Incydent z dronem? Polska, Litwa i Łotwa postawione na nogi. "To szara strefa"
- Nie można wykluczyć, że jeden z ukraińskich dronów albo świadomie, albo na skutek usterki technicznej wleciał nad terytorium naszego kraju i stąd całe zamieszanie. Mógł też polecieć i dalej, bo tu nic nie można nic wykluczyć - mówił w TOK FM Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa".
- Litewski minister obrony: znaleziony na północy kraju obiekt mógł wlecieć z terytorium Polski;
- MON ws. obiektu na Litwie: nasze systemy radarowe nie potwierdzają przekroczenia granicy z Polski;
- Jak czytać incydent? Co z tego wynika? I na zwrócić uwagę?
Na północy Litwy znaleziono w niedzielę obiekt, który tego samego dnia mógł wlecieć z terytorium Polski - poinformował litewski minister obrony Robertas Kaunas. Rzecznik MON Janusz Sejmej przekazał, że polskie systemy radarowe nie potwierdzają przekroczenia granicy z Polski. Kaunas dodał, że Litwa zaproponowała Polsce przeprowadzenie wspólnego śledztwa w tej sprawie.
W północnej części Litwy wydano czerwony alert, z kolei żółty stopień zagrożenia obowiązywał na Łotwie. W oświadczeniu łotewskiego wojska można przeczytać, że "niezidentyfikowany, prawdopodobnie bezzałogowy statek powietrzny" został wykryty w litewskiej przestrzeni powietrznej w godzinach od 6 do 8 (5-7 w Polsce). W związku z zagrożeniem oba kraje poderwały myśliwce NATO, alerty na Litwie i Łotwie obowiązywały przez około 30 minut.
W Polsce trwają poszukiwania obiektu, który mógł wlecieć do kraju. Policjanci, Żandarmeria Wojskowa i Wojska Obrony Terytorialnej przeszukują teren w okolicy Zalewu Zemborzyckiego w Lublinie, gdzie według zgłoszeń od mieszkańców słychać było odgłosy jakiegoś lecącego obiektu. Dotychczas nic nie znaleziono.
Jak czytać te informacje pytany był w TOK FM Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa".
- Nie można wykluczyć, że jeden z ukraińskich dronów albo świadomie, albo na skutek usterki technicznej wleciał nad terytorium naszego kraju i stąd całe zamieszanie. Mógł też polecieć i dalej, bo tu nic nie można nic wykluczyć - mówił w "Niedzielnym Magazynie TOK FM".
Jak dodał w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem, choć nie ma wątpliwości co do intencji rosyjskich, to trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. - Dzisiaj w nocy przez Ukraińców, za pomocą dronów, bardzo mocno był atakowany obwód zwany historycznie leningradzkim. Chodzi głównie o rejon stolicy tego obwodu, czyli miasto Sankt Petersburg. (...) Sami Rosjanie mówią, że zastrzelili tam blisko 150 ukraińskich dronów. Mimo wszystko bym to łączył i bardziej się spodziewał, że to jednak Ukraińcy szukają różnych dróg skutecznego dotarcia i zaatakowania planowanych obiektów - zwrócił uwagę.
Przypomniał w tym kontekście, że "kiedy mamy nasilenie informacji, że niezidentyfikowane obiekty pojawiły się nad małymi republikami nadbałtyckimi, to najczęściej atakowany jest rejon Sankt Petersburga".
- Jeżeli rozmawiamy o Polsce, to też bym raczej szedł tropem ukraińskim. Dlaczego? Dlatego, że w kilku ukraińskich portalach zajmujących się obserwacją sytuacji w przestrzeni powietrznej, mniej więcej o godzinie 1:30 w nocy czasu polskiego nad zachodnią Ukrainą nie znajdował się żaden dron zidentyfikowany jako rosyjski. Nagle w komunikatach pojawił się jeden dron i miał się kierować właśnie w kierunku Polski - podkreślił.
"To szara strefa"
Co jeszcze przemawia za taką hipotezą? W ocenie Mariusza Cielmy dwie inne kwestie.
Po pierwsze, wskazał, nawet w najbardziej zaawansowanych systemach uzbrojenia, choćby rakietach Tomahawk, czyli "pociskach manewrujących symbolu amerykańskich możliwości", jest zawsze "te kilka procent, że obiekt na skutek defektu technicznego nie poleci po zadanej trasie".
- [Po drugie - przypis red.] trzeba to założyć, że jest bardzo prawdopodobne, że część ukraińskich dronów trochę świadomie wykorzystuje przestrzeń powietrzną Białorusi i i później małych republik nadbałtyckich, by zaskoczyć Rosjan i ich obronę powietrzną. Atakuje z innego kierunku, niż lecąc przez terytorium rosyjskie w prostej linii od Ukrainy - mówił ekspert miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa".
- Czy to, że strona ukraińska wykorzystuje przestrzeń powietrzną członków Paktu Północnoatlantyckiego, może stać się pretekstem dla Rosji? Putin uzna te kraje za współuczestniczące w atakach na rosyjskie miasta - dopytywał prowadzący.
- Nikt tego oficjalnie nie przyzna, ale były już przypadki, że maszyny, które spadły, oficjalnie identyfikowano jako ukraińskie. To szara strefa. Trudno powiedzieć, czy ktoś przymyka na to oko, czy faktycznie jest zaskakiwany - odpowiedział Mariusz Cielma.
Przypomniał, że Polska "stara się w jakimś stopniu wspierać Ukraińców - nie tylko pod względem hubu logistycznego, dostaw uzbrojenia, ale na pewno i informacyjnie, szkoleniowo". - Nie wykluczałbym sytuacji, że w pewnych przypadkach, po prostu ktoś nie chce zauważyć niektórych obiektów - dodał.
Quiz: 10 pytań o najważniejsze wydarzenia tygodnia. Znasz odpowiedzi? [QUIZ TOK FM]
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
"Trwa wojna nerwów"
Kilka dni temu były szef BBN Jacek Siewiera przekonywał w Radiu ZET, że może dojść do "dużego zwiększenia nacisku na kraje europejskie, poprzez eskalację hybrydową, z uwzględnieniem wszystkich możliwości napadu powietrznego, celowego w infrastrukturę, obiekty administracji, obiekty cywilne". - Zostały nam dwa miesiące, tej zimy zasadniczy akord - podkreślił.
Także w ocenie Mariusza Cielmy prawdopodobieństwo, że coś się wydarzy jest "stosunkowo duże". - Obserwuję codziennie, od kilku dni, w jak w dużej skali, nieproporcjonalnie do tego, co było wcześniej, ale też do wielu innych regionów Ukrainy, atakowany jest Wołyń. To kilkadziesiąt, a nawet więcej rosyjskich dronów, najczęściej odrzutowych, szybkich z kamerami, prawdopodobnie sterowanych z terytorium Białorusi - przyznał.
Jak dodał, Ukraińcy zestrzeliwują większość z tych dronów, ale nadal nie wiadomo, jakie mają zadania. - Nie można wykluczyć, że takich prowokacji może być więcej. Któregoś dnia - jeżeli Ukraińcom nie uda się zestrzelić większości dronów - możemy znowu mieć do czynienia z tym, że w polską przestrzeń powietrzną wleci ileś tam obiektów, o których będziemy mogli powiedzieć: to rosyjskie drony. To prawdopodobne. Oni ewidentnie chcą nas męczyć, chcą wymusić pewne reakcje - dodał ekspert.
Jak zastrzegł na koniec "już trwa wojna nerwów, a może i faktycznie próba atakowania przynajmniej pogranicza polsko-ukraińskiego".
Źródło: TOK FM, PAP