Koszmar w elitarnych szkołach. Brat księżnej Diany: Nie wiedziałem, że to przestępstwa
"Z powodu przeżytej w szkole potwornej traumy molestowania seksualnego jeden z moich kolegów po kilku tygodniach nasilających się objawów doświadczył w pracy załamania nerwowego. Specjalista w tej dziedzinie pomógł mu ustalić, że epizod depresyjny wywołały dziewiąte urodziny syna - kolegę po raz pierwszy wykorzystano seksualnie w Maidwell, kiedy był w tym samym wieku" - pisze Charles Spencer, brat księżnej Diany, w książce "Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja" autorstwa Charlesa Spencera, w przekładzie Zofii Szachnowskiej-Olesiejuk, wydanej 5 listopada 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.
(...) W czasie, gdy doświadczałem molestowania seksualnego, "dom" i "szkoła" pozostawały dla mnie dwoma osobnymi światami, które prawie w ogóle się nie przenikały. Nikt z mojej rodziny aż do zeszłego roku nie miał pojęcia o istnieniu asystentki starszej przełożonej. Co więcej, nikt nie wiedział nic o Jacku ani o jego bulwersujących metodach wychowawczych. W naszym domu po prostu się o tym nie rozmawiało.
- Dlaczego nie powiedziałeś rodzicom o tym, co się dzieje? - pytają ci, którzy mają jakąkolwiek wiedzę na temat poważniejszych defektów Maidwell.
Ale mnie nigdy nie przyszło to do głowy. Ani żadnemu innemu uczniowi spośród tych, z którymi rozmawiałem. Z powodu przeżytej w szkole potwornej traumy molestowania seksualnego jeden z moich kolegów po kilku tygodniach nasilających się objawów doświadczył w pracy załamania nerwowego. Specjalista w tej dziedzinie pomógł mu ustalić, że epizod depresyjny wywołały dziewiąte urodziny syna - kolegę po raz pierwszy wykorzystano seksualnie w Maidwell, kiedy był w tym samym wieku.
Nigdy nikomu nie mówił o krzywdzie, jaka mu się działa, nawet swoim rodzicom.
- Nie mogłem rozmawiać z nimi o przemocy seksualnej, której padłem ofiarą - wyjaśnił.
Jego opór po części wynikał z dobrego wychowania.
- Nie chciałem kwestionować wyboru szkoły, jakiego dokonali. Posłali mnie do Maidwell w najlepszej wierze.
Jako mężczyzna w średnim wieku, po przejściu załamania nerwowego i śmierci rodziców, zapisał się na sześciotygodniową terapię.
- Nie mogłem przestać mówić. Wyrzygałem to z siebie i poczułem, jakbym zerwał strup.
Dopiero wtedy osiągnął stan spokojnej, choć smutnej akceptacji cierpienia, którego doświadczył. W czasie pobytu w Maidwell byłem zbyt mały, żeby mieć jakiekolwiek porównanie: znałem tylko takie życie i nie miałem pojęcia, że może istnieć szkoła z internatem pełna troski i życzliwości. Zakładałem, że środowisko, w którym przyszło mi funkcjonować, jest zupełnie normalne.
Poza tym w swojej dziecinnej naiwności wierzyłem, że moi rodzice - których postrzegałem jako wszystkowidzących i wszechwiedzących - w życiu nie wyekspediowaliby mnie z domu na pięć lat, gdyby wcześniej wnikliwie nie przeanalizowali wszystkich możliwych opcji. Mówili mi, że mnie kochają, więc na pewno przeprowadzili dogłębny rekonesans, by wybrać dla mnie miejsce, gdzie będę szczęśliwy i z łatwością rozwinę skrzydła.
Ogólnie rzecz ujmując, w tamtych czasach dzieci nie miały tak bliskich ani otwartych relacji z rodzicami, jak często zdarza się to dzisiaj. Isaac Ewer, kilka lat ode mnie starszy uczeń Maidwell, wspominając dzień, w którym ojciec przywiózł go do szkoły, pamięta przede wszystkim towarzyszące mu uczucie zdumienia. W rozmowie ze mną wyjaśnił, co wywołało takie niezatarte wrażenie:
- Nie spędzałem z ojcem zbyt wiele czasu. W tamtych latach kontakty między ojcami i synami miały z reguły bardzo formalny charakter.
W trakcie tej pamiętnej podróży gawędzili z ojcem jak nigdy przedtem.
Moich dwóch innych rówieśników miało taką chłodną relację ze swoimi ojcami, że każdy z nich tylko raz w życiu doświadczył z ich strony kontaktu fizycznego. Pierwszemu ojciec uścisnął rękę na pożegnanie, gdy zostawiał go w szkole jako ośmioletniego chłopca. Drugi musiał poczekać pięćdziesiąt lat na to, by stary ojciec wyciągnął do niego dłoń, gdy pragnął dodać sobie otuchy na kilka godzin przed śmiercią. Ja miałem więcej szczęścia, ponieważ mój ojciec potrafił okazywać czułość w sposób bardziej otwarty niż wielu jego równolatków należących do elity. Całował mnie na powitanie, nawet kiedy dobiegałem dwudziestki.
Ale dzieliło nas czterdzieści lat i pod wieloma względami ojciec zachowywał się w sposób bardzo konwencjonalny. Podpisywał się pod powtarzanym mi wielokrotnie komunałem, że lata szkolne to najszczęśliwsze lata naszego życia.
Moje postępy w nauce śledził z powściągliwym zainteresowaniem, a ja nigdy nie opowiedziałem mu o tym, jak Maude czy Goffie się na nas wyżywają, ani nawet o ogólnej atmosferze panującej w Maidwell pod wypaczonymi rządami Jacka. Ojciec od czasu do czasu i bez wdawania się w szczegóły pytał, co słychać w szkole. W każde wakacje i ferie przez kilka minut razem ze mną czytał pisane przez dyrektora sprawozdania, zachwycając się jego poczuciem humoru, które służyło oczywiście jako zasłona dymna, gotów celebrować wszelkie pochwały, o ile takowe się pojawiły.
Czułem się w obowiązku udawać, że w Maidwell nic złego się nie dzieje: wiedziałem, że gdybym postąpił inaczej, wytrąciłbym ojca z równowagi, zwłaszcza że zdarzyło mu się napomknąć o zatrważającej wysokości czesnego. Nie chciałem go rozczarować - ani innych, którzy wydawali się naprawdę zadowoleni z tego, że dobrze czuję się w szkole.
Kiedy w 1978 roku Mary Clarke - moja ostatnia niania - napisała do mnie ni z tego, ni z owego i zapytała, co u mnie słychać, pochwaliłem się kilkoma drobnymi osiągnięciami naukowymi i sportowymi w szkole, którą właśnie opuściłem. Miałem czternaście lat i nie dysponowałem żadnymi narzędziami ani punktem odniesienia pozwalającymi zrozumieć, przepracować czy wyjaśnić ciemną stronę miejsca, w którym spędziłem pięć lat. Nie znałem takich pojęć jak przemoc fizyczna, psychiczna i seksualna, a już na pewno nie wiedziałem, że to przestępstwa.
W moim środowisku od dziecka oczekiwano, że "ma po prostu przez to przejść" - ma znieść ten rytuał inicjacyjny, który poprzednie pokolenia też musiały przetrwać, gdy przyszła ich kolej, i starać się przy tym sprawiać wrażenie zadowolonego. Moja łagodna, kochająca babcia napisała do ojca po tym, jak razem z matką odstawił do szkoły z internatem moją najstarszą siostrę: "Myślałam wczoraj o Tobie i Frances, o tym, jak po raz pierwszy odwozicie Sarah do szkoły. To doprawdy przerażająca chwila, ale jestem pewna, że jej się tam spodoba". Nic więcej. Ani słowa o traumie, której w takim momencie doświadcza cała rodzina.
Traktowano to jak nieodłączny element dzieciństwa - jak różyczkę albo świnkę - czyli coś, co trzeba przejść bez zbędnych ceregieli.
Po wizycie złożonej przeze mnie w Althorp w trakcie pierwszego semestru dziadek napisał zadowolony w swoim pamiętniku: "Charles wydaje się szczęśliwy w swojej nowej szkole". Pewnie zapytał mnie, jak mi się wiedzie, a ja, ponieważ nie miałem prawie żadnej relacji z tym wiekowym, gburowatym nestorem rodu, przedstawiłem życie w Maidwell w korzystnym świetle, tak jak tego ode mnie oczekiwano.
A przecież prawda przedstawiała się zupełnie inaczej: w ciągu pięciu lat spędzonych w Maidwell tkwiłem w niewoli lęku i rozpaczy, których nie zaznałem nigdy później. Narastały we mnie z każdą godziną, a nawet minutą zbliżającego się nieuchronnie powrotu do szkoły. Poczucie beznadziei było tak silne, że w ostatnich dniach wakacji regularnie rozważałem opcję postrzelenia się w stopę jedną ze strzelb mojego ojca: ból fizyczny wydawał się lepszy niż cierpienie psychiczne. (...)
Posłuchaj: