Połowa boksów "odfrunęła wraz z trąbą". Dziś schronisko powoli staje na nogi. Cytryna też bezpieczna

Karolina Wiśniewska
- Nie chciałbym przeżywać tego drugi raz. To wyglądało tak, jakby przejechał wielki pociąg i wszystko zrównał z ziemią - opowiada Paweł Nieciecki, współwłaściciel schroniska w Goździe na Lubelszczyźnie, zniszczonego w czasie ostatniej nawałnicy. Na szczęście ludzie nie zawiedli. "Facebook oszalał, telefony dzwoniły ciągle" - słyszymy. Dziś odbudowa trwa, a zaginione psy wróciły na miejsce, łącznie z najdłużej poszukiwaną Cytryną.
Zobacz wideo

Schronisko dla zwierząt w Goździe powoli wraca do normalnego funkcjonowania. Blisko tydzień po niszczycielskiej nawałnicy udało się odbudować jeden z kluczowych jego elementów - solidne ogrodzenie. - To była dla nas bardzo ważna sprawa - mówi pan Paweł, współwłaściciel. Tutejsze psiaki przyzwyczajone są do tego, że na terenie schroniska mogą pobiegać luzem. Bez porządnego płotu nie było to możliwe. - Teraz przed nami odbudowa kojców, które dosłownie "odleciały" wraz z trąbą powietrzną. A potem szereg innych spraw: oświetlenie, monitoring - wylicza Nieciecki.

Podczas ubiegłotygodniowej burzy część schroniska została zmieciona z powierzchni ziemi. Dosłownie. Wichura zabrała 12 (czyli blisko połowę) kojców i bud, których części znajdowane były potem kilkadziesiąt czy kilkaset metrów dalej. - Tu deska, tam buda albo kawałek blachy. Wszystko trzeba było wyciągać gdzieś z pól albo z bagna, potem zwozić koparką - opisuje nasz rozmówca.

Gdzie jest Cytrynka?

W czasie nawałnicy ze schroniska uciekło też kilkanaście psów. Na szczęście większość jeszcze tego samego dnia wróciła na miejsce. - Te psiaki się dobrze znają, bo mamy taki system, że wypuszczamy je z kojców, więc one biegają i bawią się. Nie ma między nimi agresji. Większość zwierząt, które uciekły, była z nami już dość długo, więc dobrze znały też nas i to miejsce - opowiada współwłaściciel schroniska.

Tylko niektóre psy, jak dodaje, leżały gdzieś w polu wystraszone i trzeba było po nie pójść. - Najgorzej było z naszą Cytrynką - zagaja. Zdjęcia drobnej biszkoptowej suni szybko obiegły media społecznościowe, a jej losem przejmowało się wielu internautów. Jej zaginięcie, jak mówi pan Paweł, było dla pracowników schroniska "jak nóż w plecy". Cytrynka trafiła bowiem do nich w strasznym stanie, z babeszjozą. - Zrobiliśmy jej transfuzję krwi. Włożyliśmy mnóstwo pracy, by przywrócić ją do życia. Na szczęście super na to leczenie zareagowała i stanęła na nogi - wspomina.

Dzień po nawałnicy została znaleziona przez ojca jednej z pracowniczek. Leżała przestraszona, "w jakimś bagnie", mniej więcej kilometr od schroniska. - Teraz akurat obserwuję, jak już biega i bawi się z innym psem - mówi Nieciecki, nie kryjąc ulgi.

Schronisko w Goździe nie jest duże. Pan Paweł prowadzi je wraz z żoną. Obecnie przebywa w nim 30 psów. Są też koty, które podczas nawałnicy miały trochę więcej szczęścia. Ich "kociarnina" w zasadzie w ogóle nie ucierpiała. To aż niesamowite, kiedy patrzy się na zdjęcia zdziesiątkowanego schroniska i filmy z monitoringu przedstawiające przejście kataklizmu. Mimo tego, że był to środek dnia - zrobiło się niemal zupełnie ciemno. Drzewa kładły się na ziemi, ulewny deszcz zacinał niemiłosiernie.

- To wyglądało tak, jakby przejechał wielki pociąg i wszystko zrównał z ziemią - mówi Nieciecki. - Nie chciałbym przeżywać tego drugi raz - dodaje. "Cudem" pracownicy schroniska określają też fakt, że żaden pies fizycznie nie ucierpiał. Jeśli chodzi o ludzi - podczas nawałnicy nikogo w schronisku nie było. - To była niedziela, a więc pracownik był na miejscu rano. Psy dostały jeść, zostały wypuszczone i wyprowadzone. Kojce posprzątano i po wszystkim nasz pracownik pojechał do domu. Tak w niedzielę zawsze działamy. Jeśli ktoś chce przyjechać tego dnia, to wystarczy, że zadzwoni i wtedy ktoś z nas przyjeżdża, bo mieszkamy rzut beretem stąd - wyjaśnia współwłaściciel.

Nieciecki na każdym kroku podkreśla "niewyobrażalną wręcz pomoc", jaką schronisko otrzymało od wielu osób - zarówno znajomych, jak i nieznajomych. - Nasi przyjaciele pojawili się na miejscu od razu, choć tu w ogóle nie można było dojechać, bo wszędzie znajdowały się powalone drzewa. Przyjechała też pani Kinga, która u nas pracuje, mimo że tego dnia miała wolne. Przyjechały panie ze stowarzyszenia w Łukowie, które są z nami zaprzyjaźnione i też zrobiły naprawdę kawał dobrej roboty. A zbiórka? To jest dopiero rzecz niesamowita - opowiada Nieciecki, nie kryjąc emocji.

Chodzi o internetową zrzutkę uruchomioną na jednym z portali. Wyznaczony cel - 80 tysięcy złotych - udało się osiągnąć w ciągu doby. Zdjęcia zniszczonego schroniska i zaginionych psów rozchodziły się po mediach społecznościowych błyskawicznie. Mobilizacja ludzi była ogromna. - Facebook oszalał. Telefony dzwoniły ciągle, a my w ogóle nie mieliśmy czasu na ich odbieranie i odpisywanie, bo musieliśmy działać. Martwiliśmy się o psy - o to, jak je wyłapać, czy są całe, czy nie mają pourywanych łap - wspomina nasz rozmówca.

Do tego dochodziło szereg wątpliwości formalnych. - Nie jesteśmy żadnym stowarzyszeniem ani fundacją, tylko po prostu prywatną firmą. Nie wiedzieliśmy zupełnie, jak do tego podejść. Po rozmowach z księgową upewniliśmy się, że nie możemy przyjmować pieniędzy "tak o, po prostu", więc znajomi nam powiedzieli o tej zbiórce [przez internet] - opowiada dalej współwłaściciel. - Wyszło więc to wszystko trochę spontanicznie i w życiu byśmy nie pomyśleli, że w ciągu 24 godzin uzbieramy takie pieniądze, to jest jakiś cud - dodaje. W sumie udało się zebrać nieco ponad 100 tysięcy złotych. Środki mają być przeznaczone na odbudowę schroniska i opiekę nad zwierzętami.

Apel o wsparcie adopcji

W niedzielnej nawałnicy ucierpiało nie tylko schronisko. Cała wieś Gózd w gminie Kłoczew na Lubelszczyźnie wygląda do dziś jak jedno wielkie pobojowisko. Wiatr wyrywał drzewa z korzeniami i zabierał dachy z budynków gospodarskich. Pola uprawne zamieniły się w łyse płaty. Zniszczona została także tutejsza szkoła podstawowa, w której kilka dni temu pojawił się minister Przemysław Czarnek. Wciąż na miejscu pracują strażacy i rzeczoznawcy. Sprzątanie i liczenie strat potrwa jeszcze wiele tygodni.

Czy "Zwierzakom do wzięcia" - bo taką nazwę nosi tutejsze schronisko - można jeszcze jakoś pomóc? Nieciecki podkreśla, że teraz najlepszą formą pomocy będzie po prostu udostępnianie ich zwierząt do adopcji w mediach społecznościowych. - Bo dla nas, jako schroniska, najważniejszym celem jest właśnie dobra adopcja. Żeby ktoś z dobrym podejściem przyjechał do nas, obejrzał zwierzęta, porozmawiał z nami i adoptował od nas psa lub kota. Dlatego prosimy o te udostępnienia, bo dzięki temu docieramy do większej liczby ludzi - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM