advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Świat

Tak umacniał się Putin. "Miotacze ognia wycelowane w szkołę". Po dzieciach zostały tylko tornistry

Koprz
3 min. czytania
01.09.2024 18:03
Codziennie w Ukrainie giną ludzie z rąk żołnierzy Władimira Putina. Jednak krwawą inwazję dyktatora Rosji poprzedziła wiele lat wcześniej inna tragedia, o której w TOK FM przypomniała Krystyna Kurczab-Redlich. - Siły FSB użyły wtedy nieprawdopodobnej broni, czyli odrzutowych miotaczy ognia Trzmiel. Ustawiono je na dwóch dachach naprzeciwko szkoły i z nich celowano do sali gimnastycznej, gdzie były dzieci - mówiła dziennikarka.
|
|
fot. Kreml

Tak umacniał się Putin. 'Dzieci żal, ale trudno, trzeba to zrobić'

Mija 20 lat od ataku terrorystycznego na szkołę w Biesłanie na terytorium Republiki Osetii Północnej. Zginęło wtedy ponad 300 osób. Jak mówiła w TOK FM Krystyna Kurczab-Redlich, z tej tragedii wyłania się obraz Władimira Putina, który dla umocnienia swojej władzy w Rosji jest gotowy poświęcić życie niewinnych ludzi, w tym dzieci. Potwierdzał to wielokrotnie w kolejnych latach, również poprzez inwazję na Ukrainę.

Władimir Putin potrzebował tego ataku terrorystycznego, bo szykował się do wyborów w 2004 roku. Chciał udowodnić swojemu społeczeństwu, że walczy z czeczeńskim terroryzmem, pokazać się jako silny lider i zdobyć dodatkowe punkty w notowaniach. Atakiem na szkołę w Biesłanie kierował czeczeński dowódca polowy Szamil Basajew. Ten - jak tłumaczyła gościni TOK FM - był szkolony przez komandosów Putina i pozostawał członkiem wojskowego wywiadu Rosji.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

- W dzień ataku na szkołę w Biesłanie jeden z czeczeńskich agentów powiedział, że dzieci żal, ale trudno, trzeba to zrobić (?) Zrobiono wszystko, by ten akt terroru się wydarzył. Na dziedziniec szkoły, gdzie [w pierwszy dzień roku szkolnego - przyp. red.] stoi ok. 1400 dzieci z rodzinami, nagle wjeżdżają terroryści i zapędzają wszystkich do sali gimnastycznej - opowiadała rozmówczyni Przemysława Iwańczyka.

Jak opisywała dalej, terroryści z początku zapewniali zakładników, że wypuszczą ich wolno i nic złego nikomu się nie stanie. - Żądali [od Kremla - przyp. red.] zakończenia wojny w Czeczeni, wyprowadzenia stamtąd rosyjskich wojsk i dania jej autonomii. Na to jednak nie było żadnego oddźwięku - przypomniała Krystyna Kurczab-Redlich.

'A w Ukrainie mopa znacie?'. Co słyszą Ukrainki w polskich domach?

Okrucieństwo Putina. 'Ludzie się palą i zaczynają wyskakiwać przez okna'

Trzeciego dnia od wzięcia dzieci na zakładników w biesłańskiej szkole wybucha tragedia. - Według wersji oficjalnej eksploduje wtedy bomba przygotowana przez terrorystów, wybucha pożar, zawala się strop. Ten przygniata część zakładników. Ludzie się palą i zaczynają wyskakiwać przez okna. A druga wersja - potwierdzona później wielokrotnie - mówi, że to była konsekwencja szturmu sił Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Użyły nieprawdopodobnej broni, zakazanej przez międzynarodowe konwencje, czyli odrzutowych miotaczy ognia o nazwie Trzmiel. Ustawiono je na dwóch dachach naprzeciwko szkoły i z nich celowano do sali gimnastycznej. Jak więc można było mówić, że ktoś w ogóle myślał o ratowaniu zakładników? - pytała retorycznie.

Reportażystka mnożyła te wątpliwości: "Jak można było do likwidacji 32 terrorystów użyć ok. ośmiu tysięcy pocisków, 10 granatników, pięciu czołgów?". - Przecież to nieprawdopodobne - podkreśliła wieloletnia korespondentka w Rosji.

Putin może odpowiedzieć krwawym odwetem? 'Zemsta za zdobycie punkcika na mapie'

Po tym szturmie na miejsce tragedii wjechały buldożery. Wywieziono stamtąd wszystko, co zostało po ofiarach: zabawki i tornistry, ale też szczątki ludzkie. Na tym jednak tragedia Biesłanu się nie skończyła. Dziennikarka Anna Politkowska, która starała się nagłośnić, co stało się we wspomnianej szkole, została później zgładzona przez ludzi Putina.