,
Obserwuj
Świat

Od przybytku aut Chińczyków głowa boli. Tną ceny, by sprzedać cokolwiek

Wojciech Kowalik, Anna Augustyn
5 min. czytania
05.10.2025 11:43

Chińczycy z takim zapałem rzucili się do produkcji aut, że nie mają ich gdzie sprzedać. I nie chodzi tylko o modele elektryczne, ale także spalinowe. Rynek jest zalany taką liczbą marek i modeli, że producenci kombinują, jak mogą, żeby gdzieś ten nadmiar upłynnić.

Chińczycy produkują więcej aut niż mogą sprzedać
Chińczycy produkują więcej aut niż mogą sprzedać
fot. Nur Photo/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak Chiny stały się liderem produkcji samochodów na świecie?
  • Co doprowadziło do nadprodukcji samochodów w Chinach?
  • Jakie innowacyjne rozwiązania wprowadzają chińscy producenci aut?
  • Dlaczego chińskie ceny samochodów wpływają na globalny rynek motoryzacyjny?

Jak i kiedy to się zaczęło? Jakieś 30 lat temu jedno z największych państw świata postanowiło być pierwsze w branży, w której od dziesięcioleci przodowali inni - szczególnie Europejczycy, a konkretnie Niemcy, ale także Amerykanie, Japończycy, w końcu Koreańczycy z Południa. Chiny postanowiły rozgromić ich wszystkich.

Do pracy zaprzęgnięto miliardy z budżetu, cały aparat państwowy, wszystkie jego służby, świat nauki i uniwersytety, a nawet władze regionalne, których zadaniem było znaleźć odpowiednie grunty pod budowę przyszłych fabryk. Operacja się udała.

Chiny potęgą w produkcji aut 

Dzisiaj Chiny są największym na świecie producentem samochodów - także największym eksporterem. Niepokonanych wcześniej Niemców biją na głowę, gdy chodzi o innowacyjność w motoryzacji, a czasami także dokładność wykonania. Nie dość, że produkują rocznie dziesiątki milionów aut nieskończenie wielu marek, to na dodatek robią to tanio, coraz taniej.  

Przykład? W jednym tylko salonie wystawowym w centrum handlowym w Chengdu dealer wystawia pięć tysięcy modeli aut do wyboru. Większość jest przeceniona i to nie o standardowe kilka procent, ale... o połowę lub nawet więcej!

Produkowane w Chinach modele Audi sprzedawane są z rabatem 50 procent, siedmiomiejscowy SUV chińskiej firmy FAW kosztuje około 22 tysięcy dolarów, czyli ponad 60 procent poniżej ceny katalogowej. Ceny chińskich aut na prąd zaczynają się od mniej niż 10 tysięcy dolarów, podczas gdy w USA producenci oferują zaledwie kilka modeli poniżej 35 tysięcy dolarów. W Europie jest jeszcze drożej.

Klęska urodzaju

Wybór jest gigantyczny, nowe modele wyjeżdżają z fabryk jeden za drugim. Tanieją z tygodnia na tydzień, bo ich produkcja jest tym tańsza, im więcej się ich produkuje. W czym zatem problem?

Problemem jest… klęska urodzaju. Chiny produkują tak wiele aut, że już dawno zabrakło na nie chętnych na rynku wewnętrznym. W świat ruszyła więc flotylla specjalistycznych statków z tysiącami nowych aut w ładowniach. Pierwsza jej część już dwa lata temu wyprawiła się do Europy, gdzie równe rzędy chińskich aut wypełniają każde wolne miejsce w portach i w ich pobliżu. Brakuje specjalistycznych pojazdów, by auta rozwieźć dalej po kontynencie.

Większość to samochody spalinowe lub hybrydy, bo Europa wprowadziła cła na chińskie elektryki. Trzeba je zatem upchnąć gdzieś indziej i dlatego druga część chińskiej armady zmierza obecnie do Ameryki Południowej. Ale to wszystko wciąż za mało, by przynieść ulgę chińskiemu przemysłowi, który dusi się pod ciężarem własnego sukcesu. Ten brak tchu rozlewa się coraz szerzej na inne części gospodarki.

Redakcja poleca

Ale zanim o globalnych konsekwencjach, kilka zdań o wielkiej wojnie cenowej i apelach politycznej centrali w Pekinie, a także o pomysłowych technikach producentów poprawienia wyników sprzedaży. Bo właśnie z tego muszą się spowiadać kierownictwu partii i państwa.

Technika najbardziej popularna to sprzedaż nowych samochodów jako aut z drugiej ręki, czyli używanych. Producenci ubezpieczają i rejestrują auta stojące na fabrycznych parkingach. W oficjalnych dokumentach zaliczają je do produkcji sprzedanej. Na papierze sprzedaż rośnie, w rzeczywistości w szwach pękają place i składy. Gdy nie ma już innego wyjścia i nie mieszczą się na nich kolejne partie aut, samochody wypychane są do szarej strefy. Trafiają do dealerów nie pierwszej uczciwości i z rabatami sięgającymi nawet dwóch trzecich ceny katalogowej sprzedawane są klientom.

Tracą producenci, bo o opłacalności w warunkach tak ostrej konkurencji nie ma co marzyć. Tracą też klienci, bo - kupując auto z drugiej ręki z zerowym przebiegiem - świadomie pozbawiają się gwarancji. I nie mają pewności, jak długo auto na prąd stało na placu bez ruchu, co oznacza z kolei gorszą efektywność baterii.

Ale są też mniej radykalne pomysły. Na przykład obniżka ceny o połowę i to wprost za progiem fabryki. Efekt ten sam, ale kłopotów mniej. Tyle, że bez gwarancji natychmiastowej poprawy wyników sprzedaży. Bo nawet na supertanie auto trzeba znaleźć chętnych, co nie jest łatwe - zwłaszcza w Chinach, gdzie rynek został - dosłownie - rozjechany dziesiątkami marek, tysiącami modeli i milionami aut.

Samochód z dronem?

Najwięksi chińscy producenci postawili więc na innowacyjne rozwiązania. Chińskie BYD - największy na świecie producent samochodów elektrycznych - postanowił zaskoczyć klientów. Jeden z jego luksusowych modeli terenowych jest standardowo wyposażony w… drona. Dron startuje z otwieranego dachu, sterowany jest pilotem w kierownicy, ale w jego prowadzeniu pomaga sztuczna inteligencja. Może lecieć nad samochodem z prędkością do około 80 kilometrów na godzinę. Automatycznie wraca na swoje lądowisko. Zarejestrowane w locie video może być edytowane automatycznie przez komputer pokładowy i wysłane w świat - na przykład jako rolka w mediach społecznościowych.

Inna marka - Zeekr - wyposażyła jeden z modeli vana w rozkładane łóżka oraz ściankę działową, która oddziela pasażerów od kierowcy. Wszystko, by pokonać konkurencję. Podobno zadziałało, bo obie marki zajęły największą część chińskiego rynku. 

Przestraszyło się jednak partyjne polityczne biuro, które wystąpiło z publicznym apelem: dość krwawej łaźni, dość wprowadzania branży w spiralę śmierci, dość inwolucji. Ten właśnie termin pojawił się w oficjalnej rządowej narracji. Opisuje stan "zwijania się", czyli przywrócenia pierwotnego kształtu i rozmiaru. W branży oznacza powrót na planszy na pole z napisem "start", czyli do stanu, w którym Chiny nie tylko nie były samochodowym liderem, ale w ogóle nie istniały w branży.

Chińczycy biegną bowiem tak szybko, że zaplątali się we własne nogi. Produkują więcej niż mogą sprzedać. Tną ceny, by sprzedać cokolwiek. Dziury w budżetach łatają kapitałem z rynku albo nie płacąc poddostawcom, zarażając swoimi problemami coraz większą część gospodarki. Mniej produkować nie mogą, bo od postępów w sprzedaży zależy ich pozycja w Pekinie i wsparcie z kasy państwa. Notują więc straty, a pieniądze na rozwój pożyczają na rynku. Bo kto stoi w miejscu, ten się przecież cofa. Zwłaszcza w motoryzacji. Cieszyć się mogą klienci, bo dostają coraz więcej za coraz mniej. 

Słuchaj też innych odcinków "Codziennego Podcastu Gospodarczego":

Źródło: TOK FM