,
Obserwuj
Polska

Zadźgały koleżankę z klasy finką. "To jednak nie było tak jak na filmach"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
08.11.2025 18:10

"Pobrudziłaś się, musisz zdjąć kurtkę, żeby ją wyczyścić - ponoć powiedziała któraś z oprawczyń, aby zachęcić Agnieszkę do rozebrania się lub chociaż rozpięcia zamka. Prawdziwy cel tego działania był inny. Zwyczajnie obawiały się, że nie zdołają przebić grubej warstwy odzieży przy pomocy harcerskiej finki, którą miały przy sobie". Prezentujemy fragment książki Anety Ormańczyk i Inessy Demarczyk. pt. "Mroczne tajemnice Wrocławia. Zbrodnie, które wstrząsnęły miastem" .

fot. Łukasz Giza/ Agencja Wyborcza.pl

Jeśli znalazłaś/znalazłeś się w kryzysowej sytuacji lub wiesz o kimś, kto może potrzebować wsparcia i pomocy, możesz zadzwonić pod numer alarmowy 112, pod numer Kryzysowego Telefonu Zaufania 116 123 lub pod numer Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym 800 70 22 22. Do dyspozycji są również Młodzieżowy Telefon Zaufania pod numerem 116 111, a także Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka pod numerem 800 121 212. Pomocne informacje można znaleźć także na stronie "Życie warte jest rozmowy": www.zwjr.pl.

Osoby w kryzysie emocjonalnym potrzebujące pomocy mogą ją uzyskać pod całodobowym numerem telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży: 116 111 lub w całodobowym Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym: 800 702 222.

Osoby dorosłe potrzebujące pomocy po stracie bliskich mogą uzyskać wsparcie pod numerem telefonu: 800 108 108, czynnym od poniedziałku do piątku od godz. 14 do 20.

Dzieci i młodzież w żałobie mogą uzyskać wsparcie pod numerem telefonu: 800 111 123, czynnym od poniedziałku do piątku od godz. 12 do 18.

W razie zagrożenia życia należy dzwonić pod numer 112

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Mroczne tajemnice Wrocławia. Zbrodnie, które wstrząsnęły miastem" autorstwa Anety Ormańczyk i Inessy Demarczyk, która ukazała się 5 listopada 2025 roku nakładem wydawnictwa Pascal.

3 stycznia 1997 roku w jednym z mieszkań przy ulicy Koszykarskiej rozbrzmiał dźwięk domofonu. Do Agnieszki przyszły dwie dziewczyny, które znała ze szkoły. Powiedziały jej, że mają jakiś prezent dla jej mamy, ale nie chciały zdradzać szczegółów, ponieważ - jak twierdziły - zepsułoby to niespodziankę. Agnieszka szybko się ubrała i poszła z koleżankami. Te doprowadziły ją nad brzeg Ślęzy, a tam chwilę potem rozegrał się prawdziwy horror.

Kim były dziewczyny, które feralnego dnia wywabiły Agnieszkę z domu? Renata P. i Ewa Z. chodziły z Agnieszką do tej samej klasy, VIII B, ale nie było tak od samego początku ich przygody z edukacją szkolną. Renata nie mieszkała na Pilczycach od zawsze. Przeprowadziła się tam dopiero w 1994 roku. Nastolatka miała oboje rodziców i dwie siostry, z których jedna już zdążyła wyprowadzić się z domu. Do jednej klasy z Agnieszką i Ewą Z. zaczęła chodzić rok po zmianie adresu.

"To taka miła rodzina. Młodzi rodzice. Matka nie ma jeszcze czterdziestki, a chwaliła mi się, że jest już babcią. Pracuje w szpitalu. Córki mają trzy, jedna jest już na swoim. Z rodzicami mieszkają Renata i jej osiemnastoletnia siostra. Grzeczne dziewczynki. Zawsze mówiły 'dzień dobry' i 'do widzenia!'. Ta starsza już pracuje" - opowiadała "Gazecie Wyborczej" sąsiadka Renaty P.

W bloku, gdzie mieszkała, Renata P. cieszyła się dobrą opinią i lubili ją sąsiedzi.

"Renata taka ładna, żywiołowa dziewczyna. Dość wysoka, włosy ma długie, prawie do pasa. Farbuje je, ostatnio na kolor kasztanowy, nosi rozpuszczone, ale do szkoły związuje z tyłu. W stroju nie wydziwia. Przeważnie w spodniach chodzi" - opisywała ją jedna z kobiet z sąsiedztwa.

Jednak nie wszyscy wypowiadali się o Renacie w takich superlatywach. Jedna z dziewczynek, która ją znała, żaliła się, że tamta kiedyś zagroziła jej, że jeśli nie zejdzie z karuzeli, to skończy ze złamaną ręką. Inna koleżanka z klasy opowiadała, że Renata często chodziła na wagary i miała mnóstwo szalonych pomysłów, ale nie zdradziła ich szczegółów. Renata wyglądała na dojrzalszą od innych uczennic w jej wieku, lubiła podkreślać swoją urodę makijażem i paliła papierosy. Czy miała jakieś problemy? Wiadomo tylko, że dwukrotnie próbowała targnąć się na swoje życie oraz że była pacjentką poradni zdrowia psychicznego, ale w czasie dokonania zbrodni oraz we wcześniejszym okresie nie leczyła się farmakologicznie. Dlaczego ta młoda dziewczyna starała się popełnić samobójstwo? Autorka podcastu Szkic Kryminalny wspomina, że powodem był podobno zawód miłosny.

Druga morderczyni Agnieszki, Ewa Z., była zupełnie inna. Ot, ładna blondyneczka, cicha dziewczynka, która chętnie uciekała w świat książek i lubiła spędzać czas na rozwiązywaniu krzyżówek. Ona także nie pochodziła z patologicznej rodziny. Wychowywała się bez ojca, który zmarł kilka lat przed wydarzeniami ze stycznia 1997 roku. Wszystko jednak się zmieniło, gdy na przełomie szóstej i siódmej klasy zaprzyjaźniła się z Renatą P.

"Mroczne tajemnice Wrocławia. Zbrodnie, które wstrząsnęły miastem" A. Ormiańczyk, I. Demarczyk
fot.

Pascal

"Stale były razem. Ona nie była zła. Do tragedii by nie doszło, gdyby Ewa jej nie uległa" - mówiła kobieta, która ją znała.

"Ewa była cicha, lubiła czytać książki, rozwiązywała krzyżówki, dopóki nie poznała Renaty" - wspominała osoba z bliskiego otoczenia dziewczyny.

Matka Ewy nie akceptowała jej nowej przyjaciółki. Robiła, co mogła, aby wybić jej z głowy tę znajomość, co skutkowało częstymi awanturami między nią a córką. Nic to jednak nie dawało, ponieważ zdaniem Ewy jej życie towarzyskie istniało głównie dlatego, że była blisko z Renatą. Ich relacja doprowadziła między innymi do tego, że wcześniej posłuszna matce Ewa przestała liczyć się z jej zdaniem i zaczęła bywać na dyskotekach oraz sięgać po używki, a konkretnie po papierosy.

"W szkole najczęściej spotykałam je w ubikacji, gdzie paliły papierosy, a potem jadły krem i psikały sobie w usta perfumami, żeby nie było czuć dymu. A jak szły korytarzem, to samym środkiem. Nie ustąpiły przejścia" - opowiadała o nich jedna z szóstoklasistek.

W wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" jedna z osób znających Ewę twierdziła, że dziewczynka potrafiła zemdleć na widok choćby odrobiny krwi i nie była nawet w stanie urwać głowy sardynkom, aby je zjeść. To ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie ona zadała Agnieszce Karkoszce pierwszy cios.

Agnieszka poszła z Renatą P. i Ewą Z. nad Ślęzę. Uwierzyła koleżankom, że gdzieś nad rzeką ukryty jest prezent dla jej mamy. Był 3 stycznia 1997 roku, piątek, nieco po 16.30.

Pobrudziłaś się, musisz zdjąć kurtkę, żeby ją wyczyścić  - ponoć powiedziała któraś z oprawczyń, aby zachęcić Agnieszkę do rozebrania się lub chociaż rozpięcia zamka.

Prawdziwy cel tego działania był inny. Zwyczajnie obawiały się, że nie zdołają przebić grubej warstwy odzieży przy pomocy harcerskiej finki, którą miały przy sobie. Nie było przecież żadnego prezentu, a jedynie plan zamordowania nastolatki.

Z artykułu Katarzyny Lubinieckiej wynika, że to Renata P. miała ranić Agnieszkę jako pierwsza. Jednak kiedy znalazła się w tej sytuacji, powiedziała tylko, że nie potrafi tego zrobić. Inicjatywę przejęła więc Ewa Z., ta sama, która nie potrafiła urwać głowy sardynce i mdlała na widok krwi. Zadała swojej ofierze jeden cios, ale ten okazał się zbyt płytki i powierzchowny, dlatego też zaczęła dźgać koleżankę raz za razem. Renata nie zrezygnowała ze swojego udziału w zbrodni. W pewnej chwili przejęła finkę i również zatopiła jej ostrze w ciele Agnieszki. Dziewczyny wymieniały się co jakiś czas nożem i na przemian raniły koleżankę. Były głuche na jej błaganie o litość i zapewnienia, że zatrzyma dla siebie wszystko, co się wydarzyło. Agnieszka cały czas się broniła, przez co powstało wiele śladów na jej rękach.

"Dlaczego mi to robicie?" - pytała rozpaczliwie, próbując uciekać.

"To jednak nie było całkiem tak jak na filmach" - mówiła później o wydarzeniach znad Ślęzy jedna ze sprawczyń.

W trakcie tego krwawego dramatu Agnieszka zdołała wytrącić finkę z rąk oprawczyń. To było późne styczniowe popołudnie. Panowała już ciemność. Renata i Ewa nie opamiętały się nawet wtedy. Nerwowo szukały noża, ale nie mogły go odnaleźć wśród zarośli. Wtedy jedna z nich uderzyła Agnieszkę w twarz. Czternastolatkę zmuszono, aby sama znalazła narzędzie zbrodni, a tej się to udało. Na tym się nie skończyło, ponieważ Ewa podjęła jeszcze próbę poderżnięcia gardła zmasakrowanej ofierze. Kolejne ciosy wymierzono prosto w serce, było ich sześć. Następnie morderczynie zabrały Agnieszce czapkę, rękawiczki i szalik. To przemyślane działanie miało skierować podejrzenia na przypadkowego bezdomnego, który zabił Agnieszkę, aby okraść ją z tych, jakże przydatnych zimą, elementów garderoby. Ciało dziewczyny porzuciły w krzakach, "nie wiadomo czy wówczas jeszcze żyła". Odebrane ofierze rzeczy i finkę wyrzuciły do osiedlowego śmietnika.

"Po wszystkim, by zapewnić sobie alibi, poszły jeszcze do mieszkania ofiary". Po co? Po teczkę. Ich zachowanie nie zdradzało w najmniejszym stopniu, że dopiero co skończyły zabijać człowieka. Wypiły nawet herbatę, którą zaparzyła dla nich mama zamęczonej przez nie nastolatki. Zaprzeczały, że wcześniej Agnieszka wyszła na zewnątrz w ich towarzystwie.

Kiedy tego dnia Agnieszka nie wróciła do domu, jej rodzice poważnie się zmartwili. Od razu przystąpili do poszukiwań swojego dziecka. Nie tylko przetrząsali okolicę, ale także nadali komunikat w telewizji regionalnej. Do akcji poszukiwawczej zaangażowano policję.

"Funkcjonariusze zespołu do spraw nieletnich KRP Fabryczna, mając znakomite rozeznanie środowiska, w krótkim czasie dotarli do części uczniów klasy, do której dziewczynka chodziła. Wytypowano po prostu kilka osób, które powinny wiedzieć, gdzie jest ich koleżanka. Wśród nich była jedna ze sprawczyń zbrodni" - mówił komendant Stanisław Stygar.

Rozmowa z jedną z zabójczyń była na tyle alarmująca, że policjanci od razu zaczęli podejrzewać, iż nastolatka wie o wiele więcej, niż deklaruje. Po raz pierwszy przesłuchano ją około 19.00 w piątek, 3 stycznia 1996 roku. Poinformowano ją o tym, jakie są konsekwencje składania fałszywych zeznań. Przy czynnościach obecni byli jej rodzice.

"Dziewczynka nie podała jednak żadnych faktów, które mogłyby wskazywać, że wie, gdzie przebywa zaginiona. Rozmowy z innymi też nie dały rezultatów. Poszukiwania poszły w kilku kierunkach, m.in. próbowano znaleźć ślad w poradniach, gdzie młodzież mająca różne problemy szuka czasami pomocy" - pisała Elżbieta Trenkel w "Słowie Polskim".

Redakcja poleca

Mimo że nie ustalono wówczas konkretów, przesłuchana morderczyni doszła do wniosku, że ona i jej wspólniczka musiały popełnić jakiś błąd podczas zabijania Agnieszki, a policja z pewnością już ma coś, co je obciąża, skoro tak szybko jedna ze sprawczyń znalazła się wśród wytypowanych przez służby osób. Dziewczyny skontaktowały się ze sobą i postanowiły, że nie będą biernie czekać na dalszy rozwój wydarzeń i po prostu same się zgłoszą. Miały nadzieję, iż przyznanie się do zbrodni sprawi, że dostaną za nią mniej dotkliwą karę.

Oficer dyżurny przyjął zgłoszenie w sobotę 4 stycznia 1996 roku, około godziny 20.40. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.

"Przyszły i mówią: my w sprawie zabójstwa" - opowiadał policjant.

Wysłano patrol we wskazaną przez nie lokalizację. Dokonano tam makabrycznego odkrycia. Zwłoki zaginionej Agnieszki leżały w zaroślach, nie były nawet zamaskowane. Ciało zabitej porzucono w miejscu dość popularnym wśród pilczyckiej młodzieży.

"Gdyby się nie przyznały, zwłoki mogłyby tam przeleżeć do roztopów" - mówił "Gazecie Wyborczej" prokurator.

Czternastoletnie Renata P. i Ewa Z. zostały zatrzymane w Policyjnej Izbie Dziecka we Wrocławiu. Komendant Stanisław Stygar stwierdził, że nieletnim morderczyniom grozi najwyżej osadzenie w poprawczaku. Przyszłość pokazała, że się nie mylił.

"Mówią, że żałują, ale żadna z nich nawet nie płakała" - relacjonowała sędzia Beata Zientek. (...)

Posłuchaj: