,
Obserwuj
Świat

Kto wszedł do Rady Pokoju? "Patrzą na świat tak samo jak Donald Trump"

3 min. czytania
22.01.2026 14:38

W czwartek Donald Trump z przywódcami 19 innych państw powołał do życia Radę Pokoju. - Problemy z przystąpieniem do takiej rady są olbrzymie. Nie mamy możliwości sprzeciwu, statut wymaga tylko 51 procent głosów do podjęcia rezolucji i zatwierdzenie przez Trumpa - mówiła w TOK FM Marta Prochwicz-Jazowska.

Donald Trump i przywódcy krajów założycieli Rady Pokoju w Davos
Donald Trump i przywódcy krajów założycieli Rady Pokoju w Davos
fot. Evan Vucci/Associated Press/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czym ma zająć się Rada Pokoju powołana w czwartek przez Donalda Trumpa?
  • Jakie pułapki czyhają na Polskę, jeśli weszłaby w skład gremium?

Prezydent USA Donald Trump i przedstawiciele 19 innych państw podpisali w czwartek w Davos dokument założycielski lansowanej przez amerykańskiego przywódcę Rady Pokoju. Wśród członków-założycieli nie ma Rosji ani większości państw europejskich.

Prezydent Karol Nawrocki uczestniczył w powołaniu Rady, swojemu amerykańskiemu odpowiednikowi przekazał jednak, że "tego typu porozumienie międzynarodowe musi przejść całą procedurę konstytucyjną". Kancelaria Prezydenta twierdzi, że do złożenia podpisu Polski pod tą inicjatywą w sensie prawnym na razie nie dojdzie. O ewentualnym przystąpieniu Polski oprócz prezydenta musi zdecydować rząd i parlament.

- Można odetchnąć z ulgą, że Karol Nawrocki podjął taką, a nie inną decyzję - oceniła w "TOK 360" Marta Prochwicz-Jazowska, zastępczyni dyrektora w warszawskim biurze European Council on Foreign Relations.

Zdaniem gościni Adama Ozgi, znając zachowanie Trumpa, można domniemywać, że temat jeszcze powróci. - Problemy z przystąpieniem do takiej rady są olbrzymie - zaznaczyła. I nie chodzi jedynie o to, że rada stanowi niejako alternatywę dla Rady Bezpieczeństwa ONZ, a zaproszono do niej także Władimira Putina.

- Są jeszcze większe problemy, które są zapisane w statucie tej organizacji. Po pierwsze jej zakres kompetencji wykracza daleko poza Strefę Gazy, której ta Rada miała dotyczyć. Wszystkim się wydaje, że to będzie dotyczyło wyłącznie wdrażania dwudziestopunktowego planu pokoju w Gazie, ale nie, w tym statucie nie ma w ogóle mowy o Gazie, więc mandat będzie obejmował potencjalnie wszystko, na co Trump w danej chwili będzie chciał wpływać. Czy to na przykład interwencje zbrojne na Kubie, o której mówi, Kolumbia, Meksyk czy Grenlandia. Te państwa zostały wymienione. Jak widzimy Donald Trump nie ma żadnych skrupułów co do interwencji zbrojnej - dodała Prochwicz-Jazowska.

Legitymizowanie poczynań Trumpa

Prowadzący audycję Adam Ozga dopytywał, czy uczestnictwo Polski w tym gremium oznaczałoby automatycznie legitymizowanie działań USA.

- Niestety nie mamy możliwości sprzeciwu, ponieważ statut wymaga tylko 51 procent głosów do podjęcia rezolucji i zatwierdzenie przez prezydenta Donalda Trumpa, więc nie mamy jak się sprzeciwić. Pięćdziesiąt jeden procent to jest naprawdę bardzo mało. Patrząc na to, kto się tam zgłosił, prawdopodobnie będzie to 51 procent i my będziemy w ten sposób legitymizować agresywną politykę zagraniczną Trumpa. A co jeśli wpadnie na pomysł, żeby użyć Rady Pokoju jako legitymizację do przeprowadzenia ataku na Grenlandię, a nawet w Ukrainie działania? - pytała gościni TOK FM.

Czy kraje sygnatariusze nie mają tego typu obaw? - dociekał prowadzący - To są kraje, które idą z duchem czasu i kraje, które będą wspierać Donalda Trumpa w doprowadzeniu do rozpadu porządku świata, który funkcjonował według zasad prawa międzynarodowego i organizacji takich jak ONZ. Patrzą na świat tak samo jak Donald Trump. To kraje globalnego południa, które chciałyby w większym stopniu uczestniczyć we współdecydowaniu o podziale świata i relacjach międzynarodowych. To się wpisuje w ich wizję świata. Europa i Polska chciałyby zachować porządek, który istniał przed Donaldem Trumpem. Oczywiście to również niemożliwe - oceniła ekspertka.

Jak dodała, Rada Pokoju to niejako "firma amerykańska, zarządzana przez Donalda Trumpa". - Tam będą gigantyczne fundusze, co do których przejrzystości wydawania będzie gigantyczna obawa - oceniła Prochwicz-Jazowska.

W czwartek dokument podpisał m.in. premier Węgier Viktor Orban i prezydent Argentyny Javier Milei, a także przedstawiciele Bahrajnu, Maroka, Armenii, Azerbejdżanu, Bułgarii, Indonezji, Jordanii, Kazachstanu, Kosowa, Pakistanu, Paragwaju, Kataru, Arabii Saudyjskiej, Turcji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Uzbekistanu i Mongolii. Łącznie zaproszenie do rady przyjęło około 30 państw. A Trump liczy, że będzie ich więcej.

Źródło: TOK FM/Evan Vucci/Associated Press/East News