Tomasz Stawiszyński: Twój ślub jest lepszy

Katolicyzm z pozoru stawia swoim wyznawcom niebywale wysokie wymagania moralne.
Zobacz wideo

Ściśle zdefiniowane reguły prawidłowego postępowania, jasno określone zachowania dopuszczalne i niedopuszczalne, grzeszne i takie, które się podobają bóstwu – to wszak, obiegowo, krajobraz moralnej nauki Kościoła katolickiego. A przynajmniej tak się dość powszechnie uważa.

Te wymagania i nakazy, najogólniej rzecz ujmując, są jednak niemożliwe do spełnienia. W sensie zupełnie bezpośrednim – bo nie sposób naprawdę żyć tak, jak tego Kościół wymaga. A także w sensie nieco bardziej skomplikowanym. Takim mianowicie, że – z perspektywy wszystkiego, co wiemy o ludzkiej psychologii – katolickie rekomendacje sformułowane są w sposób, delikatnie mówiąc, problematyczny. Przykład? Choćby nakaz powstrzymywania się nie tylko od określonych działań, ale także od myśli czy emocji – dajmy na to, pożądań. Nie jest dzisiaj żadną tajemnicą, że najlepszym sposobem, żeby w kimś jakieś myśli intensywnie wzbudzić jest… zakazać mu ich posiadania. Jeśli chcecie się o tym przekonać – poddajcie się znanemu i opisywanemu już tysiące razy eksperymentowi. Spróbujcie mianowicie przez najbliższą godzinę nie myśleć o różowym słoniu. Albo nawet nie przez godzinę, nie myślcie o nim przez najbliższe dziesięć sekund, dobrze?

I jak, udało się?

No więc właśnie dokładnie w ten sposób podane są niektóre katolickie dyspozycje. Nie wolno o pewnych sprawach dywagować nawet w sferze czysto mentalnej.

To znaczy, nie wolno, ale oczywiście jeśli się jednak podywaguje – a że się podywaguje to wiadomo z powyżej wskazanego powodu – instytucja skwapliwie podsunie rozmaite środki mające na celu złagodzenie drastycznych konsekwencji tego naruszenia. Słowem, grzechów popełniać nie należy, zachowania i myśli prowadzące do grzechów podlegają zakazom i karom, ale zarazem w asortymencie tej samej instytucji, która owe zakazy formułuje, istnieje bogaty wachlarz takich technik i procedur, które zdezaktywują skutki niemal każdej transgresji. Pod warunkiem, oczywiście, że delikwent dopuszczający się niemile widzianych czynów deklaruje wobec pełną lojalność i podległość wobec instytucji.

Działa tu przemyślny mechanizm: wytwarzanie szeregu niemożliwych do spełnienia dyrektyw przy jednoczesnym tworzeniu skomplikowanego systemu furtek i uników. Trzeba przyznać, jest to konstrukcja perfekcyjna – z jednej strony daje poczucie, że się wypełnia najwyższe moralne standardy, z drugiej pozwala na formułowanie bardzo radykalnych ocen wobec wszystkich tych, którzy funkcjonują poza zasięgiem jej oddziaływania, z trzeciej uwalnia od nieznośnego ciężaru dążenia do i tak nieosiągalnej przecież doskonałości. 

***

Ale ta konstrukcja spełnia jeszcze jedną niebagatelną rolę. Mianowicie – zapewnia instytucji, która ją stosuje, niemal nieskończoną żywotność. Umożliwia jej bowiem permanentne pozostawanie w wygodnej pozycji kaznodziejskiej: do spełniania zasadniczo niespełnialnych standardów można wszak wzywać w nieskończoność. Tym sposobem zyskuje się niewyczerpalne paliwo – wciąż i wciąż nawołuje się do nawrócenia i moralnej odnowy, bo ich konieczność jest wiecznotrwała. Po prostu – nigdy nie ma i nie będzie sytuacji, w której można by ogłosić, że nawrócenie i moralna odnowa faktycznie zaistniały. Są one zawsze i tylko gdzieś na horyzoncie, więc trzeba do nich nieustannie dążyć. A ponieważ Kościół jednocześnie przekonuje, że posiada wyłączność na techniki pozwalające taką odnowę uzyskać oraz oferuje środki uśmierzające poczucie winy, że ktoś pomimo usilnych prób jednak jej nie osiągnął – osiąga tym samym pozycję idealną. W jednym genialnym posunięciu zarazem wytwarza chorobę – a w każdym razie diagnozuje patologiczny stan (grzeszność) wymagający korekcji (odnowy) – obiecuje środki leczenia (wierność Kościołowi), a jednocześnie generuje stan ciągłej, nigdy niemożliwej do opanowania epidemii (jesteście grzeszni, nawróćcie się, odnówcie moralnie!).

***

Więcej – dzięki dokładnie temu samemu mechanizmowi, odrobinę tylko urozmaiconemu, osiąga katolicyzm jeszcze jedną korzyść. A mianowicie całkowitą immunizację na jakiekolwiek zarzuty pod własnym adresem. Urozmaicenie polega tu na tym, że Kościół samego siebie definiuje zarazem jako byt doskonały oraz nieodporny, podobnie jak wszyscy inni, na rozmaite usterki i niedoskonałości. Jest więc święty i – jako instytucja – wyniesiony ponad wszelkie inne instytucje, ale równolegle – jako ogół działających w instytucji śmiertelników – z natury podatny na rozliczne pokusy i porażki. Dlatego właśnie samemu korzysta ochoczo z tych samych środków uśmierzających, które oferuje swoim podopiecznym. Ale jednocześnie jednak twierdzi, że tak do końca wszelkim ziemskim prawom nie podlega.

To wszystko umożliwia Kościołowi występowanie w roli apodyktycznego sędziego, roszczenie do orzekania co jest słuszne, a co niesłuszne, co dozwolone, a co niedozwolone. I to nie tylko w odniesieniu do własnych wyznawców i wyznawczyń, ale także do całego świeckiego społeczeństwa. Zarazem umożliwia też neutralizację każdego zarzutu hipokryzji czy próby odebrania mandatu nauczyciela moralności – na przykład przez wskazanie, że wewnątrz nawołującej do czystości instytucji mnóstwo jest, jak się okazuje, zachowań gruntownie sprzecznych z tym, do czego ona nawołuje. Umożliwia neutralizację, bo podsuwa oczywistą strategię obrony: instytucja jest doskonała, ale ludzie ułomni, instytucja nieskalana, ale jej członkowie skalani. A zatem wszelkie pretensje do instytucji oraz postulaty, żeby ograniczyła swoje totalistyczne zapędy, należy uchylić. Poszczególne jednostki natomiast można oczywiście karać i dyscyplinować – i Kościół przecież to robi. Tyle że członków tej instytucji powinna, w zasadzie, oceniać wyłącznie sama ta instytucja oraz jej główny przełożony: stwórca i władca Wszechświata.

Przyznajmy, że ta logika – o ile pozostaje się w jej wnętrzu – jest naprawdę przemożna. Oto pracowników firmy będącej jedynym autoryzowanym przedstawicielstwem stwórcy Wszechświata na kuli ziemskiej miałyby oceniać jakieś świeckie sądy, nieledwie odbicia najwyższej, absolutnej instancji sędziowskiej, jaką jest On sam?

Stąd właśnie aroganckie uwagi czynione wobec ofiar w filmach braci Sekielskich – „mnie osądzi Bóg”, „to Bóg nas będzie osądzał”.

***

Ale rzecz nie dotyczy oczywiście wyłącznie pracowników Kościoła, dotyczy także prominentnych przedstawicieli życia społecznego i politycznego, którzy zapewniają Kościołowi dostęp do określonych apanaży. Przede wszystkim do władzy, czyli dobra nadrzędnego, stanowiącego, jak twierdzą niektórzy, zasadniczy obiekt zainteresowania tej instytucji.

Niebywała plastyczność doktrynalna – wszystkie te wyżej wspomniane mechanizmy oraz wiele innych – pozwala tu na nieskrępowaną wymianę dóbr i świadczeń. Przy jednoczesnym zachowaniu – ma się rozumieć – pozorów moralnej czystości, przestrzegania najwyższych standardów oraz pozycji bezwzględnych sędziów, którzy nie tylko nauczają wszystkich dookoła jak powinni żyć, ale jeszcze formułują bardzo niekiedy drastyczne oceny pod adresem osób, których nie obejmuje ich kaznodziejstwo.

W ten właśnie sposób w sferze publicznej, na styku polityki i wiary, Kościoła i instytucji państwowych, wytwarza się szczególne teatrum. Osobliwe przedstawienie, w którym – niczym w jakiejś psychodramie – aktorzy zarazem utożsamiają i nie utożsamiają się z odgrywanymi przez siebie rolami. Wypowiadają swoje kwestie serio, jakby udając przed sobą nawzajem, że wszystko dzieje się naprawdę, a przy tym – z uwagi na widoczną gołym okiem koturnowość i sztuczność – prawdopodobnie zdają sobie sprawę, że przecież to wszystko jest totalną maskaradą. Wykonują ogromny wysiłek, żeby zachować pozory, żeby fasadzie nie dało się nic zarzucić, ale zarazem pozorność i fasadowość ich zachowań widoczna jest gołym okiem dla każdego zewnętrznego obserwatora.

Można zapytać – czego to w pierwszej kolejności dowodzi? Że głosiciele tego światopoglądu sami nie biorą go do końca na poważnie? Że sami mają go za rodzaj specyficznej gry prowadzonej ze społeczeństwem i aparatem władzy? Gry mającej zapewnić instytucji pole ekspansji, zalegitymizować jej władzę w sferze symbolicznej i realnej, a zarazem wprząc jej wyznawców w specyficzną sieć moralnych kar i ekspiacji?

Wydaje się – tak przynajmniej wskazują niektóre ostatnie wydarzenia, które w polskiej sferze publicznej odbiły się szerokim echem – że hierarchowie, osoby zawiadujące tą instytucją, a także najbardziej gorliwi jej obrońcy i orędownicy z kręgów władzy, traktują to właśnie w ten sposób.

***

Warto sobie uświadomić, że te wszystkie strategie są immanentnie obecne w głębokiej teoretycznej strukturze Kościoła katolickiego. Są wmontowane w same jego doktrynalne fundamenty. Być może właśnie dlatego – choć to rzecz jasna nie jest jedyny powód – ta instytucja działa od dwóch tysięcy lat, cechując się niebywałą wprost skutecznością.

Mechanizm pozwalający neutralizować każdy zarzut, dający na końcu każdego rozumowania wynik potwierdzający wyjściowe założenie, zapewniający jednocześnie poczucie moralnej doskonałości, wyższości wobec innych oraz możliwość postępowania dokładnie tak samo jak ci, których się z owych wyżyn potępia – otóż ten mechanizm jest naprawdę doskonałym teoretycznym i społecznym urządzeniem, którego skuteczność nieodmiennie zadziwia, choć przecież jest już, wydawałoby się, od dawna rozpoznana i oswojona.

DOSTĘP PREMIUM