale również - czy jeśli sędzia wskazuje: "proszę zrobić to i to", to czy potem jest to realizowane, kiedy, w jaki sposób. My to analizujemy w każdej sprawie, którą się zajmujemy jako zespół i widzimy, że tutaj te zmiany systemowe powinny być bardzo daleko idące - opowiada Grzegorz Wrona.
Śmierć Kamilka z Częstochowy - zawiniły urzędy? Prokuratura zdecydowała
Gość TOK FM wskazuje, że - w przypadku zawodów, które pracują w zakresie zwalczania przemocy domowej - kluczowe są też superwizje, których nie ma. Tak, by kurator, sędzia czy prokurator mógł "przegadać" dany temat z kimś innym, kto wysłucha, podpowie, doradzi. By dany pracownik nie pozostawał z tym sam, bo to również może prowadzić do działań rutynowych. - My, jako przedstawiciele zespołu, pracujący z tak poważnymi, strasznymi sprawami, mamy zapewnioną superwizję i jest do dla nas bardzo ważne. Ale takie superwizje powinny być dostępne o wiele szerzej. To jest kluczowe, by nasza higiena psychiczna utrzymywana była na odpowiednio wysokim poziomie - zwraca uwagę nasz rozmówca.
W przypadku sprawy Kamilka z Częstochowy nie jest tajemnicą, że rodzina się przeprowadzała - prawdopodobnie m.in. po to, by nie mieć nad sobą służb. Tak jest też w szeregu innych spraw. Tu - jak mówi Grzegorz Wrona - konieczna jest zmiana podejścia, by tego typu informacje o zmianie miejsca pobytu dziecka były przekazywane jak najszybciej.
- W dzisiejszych czasach wydaje się naprawdę dziwne, że czeka się - dłużej czy krócej - z przekazaniem takich informacji. Przecież wystarczy wziąć telefon i zadzwonić, jak najszybciej się da. By ktoś w tej drugiej miejscowości mógł pójść, odwiedzić rodzinę i zareagować - opowiada Wrona. - Wiem, że Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego podjęła już działania, by to zmienić. Wydaje się, że ta kwestia wreszcie będzie rozwiązana - dodaje.
Mecenas wspomina też, że w kilku sprawach próbował wyjaśnić, dlaczego przekazanie tych informacji trwa tak długo. - Rozmawiałem z sędziami rodzinnymi, z prawnikami, z innymi osobami. Nikt mi nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, z czego to wynika. Taka jest praktyka i tyle. Ale nie może to tak wyglądać - podkreśla.
Poprawie przekazywania danych ma też służyć system teleinformatyczny, za pomocą którego informacje między instytucjami można byłoby przekazywać szybko i sprawnie. Ale to też wymaga czasu. Ministra Rudzińska-Bluszcz zapowiada, że taki system powstanie. - Jego zbudowanie jest niezwykle ważne, by poprzez dostęp elektroniczny można było w szybki sposób ustalić historię działań instytucji, miejsce pobytu dziecka czy jak w danej sprawie działał lub nie działał sąd. To niesamowicie ułatwiłoby pracę i w bardzo istotny sposób poniosłoby bezpieczeństwo dzieci - tłumaczy mecenas Wrona.
Jak słyszymy, zdarzają się też inne sytuacje - gdy procedury i przepisy są dokładnie w prawie opisane, ale jeden czy drugi człowiek ich nie stosuje. Z powodu niewiedzy, nieznajomości przepisów, z rutyny albo też w pełni świadomie i celowo. - Rzeczywiście, odkrywamy z pewnym zdziwieniem w zespole, że jest np. jakaś procedura, którą wprowadzono, ale "się nie przyjęła", bo ktoś jej nie stosował rok drugi, piąty, dziesiąty i w ogóle o niej zapomniano. Powody mogą być różne. My w zespole nikogo nie oceniamy i nie wytykamy palcami, że "iksiński" zrobił to, a Kowalski nie dopilnował czegoś innego. Nie, nasza praca ma dać efekty na przyszłość. I tu też trzeba brać pod uwagę, że nie wszystko da się zmienić na już, natychmiast. Czasami potrzebny będzie rok albo dwa lata - mówi mecenas.
Mówiąc wprost, prawnik przyznaje, że można uznać, że w sprawie ochrony dzieci państwo - przynajmniej w części - zawiodło.
Kluczowa jest też zmiana postaw i podejścia ludzi
Grzegorz Wrona podkreśla, że fakt, iż wprowadzono "ustawę Kamilkową", standardy ochrony dzieci i stworzono wspomniany zespół, to zdecydowanie za mało. - To samo w sobie nie poprawia sytuacji dziecka. Bo wszędzie są ludzie z różnym podejściem do życia, do zawodu, z różnymi postawami. Oczywiście, mam nadzieję, że wprowadzenie standardów w dłuższej perspektywie przyniesie realny efekt, ale uważam, że na razie nasze państwo zrobiło to, co było najłatwiej zrobić. Natomiast zmiana postaw ludzi - pracowników różnych instytucji, podniesienie ich kompetencje i zwiększenie bezpieczeństwa dzieci - to bardzo trudne zadanie. Zobaczymy, czy państwo będzie równie konsekwentne we wprowadzaniu właśnie tych zmian. Bo jest ustawa, są standardy, są zespoły, ale nikt mi nie powie, że którekolwiek dziecko jest z tego powodu bezpieczniejsze - podsumowuje Grzegorz Wrona.
Rozmowy z mecenasem Grzegorzem Wroną będziecie mogli Pańśtwo posłucha w Radiu TOK FM, w programie "Twój problem moja sprawa" w sobotę o godz. 15.20.