,
Obserwuj
Świat

W tym scenariuszu Zełenski kończy jako zdrajca. Co dalej z wojną w Ukrainie?

10 min. czytania
01.07.2024 06:25

To najbardziej krytyczny etap wojny - ocenił jeden z ukraińskich dowódców. Czy Ukraina może jeszcze wygrać? Na to pytanie odpowiada w tokfm.pl Mariusz Cielma, ekspert ds. wojskowości. Kreśli też czarny scenariusz, który kończy się "trzęsieniem ziemi" i uznaniem Wołodymyra Zełenskiego za zdrajcę.

|
|
fot. ROMAN PILIPEY / AFP

- Teraz przegrywamy wojnę, to oczywiste. Tracimy terytoria, tracimy najlepszych ludzi -  mówił Dmytro Kucharczuk, dowódca ukraińskiego II Batalionu 3. Brygady Szturmowej. Jak dodał, armia Ukrainy znajduje się na "najbardziej krytycznym etapie" wojny.

Media jednak ogłaszają sukcesy wojsk Ukrainy. Niedawno informowały, że rosyjska ofensywa w Charkowie utknęła w martwym punkcie, a w  Wołczańsku żołnierze Putina zostali otoczeni przez Ukraińców. Część najeźdźców się poddała. - Chłopaki są tu wyrzynani. Giną ich setki, setki! Każdego dnia! - żalił się w "Nowej Gaziecie" Rosjanin, który walczy w okolicach Wołczańska.

- Rosyjska armia poniosła astronomiczne straty podczas ofensywy w obwodzie charkowskim - komentował w rozmowie z ukraińskim portalem Europejska Prawda anonimowy urzędnik NATO. Według niego siły Putina pod Charkowem traciły w maju nawet tysiąc ludzi dziennie.

Gdzie więc jest prawda o tym etapie wojny? Kto ją przegrywa? Jakie są scenariusze na jej zakończenie? Co oznaczają dla Zachodu, w tym Polski?

Putin odebrał nadzieję wojskom ukraińskim. "Panuje apatia"

- Jeszcze w ubiegłym roku Kijów miał nadzieję, że jego ofensywa dobije rosyjskiego niedźwiedzia. Jednak siłom Putina udało się przetrwać kryzys, zatrzymać atak Ukraińców w obwodzie zaporoskim i odebrać im nadzieję. Teraz po ich euforii nie ma już śladu. Panuje apatia - stwierdza Mariusz Cielma, analityk ds. wojskowości i redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa".

Putin wiedział, że nadzieja Ukraińców na zwycięstwo jest dla niego groźna. Nie tylko mobilizowała ich do walki, ale również udzielała się Zachodowi. - Politycy z USA i Europy popadali wręcz w euforię. Uznawali, że dadzą Kijowowi trochę sprzętu, a on pogoni Ruskich i wojna się skończy. Teraz armia Ukrainy pogrążyła się w kryzysie. Putinowi zależy, by Zachód patrząc na to, stracił nadzieję na wojskowe zakończenie tego konfliktu - mówi ekspert.

Jak dodaje, na razie w ringu jest dwóch bokserów. Jeszcze stoją na nogach i się okładają, ale są już po kilku rundach i widać u nich wyraźne zmęczenie. W każdej chwili może paść decydujący cios, ale większe jest prawdopodobieństwo, że na matę spadnie Ukrainiec niż Rosjanin.

- Owszem, Ukraińcy odnoszą sukcesy. Na przykład przegnali na Morze Azowskie Flotę Czarnomorską Putina, ale nie ma to większego znaczenia dla przebiegu wojny, bo ta jest prowadzona głównie siłami lądowymi. Można też odnotowywać sukcesy Ukraińców, gdy atakują dronami cele w Rosji. Ale to tylko nękanie pojedynczymi ciosami, nie powalanie na kolana - analizuje mój rozmówca.

Wiedzą to również sami Ukraińcy i być może dlatego - jak twierdzi wspomniany wcześniej dowódca II Batalionu 3. Brygady Szturmowej - coraz więcej z nich zaczyna opowiadać się za porozumieniem z Rosją. Nawet za cenę utraty części swoich ziem.

Sukcesy Ukraińców na froncie. "To jedyne miejsce"

Mariusz Cielma robi najpierw serię zbliżeń na front, by później pokazać jego daleki plan. - Jest kilka kluczowych miejsc zapalnych. Najtrudniejsza dla Ukraińców jest sytuacja w obwodzie donieckim. Na północ od Awdijiwki, w rejonie miasta Toreck, Rosjanie podejmują ataki, w których są najlepsi. To mało finezyjne, bo frontalne szturmy na pozycje ukraińskie, a nie żadne próby ich okrążenia i zmuszenia przeciwnika do wycofania się. Takie ataki wojsk Putina widać też na zachód od Awdijiwki, gdzie Rosjanie ponoszą duże straty, ale powoli zajmują kolejne tereny. Właśnie tam widać największy kryzys Ukraińców - opisuje redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa".

Jedynym miejscem, gdzie można odnotować sukcesy Ukraińców, jest obwód charkowski. Zatrzymali tam Rosjan, mimo że eksperci wojskowi spodziewali się w tym rejonie dużej letniej ofensywy armii Putina, a nawet przełamania frontu. Obrona Charkowa miała jednak cenę: zmusiła Ukraińców do przeniesienia niektórych swoich oddziałów z innych odcinków frontu, np. w rejonie donieckim. Czyli w jednym miejscu Ukraińcy się wzmocnili, a w innych odsłonili. To zresztą mogło być celem Rosjan.

Jak dodaje ekspert, to wszystko są lokalne ataki, a nie żadne spektakularne ofensywy wojskowe. Niekiedy dają zwycięzcom zdobycze terytorialne, ale te są niewielkie, liczone w pojedynczych kilometrach. Widać je więc dopiero na zbliżeniach map i bardziej po tygodniach niż dniach walk. Niewiele nam to mówi o przebiegu wojny. - Dopiero gdy spojrzymy na front z oddalenia, rzeczywiście zauważymy krytyczny punkt, o którym wspominał ukraiński dowódca Dmytro Kucharczuk - przyznaje mój rozmówca.

Kryzys ukraińskiej armii. "Rosja czeka, aż jej przeciwnik się przewróci"

W tej wojnie inicjatywa jest nadal po stronie Rosjan. To oni decydują, gdzie i kiedy chcą zaatakować. - To przeciąganie liny, przy czym po jednej z jej stron brakuje ludzi. Rosja czeka, aż jej przeciwnik po prostu się przewróci - opisuje Mariusz Cielma.

Ekspert przypomina, że w kwietniu Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę o mobilizacji wojskowej, która obniżyła wiek poborowy z 27 do 25 lat. Na wszystkich dorosłych mężczyzn do 60. roku życia nałożyła obowiązek uaktualnienia danych (np. miejsca zamieszkania) w specjalnym rejestrze, by wojsko łatwo mogło po nich sięgać. - Po miesiącach debat nad ustawą w parlamencie, po dwóch miesiącach od jej podpisania przez prezydenta i po miesiącu od wejścia jej w życie, ukraińska mobilizacja jest dalej na etapie rejestrowania potencjalnych poborowych. Nawet nie potencjalnych, bo większość z nich pokazuje glejty, które zwalniają z obowiązku służenia w armii. To zaświadczenia, że ci ludzie pracują w obsłudze infrastruktury krytycznej, np. w energetyce i na kolei. Albo są strażakami lub kierowcami miejskich autobusów, więc nie powinno się ich odciągnąć od roboty - wymienia.

Jak dodaje, nawet jeśli cześć poborowych pójdzie w kamasze, to pożytek z nich może być niewielki. Zostali bowiem ci, którzy nie chcą walczyć. Chętni do tego mężczyźni już dawno się zaciągnęli. Teraz są na froncie, w trumnach albo zostali inwalidami.

- Ukraińcy potrzebują dziesiątek, a nawet setek tysięcy żołnierzy w perspektywie dwóch lat. Ale dopływ rekrutów do armii jest konieczny natychmiast. Wymagają długich przygotowań, a z tym też jest problem. Czytałem materiały reklamowe ukraińskich jednostek wojskowych, które wabią poborowych obietnicą "gwarantowanego miesięcznego szkolenia". Więc na froncie wytracani są doświadczeni żołnierze, a zastąpić ich mogą najwyżej ludzie po szybkim przeszkoleniu. Między innymi dlatego armia ukraińska jest w kryzysie - ocenia analityk ds. wojskowości.

Co jest ważniejsze na tej wojnie: mięso armatnie czy technologia?

Putin nie ma problemów z posyłaniem kolejnych tysięcy obywateli na wojenny przemiał. Wykorzystuje do tego słabo wyszkolonych żołnierzy, z życiem których się nie liczy. Buduje w ten sposób przewagę mięsa armatniego, a Ukraińcy nie mogą sobie z nią poradzić. - Dlaczego nie równoważy jej przewaga technologii wojennej? - pytam Mariusza Cielmę.

- Bo ona po ukraińskiej stronie jest niewielka. Obie armie są przestarzałe i nie zmienia tego fakt, że mają kilka nowoczesnych zabawek. Do nowości jednej strony druga bardzo szybko się dostosowuje. Wojskowi z Zachodu mówią, że to jest trochę I wojna światowa, tylko przeniesiona sto lat później - odpowiada.

- Co ze strumieniami pomocy militarnej z Zachodu? Dlaczego ten ostatni z USA, wart ponad 60 mld dolarów, nie zmienił obrazu wojny? - dociekam.

- Ta broń i amunicja są tylko na podtrzymanie wojny, by Ukraina jej nie przegrała. Dostawy ze Stanów uzupełniają straty, ale nie pozwalają uzbrajać kolejnych oddziałów ani budować przewagi. Na froncie sprzęt błyskawicznie się zużywa. Ukraińcy dostają np. 200 dział, ale intensywnie strzelają do Rosjan i szybko się okazuje, że brakuje im zapasowych luf. To ciągły problem. Niby zachodnia artyleria jest bardziej nowoczesna niż rosyjska, ale też już mocno zużyta, więc mniej precyzyjna. Przewaga technologiczna robi się coraz mniejsza. Nie jest dobrze. Tym bardziej, że zapowiedzi kolejnych dostaw sprzętu są bardzo skromne - stwierdza analityk.

Jak dodaje, jeszcze w 2022 roku jednymi z głównych dostarczycieli sprzętu do Ukrainy byli… Rosjanie. Front wtedy szybko się przesuwał, a żołnierze Putina porzucali np. pojazdy opancerzone, bo brakowało w nich paliwa. Porzucali też broń, bo brakowało im motywacji do walki. Odkąd jednak front przemieszcza się o kilka kilometrów w miesiącu, Ukraińcy zdobywają tylko pojedyncze maszyny. - Stracili to rosyjskie źródło uzbrojenia, które wbrew pozorom było dla nich istotne - podkreśla.

Z kolei Rosjanie wyciągają z magazynów coraz starszy sprzęt, który został wyprodukowany w Związku Radzieckim. Zdaniem Cielmy mają go jeszcze na tyle dużo, że starczy im na prowadzenie wojny przez dwa lata. - Z trzech starych czołgów złożą jeden, a i tak na końcu mają większą siłę ognia niż Ukraińcy. Jeśli Putin postanowi przedłużyć wojnę, to będzie kupował stare czołgi w Korei Północnej. Już docierają stamtąd do Rosji tysiące wagonów z amunicją - zwraca uwagę mój rozmówca.

Ukraina w punkcie krytycznym. Co stanie się, gdy go przekroczy?

Ukraina nie będzie tkwiła bez końca w punkcie krytycznym. Zdaniem Mariusza Cielmy Kijów może go przekroczyć, gdy zachwiane zostaną dostawy broni z Zachodu, będą narastać problemy z mobilizacją wojskową w Ukrainie albo dojdzie do zapaści jej systemu energetycznego.

- Ten ostatni już jest na krawędzi załamania, a wyłączenia prądu są normą. Jeśli Ukraińcy nie dostaną kolejnych baterii Patriot, by chronić swój system energetyczny przed rosyjskimi ostrzałami, to może czekać go zapaść. Trudno sobie wyobrazić bez prądu nie tylko życie ludzi, szczególnie zimą, ale też funkcjonowanie państwa i gospodarki. Znacznie zmniejszyłoby to chęć Kijowa do kontynuowania wojny. Niestety, jest do tego bliżej niż dalej - ocenia ekspert.

Jeśli Ukraina przekroczy punkt krytyczny, to - w ocenie mojego rozmówcy - tempo zdobywania kolejnych ziem przez Rosjan może znacząco przyspieszyć. - Nie sądzę, żeby nagle zajęli połowę Ukrainy, dotarli do Kijowa ani tym bardziej do polskiej granicy, bo nie mają takich zdolności militarnych. Natomiast gdy linia frontu zacznie szybciej się przesuwać w głąb Ukrainy, to jej władze mogą w końcu stwierdzić, że już nie da się odwrócić tego trendu. Zaczną szukać porozumienia z Rosją - opisuje.

- Na jakie ustępstwa Kijów musiałby się zgodzić, żeby w takiej sytuacji podpisać zawieszenie broni lub traktat pokojowy? - dopytuję.

- Putin nie stawia warunków, by Wołodymyr Zełenski przyszedł na Kreml w worku pokutnym i ukorzył się przed nim. Chce czterech ukraińskich obwodów, które "przyłączył" do Rosji: chersońskiego, zaporoskiego, donieckiego i ługańskiego. Zależy mu też na zobowiązaniu Ukrainy, że nie wstąpi do NATO i że nie będzie rozwijała swojej armii. Gdyby te warunki zostały przyjęte, w Ukrainie zaczęłoby się polityczne trzęsienie ziemi. Przez część społeczeństwa Zełenski zostałby uznany za zdrajcę - mówi.

- A co z Putinem? Chyba nie uznałby: "Dobrze, mam, co chciałem. Jestem spełnionym staruszkiem. Odpuszczam"?

- Nie, zrobiłby to, w czym jest najlepszy. Czyli podjąłby próbę zakulisowego osadzenia swoich ludzi w Ukrainie, którzy sprzyjaliby jego interesom. To funkcjonowało przecież przez lata. Oczywiście, wojna wiele zmieniła, społeczeństwo jest na to teraz bardziej wyczulone, ale moim zdaniem taki scenariusz nadal jest możliwy. Gdyby został zrealizowany, Rosja dostałaby oddech, którego potrzebuje.

- Oddech przed marszem na Zachód?

- Wiem, że to scenariusz kreślony przez wielu zachodnich polityków i ekspertów, ale uważam go za mało prawdopodobny. Kreml potrzebuje wiele czasu, żeby odbudować swoje siły zbrojne i by znów uwierzyć w ich potencjał. Bo Putin widział, jak jego armia załamała się w 2022 roku i przestał ufać jej możliwościom bojowym. Ma świadomość, że dzisiaj wygrywa tylko dlatego, że nie zważa na to, ilu Rosjan ginie na froncie. Musi pokonać Ukrainę, bo inaczej jego życie, nie tylko polityczne, byłoby zagrożone. Na Kremlu nie wybaczyliby mu przegranej. Ale nawet jeśli uda mu się wygrać, to zdaje sobie sprawę, że jego wojsko nie poradzi sobie z siłami Zachodu.

- Ile czasu Putin potrzebuje, by jego armia się podniosła?

- Moim zdaniem od 10 do 15 lat. Natomiast mówimy o operacji militarnej, a przecież Rosja jest dobra w kreowaniu innych zagrożeń, których bardziej powinniśmy się spodziewać. To na przykład ataki cybernetyczne i dywersyjne na infrastrukturę krytyczną, ale też przeciąganie na swoją stronę zachodnich polityków oraz partii. Putinowi chodzi bardziej o destabilizowanie sytuacji w Europie, a nie o wysyłanie czołgów - stwierdza Mariusz Cielma.

Ukraina może wygrać wojnę? Scenariusz bez spektakularnego końca

A co musiałoby się stać, żeby Kijów wygrał wojnę i jak wtedy wyglądałby jej koniec? Mój rozmówca daje prostą odpowiedź: z Zachodu musiałby popłynąć "potok sprzętu", a na front "potok Ukraińców". Nic jednak nie zapowiada, żeby stało się to w tym roku.

- Zachód nadal ma problem z uznaniem, że jest stroną w tej wojnie. Nie chodzi o to, by zaczął wysyłać na front żołnierzy, ale by w o wiele większym stopniu wsparł Ukrainę. Na razie podtrzymuje wojnę, ale nie tak, żeby Kijów ją wygrał, tylko by jej nie przegrał, a to różnica. USA mają kilka tysięcy czołgów Abrams, a przekazały Ukrainie jedynie trzydzieści. Czy więc dalej uznają, że to ich wojna? Wątpliwe. Podobnie jest z Europą, która wysyła do Ukrainy głównie to, co jest dla niej zbędne. Dania, Holandia, Norwegia oddają jej myśliwce F-16, bo przesiadają się na lepsze F-35. Kijów dostaje pociski do wyrzutni Patriot czy HIMARS, ale ich starsze wersje. To za mało, by zmienić obraz tej wojny - tłumaczy analityk.

- Załóżmy, że Zachód przestawia swój przemysł na wojenną produkcję, wysyła do Ukrainy "potok sprzętu", a tam odradza się nadzieja na zwycięstwo i zaczyna płynąć "potok ludzi" na front. Co dalej? - pytam.

- Kijów jest w stanie przekonać Kreml do negocjacji na swoich warunkach, z których główny mówi o zachowaniu najechanych ziem. Wysyła więc sygnał: "Rozmawiajmy teraz, bo potem będzie tylko gorzej". To ten sam komunikat, który właściwie już teraz może wysłać Moskwa do Kijowa, bo ma nad nią przewagę na froncie. Ukraińscy wojskowi mówią, że znaleźli się w punkcie krytycznym, ale za pół roku mogą marzyć, by do niego wrócić. Bo niewykluczone, że będzie dużo gorzej. W obu scenariuszach nie widzę jednak żadnego spektakularnego końca wojny ani jednoznacznego zwycięstwa którejś ze stron - stwierdza.

- A możliwe jest, że NATO wejdzie do Ukrainy, by pokonać rosyjskiego niedźwiedzia?

- Trudno mi sobie to wyobrazić. Myślę, że to nieprzekraczalna granica. Zwłaszcza teraz, gdy Rosja jest silniejszą stroną w tej wojnie. Oczywiście, mówię o jawnym wejściu na front żołnierzy NATO, bo jego siły specjalne od dawna są zapleczu tej wojny. Nie tyle atakują Rosjan, co zabezpieczają tyły i realizują programy szkoleniowe dla ukraińskiej armii. Otwarte wkroczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego byłoby możliwe, gdyby rosyjskie wojsko popadło w kryzys. Ale wtedy NATO byłoby już niepotrzebne w Ukrainie.

- Czyli teraz wojna toczy się po myśli Putina, a optymistyczny dla Kijowa scenariusz się oddala?

- Z pewnością Putin ma więcej powodów do optymizmu, co pewnie daje mu poczucie ulgi, bo ta wojna to walka o jego przetrwanie. Wie, że jesienią Donald Trump znów może zamieszkać w Białym Domu. A wtedy może zacząć naciskać na Ukrainę, by dogadała się z Rosją i jakoś jej ustąpiła. Więc nie zdziwiłbym się, gdyby Putin mówił teraz do swoich wojskowych: "Róbcie swoje na froncie. Odbierajcie Ukraińcom ziemie kilometr po kilometrze. Dam wam wszystko, co mogę wycisnąć z magazynów i z Korei Północnej. A o reszcie porozmawiamy za kilka miesięcy" - podsumowuje Mariusz Cielma.

Źródło: TOK FM