Typowy dzień pracy ratownika. "Jesteśmy zmęczeni ludzką głupotą"
"Zdarzały się sytuacje, gdy pod wieżą siedziała trójka maluchów czekających, aż ktoś się po nie zgłosi. Jedno zanosiło się płaczem, drugie budowało zamek z piasku, a trzecie już planowało zostać ratownikiem. Po czym na stanowisko przychodziła spanikowana matka zgłosić, że zaginęło jej dziecko. Aż chciało się czasami powiedzieć: 'A nie chce pani wziąć sobie któregoś z tych w zamian? Bo akurat mamy kilkoro'". Publikujemy fragment książki Jakuba Wojasa "Tonący nie krzyczą. Wspomnienia ratownika".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Jakuba Wojasa pt. "Tonący nie krzyczą. Wspomnienia ratownika", która ukazała się 1 lipca 2026 roku nakładem wydawnictwa Wielka Litera.
Gdy piasku już nie widać
Żaden inny sezon nie był tak intensywny i nie budził we mnie tylu emocji, co lato we Władysławowie. Popularność tego miasta, jego imprezowy charakter oraz w miarę duża szerokość plaży powodowały, że liczba i średnie zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy zarówno na piasku, jak i w morzu były większe niż w innych podobnych kurortach. Im więcej parawanów rozbitych w pobliżu wieży i im wyższy procent mieszkańców wyznaczonych nimi parceli będzie w upalny dzień pod wpływem alkoholu, tym większe prawdopodobieństwo interwencji. A mieliśmy tam do czynienia z prawie całym przekrojem polskiego społeczeństwa. Miejscami część ludzi wykazywała wobec nas niemal wrogie nastawienie. To wywoływało u nas sprzeczne uczucia. W jednym momencie odczuwaliśmy euforię po wyciągnięciu z wody dzieciaka, a chwilę później opanowywały nas gniew i frustracja, gdy orientowaliśmy się, że jego rodzice leżą za parawanem pijani, nie mając pojęcia, co się właśnie stało. (...)
Wiele akcji przeprowadzaliśmy w miejscach niestrzeżonych, do których czasem musieliśmy biec nawet kilkaset metrów. Wiązało się to z koniecznością tymczasowego zmniejszenia liczby par oczu obserwujących właściwe, niemal zawsze zatłoczone kąpieliska strzeżone. Zaskakiwało mnie, jak wiele osób nie czuło respektu przed wzburzonym morzem i było w stanie niemal się z nami bić o należne im prawo do kąpieli. Powiedzmy, że jeszcze jestem w stanie zrozumieć, że ktoś nie ufa ratownikowi i jego śmiesznej czerwonej fladze - służby ratownicze nigdy nie cieszyły się w Polsce poważaniem (może poza strażą pożarną).
Ale gdy ponadmetrowe fale z pieniącymi się białymi grzywami sprawiają, że morze wygląda niczym wrzątek mający zaraz wykipieć z garnka, to zdrowy rozsądek powinien podpowiadać: "Zostań dziś na piasku". Ale nie. Nie we Władysławowie. Turysta myśli: "Przyjechałem na urlop przez pół Polski, zanurzenie się w morzu z puszką piwa w ręku jest moim konstytucyjnym prawem. Żaden ratownik nie będzie mi mówił, co mam robić". (...)
Dość irytującym utrudnieniem w codziennej pracy, które nie wiem jakim prawem miało miejsce w XXI wieku, był fakt, że na stanowiskach nie mieliśmy krótkofalówek. Wszelka komunikacja na odległość między wieżami odbywała się poprzez prywatne telefony komórkowe. A nie były to jeszcze czasy, kiedy za 30 złotych miesięcznie posiadało się pakiet nieograniczonych minut. Dodzwonienie się do którejś z osób na sąsiedniej wieży w nagłej sytuacji było oczywiście totalnie niepraktyczne, dlatego szybszym sposobem na zawołanie sąsiedniej załogi było ściągnięcie flagi. Te musieliśmy obserwować jednocześnie z kąpieliskiem, a ich monitorowanie kątem oka przy każdym "skanie" wody szybko weszło nam w krew. Flaga w dole oznaczała prośbę o wsparcie do akcji w wodzie, z kolei flaga w połowie masztu była wezwaniem o pomoc ratownika medycznego podczas jakiegoś zdarzenia na piasku. We Władku były to dosyć często objawy udaru cieplnego. Ludzie przychodzili na plażę, leżeli na słońcu w trzydziestostopniowym upale, od samego rana wlewali w siebie rozmaite trunki i nagle dziwili się, gdy okazywało się, że organizm zachowuje się inaczej niż powinien. "Ratownicy, pomóżcie, nie mogę dobudzić męża!".
Raz grupka dzieciaków chciała nam zrobić psikusa i z wysokiego masztu stojącego tuż za jedną z wież ściągnęła flagę. Po kilkudziesięciu sekundach z obu sąsiednich stanowisk zbiegli się ratownicy, przekonani, że czeka ich akcja w wodzie. Dzieciaki po tym, jak zorientowały się, że nabroiły, rozpierzchły się po plaży i poznikały między parawanami.
Mimo tego, że regularnie rozdawaliśmy małym dzieciom plastikowe bransoletki, żeby można było na nich zapisać numer telefonu rodziców, nieraz mieliśmy po kilkanaście zaginięć dziennie. Sprawy nie ułatwiał brak krótkofalówek. Zdarzały się sytuacje, gdy pod wieżą siedziała trójka maluchów czekających, aż ktoś się po nie zgłosi. Jedno zanosiło się płaczem, drugie budowało zamek z piasku, a trzecie już planowało zostać ratownikiem. Po czym na stanowisko przychodziła spanikowana matka zgłosić, że zaginęło jej dziecko. Aż chciało się czasami powiedzieć: "A nie chce pani wziąć sobie któregoś z tych w zamian? Bo akurat mamy kilkoro". Miejscami bywało to frustrujące, szczególnie gdy rodzice okazywali się roszczeniowi i niemal żądali, żebyśmy rzucili wszystko i przez megafon nadawali informację o zaginięciu dziecka. "Jaki komunikat pani sobie życzy, żebym ogłosił? Że kolejna nieodpowiedzialna matka zgubiła dziecko?" (...)
Mięśnie nie pływają
Pochmurny poranek. Przed rozpoczęciem pracy siedzimy z Andrzejem, Julią i Pucusiem w stojącej pod wydmą niewielkiej drewnianej budce, która służy za magazyn sprzętu ratowniczego. Przy dobrej pogodzie już bylibyśmy zajęci noszeniem wszystkiego i rozstawianiem głównego stanowiska, ale poprzedniej nocy pogoda była niemal sztormowa. Teraz fale w strefie przyboju osiągają ponad metr, a słońce chowa się za gęstą warstwą chmur. Do południa na pewno nie zdejmiemy czerwonej flagi. (...)
Ściśnięci na wąskich kojach generujemy jakieś śmiechy i próbujemy wybrać ochotnika, który jako pierwszy opuści dający schronienie od wiatru magazynek. W tle Katy Perry chwali się, że całowała się z dziewczyną, a do formalnego otwarcia kąpieliska zostało jakieś pięć minut. W drzwiach budki stoi Pucuś i co jakiś czas odwraca głowę, rzucając okiem na plażę, na której oprócz mew nie ma prawie nikogo. W pewnym momencie jego wzrok zatrzymuje się na czymś w oddali, a roześmiana do tej pory twarz nagle poważnieje.
- O k***a! Chłopaki, jest akcja! Bierzcie bojki i kołowroty! Zrywamy się momentalnie, ściągamy sprzęt z półek. Wybiegamy na lewo, w stronę sąsiedniej wieży numer trzy. Jesteśmy jeszcze w cywilnych ubraniach, ale każde z nas i tak ma pod spodem kąpielówki albo strój kąpielowy - dobry poranny nawyk nad morzem.
Dobiegamy do linii wody. Czuję nieprzyjemny chłodny wiatr. Fale kipią z wściekłości. Około 50 metrów od brzegu znajdują się trzy osoby. Nie potrafią wrócić. Morze wydaje się rzucać nimi jak zabawkami. Z naszej lewej strony widzę wbiegających do wody ratowników z trójki. Przez kilka sekund w pośpiechu oceniamy z Andrzejem sytuację.
- Kto idzie? - pytam, nie odrywając oczu od wody.
- Eee, dobra - odmrukuje sceptycznie Andrzej. - Ja mogę.
- Okej, dawaj po tego najbardziej z prawej.
Szelki od liny asekuracyjnej, które mamy na wyposażeniu, pamiętają chyba jeszcze PRL. Są ciężkie i toporne. W praktyce do ich założenia potrzebna jest pomoc drugiej osoby i cały manewr wygląda dosyć specyficznie. Andrzej szybko ściąga spodnie, staje przodem do morza i wyciąga ręce do góry. Staję za nim i wsuwam szelki na jego ramiona. Już po założeniu okazuje się, że metalowe mocowanie trzymające linę, zamiast na plecach mojego kompana, ląduje na jego brzuchu. Mój błąd - w ferworze założyłem całość tył na przód. Szybko ściągam z Andrzeja sprzęt i zakładam jeszcze raz, teraz już poprawnie. Tracimy przez to pewnie kilkanaście sekund. Sporo.
Do spinającego całość starego podrdzewiałego karabińczyka podczepiam jeszcze pamelkę. Klepnięcie w ramię i…
- Gotowe, Andrzej, jedziesz!
Rusza sprintem. Pokonuje płytką wodę specyficznymi bujającymi się podskokami, które wraz z szeroko rozpostartymi ramionami sprawiają, że przypomina wielką żabę. Rozwijając linę z postawionego na piasku metalowego kołowrotu, powoli wchodzę na płyciznę; staram się zachować możliwie jak najmniejszą odległość między nami - im więcej liny w wodzie, tym trudniej się płynie. Muszę jednak pilnować, żeby nie stracić stabilnego gruntu pod nogami. Cały czas obserwuję naszego tonącego, żeby w razie czego móc na niego nakierować Andrzeja. Ten jednak nie potrzebuje moich wskazówek i dosyć szybko znajduje się między falami przy poszkodowanym. Do pozostałych dwóch docierają chłopaki z trójki.
Quiz: Quiz TOK FM z wydarzeń minionego tygodnia. Sprawdź, czy śledzisz newsy uważnie!
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Dopiero teraz zwracam uwagę, że osobami potrzebującymi naszej pomocy są kolesie jakby żywcem wyjęci z blokowiskowej siłowni. Andrzej unosi rękę, jest gotowy do powrotu. W wodzie do kolan zaczynam iść tyłem w stronę plaży, jednocześnie ściągając linę, na której drugim końcu znajduje się mój kompan z topikiem. Wychodzę na piasek. Podchodzi Pucuś i we dwóch ściągamy chłopaków przez kilkanaście metrów. W końcu lądują na płyciźnie. Wyciągnięty z morza mężczyzna, zataczając się, wychodzi na brzeg i niemal pada na piasek. Patrzę w lewo - chłopaki z trójki wyciągnęli dwóch pozostałych.
Cała scena wygląda dosyć osobliwie. Wśród plątaniny lin, bojek i zdyszanych ratowników leży trzech wielkich napakowanych gości. Postury jednoznacznie wskazują na to, że ich życie musi toczyć się między stadionem, siłownią a ustawką. Wyglądamy przy nich jak chuchra. Tylko że my potrafimy pływać w dużych falach.
Panowie są ledwo przytomni, a na ich twarzach widać czysty strach. Jeden wymiotuje. Postanowili z samego rana wypić kilka piw i pójść poszaleć w posztormowym morzu. Ale jak mawia główny bohater kultowego dla nas filmu Patrol (The Guardian): "Mięśnie nie pływają". Siła fizyczna, która sprawdza się na lądzie, na Neptunie nie robi najmniejszego wrażenia. Postanowił upokorzyć tych gości w najgorszy możliwy sposób. Ściągani przez prądy, z przelewającymi się nad głowami falami uniemożliwiającymi swobodne nabranie powietrza, byli niemal o krok od utonięcia. W sumie mieli dużo szczęścia. Co by było, gdyby nasz dyżur zaczynał się pół godziny później?
Jest jakiś półmetek sezonu. Nie mieliśmy choćby jednego wolnego dnia. Jesteśmy już psychicznie zmęczeni ludzką głupotą, której poziom we Władysławowie wielokrotnie przewyższa wszystkie pozostałe miejsca, w jakich pracowałem. Jak wielkim debilem trzeba być, żeby wchodzić po alkoholu do morza przy takich falach? Poranna akcja sprawia, że poziom naszej frustracji sięga zenitu. Nie robimy żadnej medycznej oceny poszkodowanych, nie sprawdzamy parametrów życiowych. Koce termiczne i butla z tlenem zostają na swoim miejscu w czerwonej torbie. Wsparcie psychiczne? Nic z tego. Panowie dostają od nas wiązankę soczystych przekleństw. Chwiejąc się, odchodzą ze spuszczonymi głowami. Więcej ich już nie widzieliśmy.
Posłuchaj: