`
,
Obserwuj
Świat

Handel ludźmi i numerariusze Opus Dei. Jana Pawła II mieli "na wyciągnięcie ręki"

7 min. czytania
18.10.2026 12:50

"Dziewczynom, często jeszcze nastolatkom, wmawiano, że jeśli się nie zdecydują, ich rodziny będą skazane na wieczne potępienie. Z młodych kobiet na siłę robiono służące i zmuszano je do wielogodzinnej pracy, czasami bez wynagrodzenia i prawa do czasu wolnego. Przenoszono je i relokowano po całym świecie, wedle potrzeb organizacji". Publikujemy fragment książki "Opus Dei. Brudne pieniądze, handel ludźmi i skrajnie prawicowa organizacja kościelna" Garetha Gore'a.

Jan Paweł II
Jan Paweł II
fot. Cezary Pecold / Forum

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Garetha Gore'a pt. "Opus Dei. Brudne pieniądze, handel ludźmi i skrajnie prawicowa organizacja kościelna" w tłumaczeniu Magdy Witkowskiej, która ukazała się 23 marca 2026 roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

(...) Catherine Tissier miała czternaście lat, gdy rodzice zapisali ją na trzyletnią naukę w szkole hotelarskiej Dosnon. To między innymi dzięki niej świat po raz pierwszy dowiedział się o systemowym wykorzystywaniu numerarii pomocniczych. Podczas wizyty w szkole rodziców urzekały życzliwość i profesjonalizm kadry i wyjeżdżali przeświadczeni, że wybrali dla swoich córek - dziewcząt mniej uzdolnionych, takich jak Catherine - doskonałe miejsce. Nikt z kadry nie wspominał o powiązaniach instytucji z Opus Dei. O rytuałach religijnych, które miały odtąd wyznaczać rytm ich życia, dziewczęta dowiadywały się dopiero po wyjeździe rodziców. Z początku tylko subtelnie nalegano, żeby codziennie uczestniczyły we mszy - albo w katechezie, kazaniach czy medytacjach prowadzonych przez księdza z Opus Dei. W drugim roku nauki następowała zmiana i śrubę wyraźnie dokręcano.

Przestrzegania praktyk religijnych pilnowała wychowawczyni Catherine. Teoretycznie jej zadaniem było przygotowywanie uczennic do pracy w branży hotelarskiej, w praktyce odpytywała swoje podopieczne z treści kazań i nalegała na ścisłe przestrzeganie harmonogramu modlitw i medytacji obowiązującego w Opus Dei. Presja była tak silna, że Catherine w końcu uległa. Trzeci rok nauki rozpoczynała jako szesnastolatka. To wtedy wychowawczyni nakazała jej napisać list do Àlvara del Portilla z prośbą o przyjęcie w szeregi Opus Dei w charakterze numerarii pomocniczej. Catherine zobowiązywała się poświęcić swoją pracę i modlitwę założycielowi ruchu. Wychowawczyni zabroniła jej informować o sprawie rodziców. Rok później odbył się rytuał oblacji, który symbolizował jej wstąpienie w szeregi Opus Dei. Catherine miała wtedy zaledwie siedemnaście lat. Poproszono ją o spisanie testamentu, w którym wszystkie swoje ziemskie dobra przekazywała Opus Dei.

Dokument natychmiast przesłano do archiwum biura regionalnego. Catherine otrzymała w zamian Biblię i krucyfiks. Wysłano ją do pracy w domu studenckim Opus Dei w Londynie. Rodzicom powiedziano, że będzie się tam mogła nauczyć angielskiego, ale jej życie sprowadzało się wyłącznie do pracy - po dziesięć godzin dziennie, przez siedem dni w tygodniu. Dopiero po powrocie do Francji dowiedziała się, dlaczego właściwie ją tam przeniesiono. Teraz miała już osiemnaście lat. Rodzicom powiedziano: "Wasza córka jest już dorosła. Teraz już nie wy jesteście jej rodziną, lecz my".

Tissier opowiada smutną historię o losie numerarii pomocniczych. Dziewczęta często przenoszono z jednego miejsca do drugiego, informując o tym na krótko przed przeprowadzką. Tak było również w przypadku Catherine, która została wysłana do Paryża. Tam nauczono ją, że ma chodzić ze spuszczoną głową, żeby nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z mężczyznami, i że może opuszczać dom tylko w towarzystwie innej numerarii (żeby się obie nawzajem kontrolowały). Pracowała po dziesięć godzin dziennie. Organizacja otworzyła jej konto w banku i tam przelewała jej wynagrodzenia, ona sama nie miała jednak do niego dostępu.

Quiz: 10 pytań o najważniejsze wydarzenia tygodnia. Znasz odpowiedzi? [QUIZ TOK FM]

Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!

Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.

Poprawnych odpowiedzi Zniżka
  • 100% -40%
  • 81-99% -30%
  • 61-80% -25%
  • 41-60% -20%
  • 0-40% -10%
  • Promocje nie łączą się.

    Progi nagród Strzałka rozwiń
    1/10 Ile centrów danych rosyjskiej firmy Yandex zaatakowała Ukraina po apelu Donalda Trumpa o wstrzymanie ataków na rosyjskie rafinerie?

    Wyciągi przesyłano pracodawcy, a od niej oczekiwano, że będzie podpisywała czeki in blanco. Dopiero później dowiedziała się, że w ten sposób jej pieniądze trafiały do jednego z wydawnictw Opus Dei. Rodziców wolno jej było odwiedzać tylko raz w roku, a między tymi wizytami ściśle kontrolowano wszelkie kontakty z nimi (otwierano listy, monitorowano rozmowy). To wszystko trwało osiem lat. Po kilku latach cierpiąca na depresję Catherine postanowiła skonsultować się z lekarzem Opus Dei. Ten przepisał jej wówczas leki przeciwpsychotyczne i uspokajające. Wkrótce potem wysłano ją jako au pair do rodziny supernumerariuszy, stamtąd jednak trafiła do szpitala, a potem z powrotem do École Hôtelière Dosnon. Alarm podnieśli dopiero jej rodzice, gdy odkryli, że ich córka waży 40 kilogramów i odmawia jedzenia. Zabrali ją do lekarza, który zalecił natychmiastowe porzucenie pracy i zaprzestanie podawania leków przepisanych przez konsultanta z Opus Dei. Państwo Tissier zgłosili sprawę do sądu. Dowiedzieli się wówczas, że nie oni jedni formułują podobne zarzuty wobec szkoły córek.

    Luis Valls-Taberner mieszkał tymczasem samotnie w górach pod Madrytem i podpisywał własne czeki in blanco. Zapoznawał się z optymistycznymi raportami, z których wynikało, że szkoły hotelarskie pomagają młodym dziewczętom, więc finansował inne podobne inicjatywy na całym świecie. W Argentynie z pieniędzy Banco Popular utrzymywano kilka "szkół dla służących", w których później również ujawniono nadużycia. Podobne placówki działały też w innych krajach, w tym w Belgii, Szwecji i na Filipinach. W ostatecznym rozrachunku ten system miał setki, jeśli nie tysiące ofiar. Większość kobiet funkcjonowała w nim przez lata i albo w ogóle nie była się w stanie uwolnić, albo czuła się zmuszona do milczenia w sprawie swojej krzywdy. Catherine Tissier była jedną z pierwszych numerarii pomocniczych, które zdecydowały się publicznie dochodzić sprawiedliwości. Postanowiła pozwać Opus Dei za wyzysk, którego padła ofiarą. Organizacja nie wzięła jednak na siebie odpowiedzialności, tylko zgrabnie schowała się gdzieś pośród sieci podmiotów, które powołała do życia na terenie całego kraju (w celach podatkowych, ale także aby chronić się przed potencjalnymi problemami natury prawnej). Przedstawiciele Opus Dei z powodzeniem wytłumaczyli sędziemu, że prałatura zajmuje się tylko duchowym aspektem kształcenia numerarii pomocniczych, natomiast nie ponosi odpowiedzialności za żadne naruszenia prawa pracy czy domniemane ograniczanie ich wolności. Ta taktyka została wówczas zastosowana po raz pierwszy, ale w ciągu kolejnych trzech dekad sprawdziła się jeszcze wielokrotnie.

    Gdyby przyjrzeć się jednak, co się w tej sprawie działo w Rzymie, w Villi Tevere, przed oczami ukaże nam się inny obraz. Del Portillo oczekiwał od jednej z wysoko postawionych przedstawicielek sekcji kobiecej, że będzie go na bieżąco informować o postępach w rekrutacji numerarii pomocniczych. Kobieta jeździła w tej sprawie po całym świecie. Odwiedziła między innymi wiele "szkół hotelarskich" finansowanych przez Banco Popular. Opus Dei co prawda oficjalnie wyrzekało się jakiejkolwiek odpowiedzialności za te dziewczęta i młode kobiety, ale w Rzymie działał specjalny wydział nadzorujący globalną działalność operacyjną w tym obszarze. Zajmował się między innymi akredytacją programów kształcenia w tych szkołach. Akredytację przeprowadzano między innymi ze względu na procedury wizowe, żeby można było przenosić numerarie pomocnicze z krajów rozwijających się (gdzie je w coraz większej liczbie rekrutowano) do krajów rozwiniętych (gdzie było mniej chętnych do życia zgodnie z wymogami Opus Dei). W sądzie organizacja wypierała się jakiegokolwiek zaangażowania, ale w Rzymie cały sztab ludzi koordynował przepływ poszczególnych dziewcząt. Zważywszy, że wiele z nich nie otrzymywało wynagrodzenia na pracę, a nadto w dużej liczbie zostały wplątane w "powołanie" wbrew własnej woli lub podstępem, ten rzymski wydział w istocie zajmował się handlem ludźmi. Gdy jakiś urząd emigracyjny zadawał za dużo pytań, zdarzało się, że wydział zwracał się do rodziny supernumerariuszy z prośbą o patronat nad podaniem o wizę. Po przybyciu do kraju przeznaczenia numerarie pomocnicze nie trafiały jednak do tego, kto je teoretycznie sprowadził do kraju. Za fasadą "odkrywania" powołania do służby Bogu poprzez wykonywanie prac domowych stał w istocie system nadużyć i oszustw mający na celu pozyskanie taniej, a niekiedy darmowej siły roboczej dla domów Opus Dei na całym świecie. (...)

    Dziewczynom, często jeszcze nastolatkom, wmawiano, że jeśli się nie zdecydują, ich rodziny będą skazane na wieczne potępienie. Z młodych kobiet na siłę robiono służące i zmuszano je do wielogodzinnej pracy, czasami bez wynagrodzenia i prawa do czasu wolnego. Przenoszono je i relokowano po całym świecie, wedle potrzeb organizacji. Oficjalnie mówiło się, że to kwestia ich wyborów, i nawet zabiegano o aprobatę samych zainteresowanych, jednak wiele z nich wychodziło z założenia, że muszą się po prostu zgodzić i że źle by to o nich świadczyło, gdyby odmówiły przełożonym przeprowadzki do innego miasta czy nawet na drugi koniec świata. Często też nie pozwalano im na kontakty z rodzinami. (...)

    W maju 1992 roku członkowie Opus Dei z całego świata spotkali się w Rzymie, żeby wziąć udział w wydarzeniu rzekomo historycznym, a mianowicie w uroczystości beatyfikacji założyciela ich ruchu i ich Ojca w Niebie, Josemaríi Escrivy. (...)
    W dzień ceremonii na Placu Świętego Piotra zgromadziło się dwieście tysięcy osób. Mszę polową miał tam odprawić papież Jan Paweł II. Nie wszyscy wierni byli związani z Opus Dei. Oprócz turystów, którzy zawsze tłumnie się w tym miejscu pojawiali, organizacja ściągnęła także tysiące studentów (dofinansowano w tym celu ich wyjazd do Rzymu). Luis Valls-Taberner wraz z innymi szacownymi gośćmi śledził przebieg uroczystości z krzeseł ustawionych na schodach bazyliki. Ci w pierwszym rzędzie mieli papieża niemal na wyciągnięcie ręki. Co prawda w madryckich kręgach politycznych spoglądano na bankiera nieufnie w związku z licznymi oskarżeniami o korupcję, ale znamienite miejsce, które przyznano mu tamtego dnia, dobitnie świadczyło o wysokim statusie prezesa Banco Popular wśród członków Opus Dei. Niedaleko siedział Santiago Escrivá, jedyny z rodzeństwa założyciela Opus Dei. Wśród honorowych gości znalazł się też Gulio Andreotti, dożywotni senator i siedmiokrotny premier Włoch, dla którego uroczystość na Placu Świętego Piotra była ważniejsza niż udział w parlamentarnym głosowaniu w sprawie wyboru następnego prezydenta państwa. Swoich delegatów wysłały dziesiątki krajów, w których Opus Dei prowadziło intensywną działalność. Mimo to wśród watykańskiej elity narastało niezadowolenie w związku z faktem, że konserwatywna linia Kościoła nie porywa wyobraźni opinii publicznej. "Dlaczego prasa tak przychylnie się odnosi do matki Teresy, a nie ma tyle dobrego do powiedzenia na temat Opus Dei albo o mnie?", rzucił papież, gdy przyjmował del Portilla na prywatnej audiencji. (...)

    Posłuchaj: