,
Obserwuj
Świat

Co dzieci z polsko-białoruskiej granicy robiły w domu księży? "Dowiedzieliśmy się po fakcie''

6 min. czytania
04.11.2024 06:30
Jak ustaliło TOK FM, kilka miesięcy temu grupa nastolatków - zatrzymanych w lesie na pograniczu - trafiła do jednego z domów księży emerytów na Podlasiu. Sprawie przygląda się biuro Rzecznika Praw Dziecka. - Tak być nie powinno. Dom księży to nie jest miejsce dla dzieci - mówi TOK FM zastępca RPD Adam Chmura
|
|
fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Małoletni, który jest zatrzymywany na granicy, nie może być push-backowany. I choć w praktyce - jak słyszymy od aktywistów działających na Podlasiu - bywa z tym różnie, to zgodnie z prawem osoby do 18. roku życia są pod szczególną ochroną. - Jest to jedna z tzw. grup wrażliwych - mówi nam Marianna Wartecka z Fundacji Ocalenie. - Jeśli dziecko podróżuje bez rodziców, to państwo polskie powinno je otoczyć opieką. To sąd decyduje, do jakiej placówki taki małoletni ma trafić. Problem w tym, że w Polsce brakuje miejsc dla dzieci w pieczy zastępczej, zarówno dla polskich, jak i dla cudzoziemskich dzieci - dodaje aktywistka. 

I podkreśla, że nie zmienia to jednak faktu, że dzieci z polsko-białoruskiej granicy nie mogą być umieszczane w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Tymczasem, jak ustaliło TOK FM, niedawno kilkanaścioro nastolatków, zatrzymanych w lesie na pograniczu, trafiło do jednego z domów księży emerytów na Podlasiu. Do sytuacji doszło latem, ale nikt do tej pory o tym nie informował. Sprawą zajęło się biuro Rzecznika Praw Dziecka. 

- Zdecydowanie tak być nie powinno. Dom księży to nie jest miejsce dla dzieci - mówi TOK FM zastępca RPD Adam Chmura. Zwraca uwagę, że w takim domu nie ma odpowiedniej opieki dla nastolatków, ale też kontroli nad tym, co się w środku dzieje. 

Słyszę, że zdradzają ukraińskich żołnierzy z Polakami. 'Ogromna liczba' rozwodów

W tej konkretnej sytuacji - jak wspomina Chmura - Straż Graniczna nie miała jednak gdzie nastolatków umieścić, bo żadna placówka opiekuńczo-wychowawcza nie chciała przyjąć takiej grupy. Jedynie księża się zgodzili. - W momencie umieszczania dzieci w tym domu nic o tym nie wiedzieliśmy. Dowiedzieliśmy się o sprawie dopiero po fakcie - mówi Chmura.

- Jako urzędnik państwowy i prawnik oceniam to negatywnie, ale jako człowiek i kiedyś - aktywista w jakimś sensie rozumiem tę intencję, która była na pewno dobra, ale odbyła się poza ramami prawnymi - mówi Chmura w rozmowie z TOK FM. I dodaje, że Straż Graniczna tłumaczyła to tym, że nie miała gdzie dzieci umieścić, a nie chciała, by spały na materacach w placówce na granicy, w otoczeniu umundurowanych funkcjonariuszy. 

Wielki kłopot Kościoła w Polsce ujawniony. Wszystko przez papieża Franciszka

"Mogło się z nimi tam stać wszystko"

Według Marianny Warteckiej "dom księży emerytów nie jest domem dziecka czy pogotowiem opiekuńczym". - A umieszczono tam kilkunastoletnie dzieci, którym nie zapewniono odpowiedniej opieki i nadzoru. Mogło się z nimi tam stać wszystko. Nikt nad tym nie panuje, nikt tego nie rejestruje - dziwi się aktywistka Fundacji Ocalenie.

I podkreśla, że problem jest poważny, bo nie jest tajemnicą, że to właśnie m.in. nastolatkowie - chłopcy i dziewczęta - padają ofiarami handlu ludźmi. - Ktoś przyjeżdża, ktoś je zabiera. Nie wiadomo, z kim jadą ani dokąd - dopowiada.

Jak udało nam się ustalić, większości nastolatków w domu księży już nie ma. Ale gdzie są - też nie wiadomo, bo - jak mówi aktywistka - nikt takich danych nie zbiera.

Tak Trump może zakończyć wojnę w Ukrainie? 'Weźmie Dudę z Orbanem i poleci do Putina'

Zastępca RPD potwierdza, że problem z umieszczaniem dzieci w pieczy zastępczej jest ogromny. - Wielokrotnie dostawaliśmy telefony od Straży Granicznej, niemal błagalne, z prośbą o pomoc w znalezieniu gdzieś miejsca dla dziecka, które jest w placówce straży, przywiezione prosto z lasu, bez rodziców. I nie ma co z nim zrobić, bo żaden dom dziecka nie chce go przyjąć - opowiada. 

Zapewnia jednak, że biuro RPD działa w tym temacie. - Co jakiś czas wizytujemy polsko-białoruską granicę. Współpracujemy m.in. z organizacjami pozarządowymi. 14 lutego odbyło się u nas duże spotkanie z organizacjami, które są zaangażowane w pomoc na granicy. Jesteśmy też po dwudniowej wizytacji na granicy, [która odbyła się - red.] w połowie roku. To dało nam pełne spektrum informacji, bo spotkaliśmy się ze Strażą Graniczną, z NGOsami, ale też m.in. z sędziami z Sądu Rejonowego w Bielsku Podlaskim. Odwiedziliśmy również Dom Dziecka w Krasnem. To jedna z placówek, w której umieszczani byli i są małoletni bez opieki, którzy w sposób nieregularny dostali się do Polski przez granicę polsko-białoruską - opowiada w TOK FM Adam Chmura. 

Adam Bodnar pozwał Mateusza Morawieckiego. W tle śmierć żołnierza na granicy

Małoletni na granicy. Ile ich jest?

Nasz gość podaje, że najwięcej małoletnich pojawiło się na granicy w maju, czerwcu i lipcu tego roku. - Wtedy były po trzy zgłoszenia dziennie, podczas gdy dziś są to jedno-dwa zgłoszenia w tygodniu. Organizacje są z nami wtedy w kontakcie, bo boją się, że jeśli nie będzie wsparcia rzecznika, to dojdzie do push-backu - mówi.

Jak dodaje, oficjalnie w tym roku Straż Graniczna miała informację o ok. 200 małoletnich na granicy. Kiedy takie osoby nie mają przy sobie dokumentów (a trzeba sprawdzić ich wiek), są przewożone na badania do szpitala w Białymstoku. Tam mają RTG kości i na tej podstawie lekarze szacują, ile dana osoba może mieć lat. Tyle, że jak mówią aktywiści, eksperci mają do tych badań mnóstwo wątpliwości i nie zawsze wiek ze zdjęcia rentgenowskiego pokazuje prawdziwą rzeczywistość. - Bo każdy z nas rozwija się inaczej i zdjęcia nie zawsze wskazują, jak jest - mówi Marianna Wartecka. 

'Pytaję, czy 'ku**a' to 'dzień dobry'. Tak nasz kraj 'wita' uchodźców'

Z 200 zgłoszeń - jak mówi nam Adam Chmura - po badaniach potwierdzono, że 40 osób to małoletni. - Ale nawet tej liczby absolutnie nie można bagatelizować - stwierdza. Zastępca RPD podkreśla zdecydowanie: "Nie zgadzam się z takim opisywaniem sytuacji, że migranci na granicy to głównie osoby stwarzające niebezpieczeństwo". - Nie odrzucam oczywiście argumentu, że trzeba przeprowadzać procedury weryfikacyjne i badać, czy danej osobie należy się ochrona międzynarodowa w Polsce, czy też nie. Ale nie można uogólniać - mówi Chmura. - Wydawać by się mogło, że ta liczba - 40 dzieci - nie powinna być problemem dla państwa polskiego, by zapewnić im właściwą opiekę, a jednak jest inaczej. Problem jest bardzo palący - dodaje nasz rozmówca. 

Dzieci na granicy. Apel do premiera

Rzecznik Praw Dziecka, wspólnie z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, wystąpili właśnie do premiera Donalda Tuska, ale też przedstawicieli kilku ministerstw o zmiany ustawowe. - Pokazujemy, z czym ta grupa małoletnich się boryka i wskazujemy, jak chcielibyśmy to poprawić - mówi Chmura.

Jak tłumaczy, chodzi o przygotowanie określonej liczby miejsc w pieczy zastępczej, przeznaczonych dla dzieci z granicy. - Są to dzieciaki, które bardzo często są ofiarami przemocy. Bywa, że padły ofiarą handlu ludźmi, mają za sobą doświadczenia wojenne i wiele innych. Stąd nasza idea pewnego systemowego rozwiązania - powołania placówek przygotowanych do pracy z takimi dziećmi. Bo ta praca wymaga wielu kwestii: i znajomości języka, i przygotowania psychologicznego, i wiedzy o kulturze kraju, z którego dane dziecko pochodzi, i wsparcia pracy wychowawców w takim miejscu - wylicza zastępca RPD.

"Do rangi dramatu urastają sytuacje, raportowane tak przez Straż Graniczną, jak i przez system pieczy zastępczej i wojewodów, gdy przez wiele dni instytucjom publicznym nie udaje się znaleźć miejsca w placówkach pieczy zastępczej typu interwencyjnego dla dzieci cudzoziemskich, które zadeklarowały zamiar ubiegania się o ochronę międzynarodową w Polsce. W tego rodzaju sytuacjach czasowego schronienia udziela im Straż Graniczna, wykorzystując dostępną infrastrukturę placówek SG oraz współpracujące z tą formacją organizacje pozarządowe, co jednak odbywa się poza ustalonymi ramami prawnymi(...)" - piszą rzecznicy do premiera, Donalda Tuska. 

"Jako pilne i konieczne jawi się wprowadzenie zmian legislacyjnych(...), które umożliwiłyby utworzenie nowych form pieczy zastępczej, np. nowego typu placówki opiekuńczo-wychowawczej o charakterze interwencyjnym, dedykowanego wyłącznie małoletnim cudzoziemcom bez opieki i dostosowanego do ich szczególnych potrzeb. Stoimy na stanowisku, że jedynie takie rozwiązanie mogłoby doprowadzić do realnego zabezpieczenia miejsc w pieczy dla dzieci cudzoziemskich" - czytamy w oficjalnym wnioski do premiera i ministrów - spraw wewnętrznych i administracji, sprawiedliwości oraz rodziny, pracy i polityki społecznej. 

Rzecznik Praw Dziecka i Rzecznik Praw Obywatelskich chcą wpisania do Ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej dodatkowego podtypu placówki opiekuńczo-wychowawczej. Właśnie dla dzieci z doświadczeniem migracji. Szacujemy, że stworzenie takiego miejsca kosztowałoby rocznie około miliona złotych - wyjaśnia nasz rozmówca. 

Co słyszą Ukraińcy w Polsce? 'Trochę mi za to wstyd'

Kryzys na polsko-białoruskiej granicy trwa już ponad trzy lata. Organizacje, które działają na tym terenie, szacują, że od początku tego kryzysu pojawiło się nawet dwa-trzy tysiące małoletnich bez opieki.

Tylko część z nich, jak słyszymy od aktywistów, miała kontakt ze Strażą Graniczną. Wielu miało nie chcieć wzywania służb mundurowych. - Niektórzy mają z wojskiem czy Strażą Graniczą bardzo złe doświadczenia, byli przez nich wyrzucani na Białoruś. Ale są też tacy młodzi ludzie, którzy uciekli z kraju objętego wojną albo prześladowaniami i przemocą. I boją się mężczyzn w mundurach - mówią nam przedstawiciele organizacji pozarządowych.