,
Obserwuj
Lubelskie

Zwolniony historyk wygrywa w sądzie pracy. "Postępowanie obnażyło słabość IPN"

5 min. czytania
05.09.2025 18:42

Zwolniony z lubelskiego oddziału IPN dr Mariusz Zajączkowski wygrał proces przed sądem pracy. Historyk stracił pracę w 2022 roku, za czasów prezesury Karola Nawrockiego. Sąd uznał, że było to działanie bezpodstawne. Wyrok nie jest prawomocny.     

Dr Mariusz Zajączkowski
Dr Mariusz Zajączkowski
fot. Anna Gmiterek-Zabłocka

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czym zajmował się Mariusz Zajączkowski?
  • Jakiej wysokości zasądzono odszkodowanie?
  • Ile osób odeszło z centrali IPN za czasów prezesury Karola Nawrockiego?

Dr Mariusz Zajączkowski - ekspert od stosunków polsko-ukraińskich - przepracował w IPN w Lublinie ponad 20 lat. Zajmował się badaniem stosunków polsko-ukraińskich i konfliktu narodowościowego w latach 1939-1947. W orbicie jego zainteresowań naukowych była również działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Armii Powstańczej na byłych i obecnych ziemiach polskich w czasie II wojny światowej i we wczesnych latach powojennych. W swoich publikacjach dotykał m.in. problemu zbrodni popełnionych na ludności cywilnej w czasie konfliktu polsko-ukraińskiego.

Był jednym z tych historyków w lubelskim oddziale IPN, którzy za tzw. "dobrej zmiany" wprost mówili, że nie zamierzają uprawiać propagandy historycznej - czego od nich oczekiwano - ale będą dalej prowadzić rzetelne badania naukowe. W przypadku Zajączkowskiego powodem zwolnienia miał być m.in. zamieszczony rzekomo przez niego komentarz w mediach społecznościowych (dotyczył nowego szefa IPN, Karola Nawrockiego) i "działanie na szkodę" Instytutu, w tym nielojalność i "utrata zaufania". Zdaniem wielu, dla nowego wtedy prezesa IPN Karola Nawrockiego, był to jednak tylko pretekst.  Do dyrekcji IPN ktoś podrzucił wydruk z internetu, sugerujący, że dr Zajączkowski zamieścił wpis wymierzony w Karola Nawrockiego. Poszło m.in. o słowa "upolityczniony karierowicz z silnym parciem na szkło", "ignorant" czy "siermiężny czynownik partyjny". Nikt nie udowodnił, że wpis zamieścił właśnie Zajączkowski.

Historyk nie ma wątpliwości, że uznano, że dalej pracować w IPN nie może, bo był badaczem, "który szedł pod prąd ówczesnej propagandowej narracji historycznej". Jest też przekonany, że władzom instytutu nie podobało się jego podejście do polskiego i ukraińskiego nacjonalizmu. Był przeciwny działaczom skrajnej prawicy zatrudnianym w Instytucie Pamięci Narodowej i jasno o tym mówił - chodzi m.in. o słynną sprawę Tomasza Greniucha we Wrocławiu. 

Mariusz Zajączkowski poszedł do sądu i wygrał

Historyk nie domagał się jednak przywrócenia do pracy. - Wiedziałem, że nawet jak wrócę, nie dadzą mi tam żyć. Że nie dadzą mi normalnie pracować, będę funkcjonował w toksycznej atmosferze donosicielstwa, bo ściany tam mają uszy. Wiedziałem, że będą mnie zarzucać nadmiarem zadań, nie chciałem im dać tej satysfakcji - mówi w TOK FM. Podkreśla, że wytoczył proces przed sądem pracy, bo zależało mu, by sąd potwierdził, że zwolniono go bezprawnie. - Nie chodziło o pieniądze - dodaje gość TOK FM. 

Sąd Rejonowy Lublin Zachód - Wydział Pracy przyznał historykowi rację. Zasądził odszkodowanie od IPN w związku z wypowiedzeniem mu umowy o pracę. Chodzi o 8500 złotych plus odsetki oraz zwrot kosztów procesu.

- Z jednej strony cieszę się z tego wyroku, ale jest to poczucie radości przełamane goryczą. Bo sprawcy niegodziwości, których doznałem, sprawcy donosicielstwa, insynuacji, ordynarnych kłamstw, pozostają bezkarni. Żadną pociechą nie jest wypłata takiej czy innej kwoty odszkodowania. I to nie dotyczy tylko mnie, ale też moich kolegów. Bo przecież to są pieniądze podatnika, a to ci, którzy dopuszczali się niegodziwości, powinni płacić z własnej kieszeni - dodaje nasz rozmówca. 

Jak wskazuje, w trakcie procesu wyszło, że donos w jego sprawie - z wydrukiem treści wpisu z jakiejś grupy - wpłynął do dyrektora IPN, ale nie wiadomo od kogo. Nie ustalono też, kto tak naprawdę był autorem tego wpisu, a przede wszystkim - z jakiej grupy czy z jakiej strony internetowej pochodził. Co więcej, treść wpisu z internetowego wydruku była inna  od treści uzasadnienia zwolnienia go z pracy. 

- Postępowanie sądowe w tej sprawie obnażyło słabość IPN, pokazało wręcz "wodzowski" system zarządzania, czyli przekazywanie poleceń od góry (z Warszawy) i niebranie odpowiedzialności za tego rodzaju rozstrzygnięcia. Bo żaden z przełożonych pana doktora Zajączkowskiego - bezpośrednich i pośrednich - nie chciał wziąć odpowiedzialności za tę decyzję i właściwie nie wiadomo było, dlaczego mu to wypowiedzenie wręczono. Z całą pewnością mamy już satysfakcję moralną, a teraz jest satysfakcja finansowa - mówi mecenas Rafał Choroszyński, który reprezentował doktora Zajączkowskiego przed sądem.

- Sprawa była z gatunku dość kuriozalnych, ale wpisywała się w pewien rytm działań IPN za czasów poprzednich władz, w tym za Karola Nawrockiego jako prezesa. IPN w tym czasie pozbywał się historyków dążących do prawdy, a nie realizujących zadań polityki historycznej, na którą wówczas IPN stawiał - dodaje adwokat. 

- Ci, którzy zarządzali IPN-em, właściwie go zniszczyli. On jest w ruinie, nie ma szans na odbudowę i przywrócenie do stanu świetności sprzed wielu lat. Nawet, gdybym mógł, nie wróciłbym do instytucji, w której - jak wiem również z tego procesu - pracowały osoby, które pisały donosy na innych, w tym na mnie, na zasadzie "Uprzejmie informuję pana dyrektora, że..." . To pokazuje, jak ta instytucja zeszła na psy - dodaje Marusz Zajączkowski, dziś pracownik Instytutu Nauk Politycznych PAN i Wojskowego Biura Historycznego. Wyrok w sprawie Zajączkowskiego na razie jest nieprawomocny - strony czekają na uzasadnienie. IPN - co nie jest wykluczone - może się od tego rozstrzygnięcia odwołać. 

To już kolejny wygrany proces

Wcześniej proces wygrał inny historyk z lubelskiego IPN, dr Sławomir Poleszak. - To dla mnie wyrok symboliczny. Jest symbolem tego, że warto być historykiem, który stara się przedstawiać zobiektywizowaną prawdę, wbrew temu, że niektórzy myślą inaczej i próbują narzucać swoje zdanie. A sam wyrok pokazuje, że gdy się człowieka zwolni z pracy, to trzeba się liczyć z przegraną w sądzie - mówił dr Sławomir Poleszak w rozmowie z TOK FM.

Jak pisaliśmy na naszym portalu,  z pracy w samej tylko centrali Instytutu Pamięci Narodowej - nie licząc oddziałów - w czasie prezesury Karola Nawrockiego odeszło ponad 300 osób. - Odeszłam, bo nie dało się wytrzymać. Czułam, że w IPN panowała atmosfera zastraszania, podejrzliwości, niewychylania się - opowiadała anonimowo jedna z byłych pracownic IPN. Najczęściej to były odejścia na własną prośbę, zwolnienia "w białych rękawiczkach", czyli namówienie kogoś do rezygnacji. "Wśród osób, które odeszły z pracy w latach 2021-2024 nie było zwolnionych dyscyplinarnie. W 8 przypadkach zakończono współpracę przez oświadczenie jednej ze stron z zachowaniem okresu wypowiedzenia (wypowiedzenie pracodawcy). Liczba osób, które odeszły na mocy porozumienia stron wynosi 294, w tym: w związku z przejściem na emeryturę - 32 osoby" - przekazało nam Biuro Prawne IPN. 

Źródło: TOK FM