Trudna sytuacja rolników. Nie dostaną odszkodowań, bo grad przyszedł za wcześnie
W województwie lubelskim trwa aktualnie szacowanie strat. Nie jest to proste, bo intensywne zjawiska pogodowe cały czas wracają. - Są gminy, w których trzeba to robić po raz drugi czy trzeci - mówi w TOK FM szef Lubelskiej Izby Rolniczej, Gustaw Jędrejek. Jak dodaje, chodzi m.in. o uprawy rzepaku czy kukurydzy, ale też owoce jagodowe czy zniszczenia w sadach, gdzie sytuacja pogarsza się stale, już od wiosny.
- Na 213 gmin straty wystąpiły w ponad 170. Bywało, że dane gospodarstwo najpierw zostało dotknięte przez przymrozki, potem grad, a przed żniwami czy w same żniwa - nawałnice i ponownie grad - mówi Jędrejek.
Zmienia się klimat
Wicewojewoda lubelski Andrzej Maj przyznaje, że sytuacja jest trudna. Komisje cały czas pracują i na pewno szybko się to nie skończy. - Praktycznie co tydzień mamy znów jakieś nowe trudne zjawisko pogodowe. Wcześniej w okresie letnim to się nie zdarzało - te burze, grad, deszcze z reguły kończyły się z końcem czerwca czy z początkiem lipca. A teraz pod koniec lipca znów mieliśmy z tym do czynienia. Widać ewidentnie, że zmienia nam się klimat i jest coraz trudniej - mówi wicewojewoda w wywiadzie dla TOK FM.
- Trzydzieści gmin z naszego regionu zgłosiło tzw. "pasy gradowe". Bo grad jest takim zjawiskiem, które niszczy praktycznie całe uprawy. Jestem w kontakcie z ministrem rolnictwa. Wiemy, że zostało złożone w Komisji Europejskiej specjalne wystąpienie, żeby z rezerwy kryzysowej móc partycypować w tych pieniądzach jako Polska. I będziemy później szacować, ile możemy przyznać rekompensat na poszczególne hektary - wyjaśnia Andrzej Maj.
Z kolei Lubelska Izba Rolnicza wystąpiła do ministra rolnictwa o dodatkowe pieniądze na wynagrodzenia dla członków komisji, które jeżdżą po polach i sprawdzają, co, gdzie i w jakim stopniu zostało zniszczone. Na dziś pracują one całkowicie społecznie - w poszczególnych gminach są powoływane na wniosek wojewody. - Gdy były to pojedyncze przypadki i pojedyncze gospodarstwa gdzie szacowano straty, to my to rozumieliśmy. Ale dziś, gdy takich sytuacji jest kilkaset - bo do niektórych gospodarstw wraca się po dwa czy trzy razy - to uważamy, że to zabiera bardzo dużo czasu i ci ludzie powinni dostać za to jakieś wynagrodzenie. Ministerstwo odpisało nam jednak, że nie ma takiej możliwości, bo przepisy tego nie przewidują. My to wiemy. Ale w tej sytuacji może trzeba pomyśleć, by te przepisy zmienić - zastanawia się prezes izby, Gustaw Jędrejek.
Część rolników zostanie bez wsparcia
Jak dodaje, regularnie słyszy głosy przedstawicieli rządu, że nikt z rolników nie zostanie bez pomocy. Ale jak mówi, to nieprawda. Bo zasady są takie, że część właścicieli gospodarstw rolnych z realnego wsparcia wcale nie skorzysta. Chodzi o to, że gdy np. stuprocentowe straty objęły wyłącznie sad i drzewa owocowe, a rolnik ma jeszcze inne plantacje czy hodowle, to może się okazać, że na rekompensaty się nie załapie. - Nie dostanie wsparcia np. dlatego, że nie osiągnął progu - z całego gospodarstwa - 30 procent strat. To jest rozwiązanie złe i niesprawiedliwe. I tutaj cały czas wracamy do ubezpieczeń, które przy tej okazji są problemem - dodaje prezes Lubelskiej Izby Rolniczej.
Część rolników w ogóle się nie ubezpiecza, inni - jak np. sadownicy - chcieliby opłacać składki, ale ubezpieczyciele nie chcą podpisywać z nimi umów. Bo - choćby po zeszłorocznych doświadczeniach - doskonale wiedzą, że straty bywają ogromne i że potem trzeba wypłacać ogromne świadczenia.
Grad przyszedł za wcześnie
Problem z ubezpieczeniami dotyczy też innych sytuacji. W Tarnogrodzie na Lubelszczyźnie część rolników miała ubezpieczone uprawy rzepaku, ale w umowach zapisano, że dotyczą one niekorzystnych zjawisk atmosferycznych, które wystąpią po 1 maja. A do gradobicia doszło 18 kwietnia. - Prawo nie nadąża za zmianami klimatu. Z reguły takie deszcze nawalne czy gradobicia zaczynały się od maja, a tu mamy ogromne problemy już w kwietniu. Zmiany klimatu są oczywiste i dają się rolnikom we znaki. A trzeba podkreślić, że w rolnictwie te dwa tygodnie to jednak sporo, choćby dla wegetacji roślin - mówił w TOK FM burmistrz Tarnogrodu, Paweł Dec.
Wypłaty rekompensat będzie można rozpocząć, gdy komisje do szacowania strat zakończą prace. Na Lubelszczyźnie rok temu wyniosły one w sumie ponad 110 milionów złotych. Tegoroczne będą znane prawdopodobnie dopiero jesienią, gdy do wojewody spłyną protokoły ze wszystkich komisji.