"Kompletny obłęd" na amerykańskiej giełdzie. "Rzeź właśnie się zaczęła"
"Przy stanowisku 2 zapanowało 'coś na kształt obłędu'. Generał Oliver Bridgeman, specjalista od U. S. Steel, otoczony był przez machających i wrzeszczących mężczyzn, z których jeden 'ryczał jak szaleniec'. Bridgeman próbował spisywać zlecenia tak szybko, jak tylko potrafił, krzykiem potwierdzając to handlującym, podczas gdy U. S. Steel, potęga na Wall Street, rozsypywała się na jego oczach jak zamek z kart" - pisze Andrew Ross Sorkin w książce pt. "1929. Największy krach w historii Wall Street".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "1929. Największy krach w historii Wall Street" Andrew Rossa Sorkina, w tłumaczeniu Sławomira Królaka, która ukazała się 12 sierpnia 2026 roku nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.
24 października 1929 roku
(...) Crawford patrzył na tykający chronometr. Dokładnie o 10.00 uderzył w gong, oznajmiając otwarcie sesji. Mężczyźni zaczęli krzyczeć i wymachiwać rękami. Telefony dzwoniły nieustannie. Rzeź właśnie się zaczęła.
Montgomery Ward runął natychmiast, gdy z rąk do rąk przeszło 6 tys. akcji; akcje pozostałych najważniejszych spółek spadały z podobnym, zatrważającym impetem, podczas gdy lawina zleceń sprzedaży z całego kraju zasypywała parkiet. Z początku wyprzedaż napędzali maklerzy likwidujący rachunki klientów, którzy nie byli w stanie na wezwanie uzupełnić depozytów. Ale panika do tego stopnia się nasiliła, że maklerzy gotowi byli sprzedawać akcje po dowolnej cenie. Wkrótce w przypadku wielu akcji zaczęło brakować ofert kupna, niezależnie od ich kursu. Maklerzy, nie nadążający z przetwarzaniem zleceń jeszcze z poprzedniego wieczoru, starali się jednak dotrzymać jakoś kroku.
Pucybutowi udało się jednak jakoś wcisnąć do sali klientów w biurze maklerskim niedaleko rogu, na którym pracował, by mieć oko na swoje inwestycje. Zapanował tam kompletny obłęd.
W tłumie - jak później opisywał - znalazł się pewien Chińczyk w kapeluszu nasuniętym na uszy. W ustach z martwymi zębami tkwiło mu martwe cygaro. Stoi na palcach, żeby zajrzeć ponad ramieniem kobiety w ogromnym, fantazyjnym kapeluszu. Ściąga z palca obrączkę ślubną i wrzeszczy: "Chcecie większego depozytu? - ani wam się śni!". On jest pijany w sztok. Wszyscy wrzeszczą. Wszyscy próbują dostać się do szklanej budki, gdzie siedzą pracownicy. Wszyscy chcą sprzedać wszystko. Chłopak przy tablicy notowań dostaje szału. Nie nadąża za tempem, w jakim akcje spadają. Tablica jest pomalowana na zielono. Facet, który ją obsługuje, jest Irlandczykiem. Stoi z tyłu budki, przy telefonie. Nie słyszę, co mówi. Ale ktoś obok mnie wrzeszczy: "Ten s****syn właśnie mnie sczyścił!"
Nie będąc w stanie zdecydować, czy wycofać swe środki, Bologna postanowił wyjść, przeciskając się przez tłum, by na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.
Regulamin Giełdy, instytucji zazwyczaj statecznej, stanowił, że obracający akcjami nie powinni "biegać, przeklinać, popychać się ani zdejmować marynarki". Nie zdążyło do końca wybrzmieć echo gongu na otwarcie, gdy wszystkie te dotychczasowe konwenanse i wszelka przyzwoitość odeszły w niepamięć.
Telegrafy giełdowe coraz bardziej się opóźniały, ale Crawford nie mógł opuścić podium. Telefonował i posyłał swych posłańców do inżynierów w piwnicy, by dopilnowali przyspieszenia pracy telegrafów. Na parkiecie, między stanowiskiem 1 a stanowiskiem 4, narastała histeria; gracze giełdowi byli wciskani w lady przez swych rozgorączkowanych kolegów, usiłujących dopchnąć się bliżej.
Przy stanowisku 2 zapanowało "coś na kształt obłędu". Generał Oliver Bridgeman, specjalista od U. S. Steel, otoczony był przez machających i wrzeszczących mężczyzn, z których jeden "ryczał jak szaleniec". Bridgeman próbował spisywać zlecenia tak szybko, jak tylko potrafił, krzykiem potwierdzając to handlującym, podczas gdy U. S. Steel, potęga na Wall Street, rozsypywała się na jego oczach jak zamek z kart. Crawford miał świadomość tego, że jeśli kursy Steel nadal będą szybować, "pociągną za sobą na dno wszystkie pozostałe". Przy stanowisku 4 wybuchła podobna gorączka. To tam obsługiwano akcje najbardziej ikonicznych spółek w Stanach Zjednoczonych: między innymi General Motors, Caterpillar Tractor i Anaconda Copper. Crawford zauważył "grubego, spoconego człowieka, który niemal w histerii wywrzaskiwał zlecenia pozbawione najmniejszego sensu, póki paru jego przyjaciół nie chwyciło go za ramię i nie wyprowadziło". Telegraf spóźniał się nadal niemal o godzinę.
Śledzący bieg wydarzeń ze swego biura i coraz głębiej nim zaniepokojony Lamont uzmysłowił sobie, że pora jakoś zaradzić katastrofie rozgrywającej się po drugiej stronie ulicy. Jack Morgan przebywał w Anglii. Jako najwyższy rangą człowiek Morgana na miejscu, Lamont odziedziczył po nim płaszcz zbawcy Wall Street.
Polecił swej sekretarce zadzwonić do garstki najważniejszych bankierów z prośbą, by stawili się w południe na spotkaniu pod numerem 23 przy Wall Street. Ale linie telefoniczne były do tego stopnia przeciążone, że pomocnik Lamonta potrzebował dziesięciu minut, by dodzwonić się do Charlesa Mitchella, którego biuro znajdowało się zaledwie przecznicę dalej, przy Wall Street 55. Lamont zrozumiał, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Przywołało to wspomnienie paniki z 1907 roku, dlatego zaczął się zastanawiać, co na jego miejscu w tej sytuacji zrobiłby J. Pierpont Morgan.
Claud Cockburn, brytyjski dziennikarz pracujący dla londyńskiego "The Times", kręcił się po ulicy i zbierał materiały. Jego współpracownik poradził mu wcześniej, by tego dnia za żadne skarby nie używał w swojej depeszy słowa "panika". Wszyscy byli spięci. Tego ranka Cockburn zjadł śniadanie z amerykańskim przyjacielem w hotelowej kawiarni w Greenwich Village. Nieobecny duchem przyjaciel co chwila zrywał się od stolika, by sprawdzać hotelowy telegraf giełdowy jeszcze zanim oficjalnie otwarto giełdę.
Po skończonym posiłku Cockburn ruszył pieszo w stronę Wall Street, po drodze "stwierdził, że sam znalazł się w samym środku czegoś w rodzaju upiornej, milczącej armii, płynącej w tym samym co on kierunku". Wszyscy z tym samym wyrazem osłupienia na twarzy.
Na rogu Wall i Broad Cockburn zastał
olbrzymi, pomrukujący tłum, a ludzie stłoczeni wokół nas rozmawiali, gdy się ich słuchało, niemal szeptem. Co jakiś czas dało się całkiem wyraźnie usłyszeć kolejny histeryczny śmiech. Z upływem czasu tłum gęstniał i robił się coraz głośniejszy, aż w jego środku krążyć zaczął wir, a jakiś człowiek w koszuli z podwiniętymi rękawami zaczął się przepychać przez ulicę w stronę biura Morgana.
Osobą tą był Charles Mitchell, torujący sobie drogę na spotkanie bankierów zwołane przez Lamonta pod numerem 23 przy Wall Street i spychający ludzi na chodniki samą swoją imponującą posturą.
Quiz: Ważne wydarzenia mijającego tygodnia. Trudny quiz TOK FM dla śledzących newsy uważnie
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Albert Wiggin, przewodniczący Chase, obserwując rano taśmę notowań, wyrobił sobie na ten temat jedno zdanie: "To już nie jest bessa, to panika - trzeba coś z tym zrobić". Po otrzymaniu wezwania od Lamonta Wiggin wcisnął na głowę kapelusz i podobnie jak Mitchell, ruszył w stronę banku Morgana. Tymczasem Richard Whitney opuścił Giełdę i przeszedł do biur Morgana, by złożyć tam bankierom relację z dotychczasowych zajść. Mianowano go pełniącym obowiązki prezesa Giełdy, ponieważ jego zwierzchnik, E. H. H. Simmons, przebywał na dwumiesięcznym miesiącu miodowym na Hawajach po ślubie zawartym 4 października.
Gdy gęstniejący tłum stawał się coraz głośniejszy, odźwiernych pilnujących tego, by publiczność nie wchodziła do banku Morgana, wsparli również policjanci. Gdy na miejsce przybyli Mitchell wraz z pozostałymi bankierami, wpuszczono ich do środka, po czym zatrzaśnięto za nimi drzwi i obstawiono wejście.
Mitchell, Wiggin, William C. Potter z Guaranty Trust, Seward Prosser z Bankers Trust oraz Richard Whitney zgromadzili się wokół biurka Lamonta typu rolltop. Do zwołanego w trybie doraźnym spotkania dołączył także George, starszy brat Richarda i wspólnik Morgana. Wszyscy doceniali powagę sytuacji; każdej z reprezentowanych przez nich instytucji groziło to, że zostanie zmieciona przez wybuchłą panikę, niezależnie od tego, jak solidne były jej bilanse. "The Wall Street Journal" oceniał później, że grupa ta "reprezentowała ponad 6 mld dolarów skumulowanych zasobów bankowych", nie licząc ogromnego, nieznanego bogactwa prywatnej spółki J. P. Morgan.
Lamont poprosił każdego z obecnych o ocenę sytuacji. Rozmawiając szeptem, by nikomu z zewnątrz nie udało się ich podsłuchać, bez sporządzania notatek, bankierzy przedstawiali po kolei swoje opinie. Ostatecznie udało im się uzgodnić plan działania: każdy z pięciu reprezentowanych banków wyłoży po 20 mln dolarów, które zostaną zrzucone na rynek z nadzieją na jego ustabilizowanie; później dołączył do nich George F. Baker Jr. z First National Bank. Początkowe zobowiązanie w wysokości 120 mln dolarów zostało później ponad dwukrotnie zwiększone do kwoty 250 mln, gdy przyłączyło się jeszcze kilka innych banków oraz Guggenheimowie. Pomysł był taki, by za te pieniądze skupować pakiety 37 najbardziej aktywnych akcji, najdotkliwiej ugodzonych przez panikę wyprzedaży.
Bernard Baruch odrzucił zaproszenie Lamonta, którego odmowa ze strony tego jednego z najbardziej prominentnych inwestorów na Wall Street boleśnie dotknęła. Baruch nie łudził się co do szans na powodzenie tego planu: uważał, że to topienie pieniędzy w studni bez dna. Skoro na rynku było obecnie już tak wielu udziałowców, żadna grupa, nawet najpotężniejsze banki, nie mogła już zagwarantować powstrzymania go przed ruiną.
- Minęły już czasy, kiedy Dom Morgana w przypadku podobnego kryzysu był w stanie przywołać Wall Street do porządku - tłumaczył później Baruch.
Bankierzy zakończyli naradę po dwudziestu minutach. Lamont odprowadził ich do drzwi i wszyscy uścisnęli sobie dłonie w zgodzie co do powagi misji.
Przed wyjściem na spotkanie Richard Whitney polecił Crawfordowi opróżnić galerię z gapiów. Sam widok pomocników usuwających ludzi z miejsc natychmiast wywołał falę plotek, że Giełdę za chwilę zamkną. Wczesnym popołudniem na rogu zebrał się jeszcze większy tłum. Relacjonujący przebieg zdarzeń dla "The Saturday Evening Post", Edwin Lefèvre, autor Wspomnień gracza giełdowego, opisał morze osłupiałych i niemal sparaliżowanych lękiem ludzi: "Twarze im bledły i się zapadały. A jednak stali tam godzinami, nie mogąc ruszyć się z miejsca - konający odliczali ostatnie uderzenia swojego własnego pulsu".
Posłuchaj: