,
Obserwuj
Polska

Tu "żur" cieknący z kanapy, tam kawałek mózgu. Jak sprząta się po zgonach? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

8 min. czytania
13.10.2024 11:28
"Po odsunięciu kanapy odkryłem coś, co wyglądało jak czerwonobrunatna galaretka. Okazało się, że to dwudziestocentymetrowy kawałek mózgu. Zdziwiłem się, że policja zostawiła tak duży fragment mózgu i zmroziła mnie myśl, że rodzice tego nastolatka mogli to znaleźć" - opisuje w rozmowie z Małgorzatą Węglarz Mateusz Węgorowski - założyciel jednej z pierwszych w Polsce firm, która zajmuje się sprzątaniem po zgonach.
|
|
fot. tokfm.pl

Poniższy fragment pochodzi z reportażu pt. "Jak usunąć wujka z podłogi. Zawód: sprzątanie po zgonach" autorstwa Małgorzaty Węglarz oraz Mateusza Węgorowskiego. Książka została wydana 3 lipca 2024 roku nakładem Wydawnictwa Pascal.

Iwona

To było jedno z pierwszych i chyba najtrudniejszych dla mnie zleceń.

Otrzymaliśmy informację, że trzeba doprowadzić do porządku mieszkanie po zgonie osoby, której ciało rozkładało się prawie dwa tygodnie. Wrocław, środek lata, upał, 30°C.

Dwa tygodnie? W takiej temperaturze? Moja wyobraźnia zaczęła działać na najwyższych obrotach. Nikomu nie powiedziałam, ale miałam pietra, nie wiedziałam, czy sobie poradzę. Czy jestem przygotowana na ten widok? Jak mój organizm zareaguje na smród?

To był stary blok w centrum miasta. Mieszkanie starszego człowieka, małe, ale strasznie zagracone, o charakterystycznym zapachu takich dziadków. Moim zadaniem było spakowanie wszystkiego, co znajdowało się w kuchni. A był tego ogrom! Dziesiątki słoików, garów, sztućców. Na domiar złego kuchnia była połączona z pokojem, a właśnie tam rozegrał się cały dramat tego człowieka. Wtedy pierwszy raz poczułam zapach śmierci. Tego nie da się pomylić z niczym innym.

Widok i odór: nie do opisania. Zgon nastąpił na kanapie i w nią wniknęły wszystkie płyny ustrojowe, a następnie rozlały się po podłodze. Najgorsze w tym wszystkim było to, że przy całym zabezpieczeniu, w kombinezonach, maskach, rękawicach, specjalnych butach, i w tym okropnym skwarze, nie było czym oddychać, pot ściekał po oczach, plecach i tyłku.

Najgorszym "syfem" zajął się Mateusz. Musiał najpierw rozebrać kanapę, żeby dało się ją owinąć stretchem i przekazać do spalarni. Kiedy nią poruszył, nastąpiło coś, co można porównać do fali uderzeniowej bomby atomowej. Fetor prawie mnie powalił, a do tego ten cieknący z kanapy "żur" [rozkładające się cząstki ciała oraz płyny ustrojowe - przyp. autorki]. Starałam się skupić, pakowałam i pakowałam te słoiki, myślałam, że nigdy nie skończę. Wisienką na torcie była zawartość lodówki odłączonej od prądu dwa tygodnie temu oraz pozostawiona na kuchence zupa. Byłam wstrząśnięta i przerażona, czułam obrzydzenie, a to jeszcze nie był koniec atrakcji. W pewnym momencie chciałam zadzwonić. Byłam przekonana, że zostawiłam torbę w przedpokoju. Okazało się jednak, że nasi pracownicy niewiele myśląc ("jak wszystko, to wszystko do kontenera"), wrzucili ją z innymi rzeczami do worka. Oczami wyobraźni widziałam, jak przebieram w kontenerze pełnym lepkiej mieszanki i zrozpaczona szukam igły w stogu śmierdzącego siana. Na szczęście jednak chłopaki nie zdążyły wyrzucić do kontenera paru worków, jeden z nich zawierał moją własność.

'Jak usunąć wujka z podłogi. Zawód: sprzątanie po zgonach' Małgorzata Węglarz, Mateusz Węgorowski, Wydawnictwo Pascal
'Jak usunąć wujka z podłogi. Zawód: sprzątanie po zgonach' Małgorzata Węglarz, Mateusz Węgorowski, Wydawnictwo Pascal
mat. promocyjne

Pierwszy raz to była dla mnie adrenalina, szok i pot lejący się strumieniami z pleców. Nachodziły mnie dziwne myśli, bo byłam u kogoś w domu. Musiałam oczyścić, powyrzucać i posegregować czyjeś rzeczy. Wszystko przelatywało mi przed oczami. Widziałam golarkę, sztuczną szczękę, szczoteczkę do zębów. Kiedy człowiek musi pracować w smrodzie, z czasem przestaje mu on przeszkadzać. W samym pomieszczeniu było duszno, gorąco. Kiedy sprzątałam łazienkę, która nie miała okien, lało się ze mnie. Wszystko razem, zapach i te cudze przedmioty, mocno mną wstrząsnęły. Ogólnie: przytłaczające doświadczenie. Na drugi dzień musieliśmy tam podjechać, żeby wyozonować pomieszczenia, wtedy już było lepiej. Wcześniej było jakoś dziwnie, smutno, ciemno, bo robiliśmy to po południu i wieczorem.

A wiesz, co jeszcze zapamiętałam z tych pierwszych zleceń? Coś bardzo przyziemnego: kombinezon miałam za duży, wtedy jeszcze bez paska, dopiero później naprawiłam swój błąd. Wyraźnie pamiętam również pierwsze wypadki i samobójstwa. Dostaliśmy zlecenie od właściciela nadmorskiego hotelu, oczywiście pełna dyskrecja, byle gości nie straszyć. Jedziemy. To była Reza, a my mieliśmy wpisane Reda, dotarliśmy do jakiegoś domku jednorodzinnego. Na szczęście skontaktowaliśmy się z właścicielem, byliśmy niecałe 15 kilometrów od właściwego miejsca. Podjechaliśmy pod hotel, właściciel dyskretnie zaprowadził nas pod pokój, mogliśmy się przebrać, wnieść sprzęt. Nie robiliśmy tego w nocy, tylko w ciągu dnia. Zdarzenie miało miejsce dzień wcześniej.

Widok był nieprzyjemny, bo prawdopodobnie facet tak się upił, że nie miał świadomości, że chodzi po potłuczonym szkle, i po prostu się wykrwawił. Mogło to też być samobójstwo - tak zostało to zakwalifikowane. Pokój jednoosobowy, w łazience przy toalecie mnóstwo skrzepów, krwi też bardzo dużo. Oczywiście strasznie zakrwawione łóżko, na nim umarł. Cała podłoga zalana krwią i pokryta szkłem, musieliśmy zachować ostrożność, więc grubsze kawałki pozbieraliśmy za pomocą szpachelki.

Było lato, z krwi zrobiła się skorupka - dotknięta zamieniała się w proszek. Musieliśmy zutylizować materac, a żeby nie wynosić go przez hotel i oszczędzić innym widoku, to przez okno go wyrzuciliśmy. Te wszystkie odpady w workach również. Odór był zupełnie inny niż przy rozkładzie całkowitym, zapach świeżej krwi każdy dobrze zna, ale kiedy zaczyna się ona rozkładać, woń zyskuje intensywność. Musieliśmy bardzo uważać, żeby się nie skaleczyć.

Czy to było samobójstwo, czy wypadek, nigdy się nie dowiedzieliśmy. O szczegóły nie dopytujemy, bo co nas to obchodzi, przychodzimy i wykonujemy swoją robotę. Pokój wyglądał jak pobojowisko, więc może facet chciał zapić się na śmierć, potłukł szkło i zaczął po tym chodzić. Policja też nie była w stanie tego stwierdzić. Zrobiliśmy wszystko jak najdyskretniej, zabraliśmy wszystkie odpady. Kiedy się ozonuje pokój, trzeba go opuścić, więc przebraliśmy się i poszliśmy posiedzieć chwilę nad morzem, powdychaliśmy jodu i gdy upłynął odpowiedni czas, zawinęliśmy się - taki to był nasz pobyt nad morzem.

A druga próba samobójcza, w wyniku której nie doszło do zgonu, była w sądzie. Pilne wezwanie: aresztant czekał na proces w takim pomieszczeniu za kratami i próbował popełnić samobójstwo, rozcinając sobie żyły długopisem. To dziwne, bo pilnowało go dwóch strażników, a krata była na szerokość pomieszczenia, więc cały czas go widzieli. Dosyć szybko jednak się zorientowali, co się dzieje, i zdążyli go uratować, ale w celi był bajzel. Mieliśmy się z tym jak najszybciej uporać. Tam też była rzeźnia. Mateusz natknął się nawet na połówkę żyletki.

Uczył historii, a teraz chowa zmarłych. 'Dzwonili ze szkoły, Żebym uczył podstaw przedsiębiorczości'

Grzegorz

Telefon do firmy, jest zlecenie w Sopocie. Miła pani przedstawia sytuację: kuzyn popełnił samobójstwo. Był samotny, jedyna bliska mu osoba to zleceniodawczyni. Umawiamy termin zlecenia za dwa dni, ponieważ prokurator ma oddać klucze do mieszkania po zakończeniu czynności.

Jedziemy we dwóch, w samochodzie cały sprzęt do dezynfekcji, narzędzia do kucia na wypadek konieczności zrywania podłogi. Jesteśmy na miejscu o ósmej rano. Blokowisko, przed klatką pod wskazanym adresem czeka na nas zleceniodawczyni. Krótko przedstawia sytuację, podobno najgorzej jest w łazience. Idziemy na pierwsze piętro.

Odór nie napawał optymizmem. Już przebrani w kombinezony, w maskach i rękawicach, przeszliśmy przez próg. Mimo środków zabezpieczających smród porażał intensywnością. Mieszkanie było małe, kawalerka, wszystko zagracone. Gdy weszliśmy do łazienki, doznaliśmy szoku: wszędzie krew, w wannie pozostałości po samobójcy (podobno ciało leżało w niej dwa miesiące). Okazało się, że denat podciął sobie żyły, a następnie powiesił się na kranie nad wanną. Przed targnięciem się na swoje życie zabezpieczył i uszczelnił wszystkie drzwi i okna taśmą, chyba tylko po to, by nie można było stwierdzić przez dłuższy czas, co się wydarzyło w mieszkaniu.

'Jak to nie ksiądz?! I jeszcze baba?!'. Pierwsza Polka jako 'elitarna jednostka cmentarna': To sztuka na raz

Pierwszy etap to czyszczenie wanny i płytek z pozostałości oraz płynów ustrojowych. Wszystko to trzeba było zapakować w specjalne czerwone worki - potem przekazaliśmy je do spalarni, ponieważ był to materiał biologiczny i należało go zutylizować. Później musieliśmy opróżnić całkowicie łazienkę i ją zdezynfekować. Przed opróżnieniem reszty mieszkania mogłem wpuścić zleceniodawczynię, oczywiście odpowiednio zabezpieczoną, by zabrała rzeczy osobiste denata, w tym dokumenty potrzebne do załatwienia formalności związanych m.in. z pogrzebem.

Po wyniesieniu wszystkich mebli, sprzętu kuchennego, ubrań i wrzuceniu ich do kontenera, wyczyściliśmy i zdezynfekowaliśmy resztę mieszkania. Skończyliśmy około 16.30. Pozostało jeszcze ozonowanie, żeby mieć pewność, że lokal jest całkowicie bezpieczny. Trwało to około dwóch godzin. Zapach całkowicie inny, nie czuć już było zupełnie śladów śmierci.

Zleceniodawczyni zadowolona, mimo smutku po stracie - dało się wyczuć, że spadł jej ogromny ciężar z serca. Nam również ulżyło, bo daliśmy radę. Jak na pierwszy raz dobrze nam poszło. Późnym wieczorem w milczeniu dotarliśmy do domu

Mateusz

Sprzątaliśmy po samobójstwie, młody chłopak strzelił sobie w głowę ze sztucera myśliwskiego. Było źle, drastycznie, zresztą to był dla nas jeden z pierwszych przypadków strzału w głowę. Zawsze przed takimi akcjami byłem mocno podekscytowany. Ostatecznie, kto może się pochwalić tym, że zeskrobywał kogoś ze ściany czy sufitu albo że zbierał czyjąś głowę z kanapy?

Pojechałem z Marcinem, którego wtedy zatrudniałem. To było bardzo małe pomieszczenie, jakieś 10 m2. Wystrzał był potężny, resztki mózgu utknęły w ścianach i meblach, wszystko było czerwone, a z sufitu zwisały sople. Zaczęliśmy zbierać wszystkie kawałki czaszki i tkanek. Marcin zajmował się czyszczeniem ścian - usuwanie z nich krwi tylko pozornie jest czynnością łatwą. W praktyce jest odwrotnie, ślady trzeba zeskrobywać lub szorować. Im więcej tych kropek czy plam, tym cięższa praca… Ja czyściłem meble, co było trochę łatwiejsze, ale po odsunięciu kanapy odkryłem coś, co wyglądało jak czerwonobrunatna galaretka. Okazało się, że to dwudziestocentymetrowy kawałek mózgu. Głowa po strzale praktycznie przestała istnieć, została tylko szyja. Zdziwiłem się, że policja zostawiła tak duży fragment mózgu i zmroziła mnie myśl, że rodzice tego nastolatka mogli to znaleźć.

Nie pomagała świadomość, że za ścianą siedzą jego bliscy. Zawsze miałem problem z pocieszaniem innych. Przyznam szczerze, nie umiem tego robić. Uważam, że powiedziane do kogoś w takiej sytuacji "wszystko będzie dobrze" jest okropne i nieszczere. Nigdy nie pocieszam klienta, nie wchodzę w tę rolę. Mogę wysłuchać i często to robię, ale żeby kogoś poklepać po ramieniu i powiedzieć mu parę ładnych słów, to już nie. My jesteśmy od wykonania zlecenia. Pocieszaniem zajmuje się psycholog lub rodzina. (...)

Jeśli znalazłaś/znalazłeś się w kryzysowej sytuacji lub wiesz o kimś, kto może potrzebować wsparcia i pomocy, możesz zadzwonić pod numer alarmowy 112, pod numer Kryzysowego Telefonu Zaufania 116 123 lub pod numer Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym 800 70 22 22. Do dyspozycji są również Młodzieżowy Telefon Zaufania pod numerem 116 111, a także Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka pod numerem 800 121 212. Pomocne informacje można znaleźć także na stronie "Życie warte jest rozmowy": www.zwjr.pl.

Posłuchaj:

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>