"Ci ludzie znaleźli się w pułapce". Aktywistka o sytuacji przy polsko-białoruskiej granicy

Od prawie miesiąca spotykamy się z ludźmi, którzy przeszli przez polsko-białoruską granicę, po czym wielokrotnie byli wyłapywani przez Straż Graniczną, przepychani do Białorusi. Niestety słyszymy też o przemocy: biciu, grożeniu bronią, szczuciu psami, niszczeniu telefonów komórkowych - mówi w rozmowie z TOK FM Maria Złonkiewicz z grupy "Chlebem i Solą". Aktywistka przyznaje, że do śmierci ludzi przy granicy musiało dojść.
Zobacz wideo

Śmierć na granicy. ''To musiało się zdarzyć'' - mówią nam przedstawiciele organizacji pozarządowych, które pomagają migrantom

Aktywiści, którzy od lat niosą pomoc uchodźcom, są zdruzgotani, że musiało dojść do tragedii. Maria Złonkiewicz z grupy "Chlebem i Solą" mówi nam, że migranci są w przygranicznych lasach i niejednokrotnie są wypychani przez Straż Graniczną na stronę białoruską. Nie mają co jeść, a do tego jest coraz zimniej i leje deszcz.

Anna Gmiterek-Zabłocka TOK FM: Straż Graniczna poinformowała w niedzielę, że w rejonie przygranicznym znaleziono zwłoki trzech osób. Ja od aktywistów, m.in. tych, którzy byli na granicy w Usnarzu przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, już dawno słyszałam, że to się musi tak skończyć.

Maria Złonkiewicz Grupa "Chlebem i Solą", Grupa "Granica": Tak, to prawda, Jesteśmy zdruzgotani wiadomością o uchodźcach, którzy uciekając przed śmiercią i krzywdą, przyjechali do Polski, i którzy zmarli u nas, zginęli z zimna i braku opieki nad nimi.

Jako aktywiści stworzyliście Grupę "Granica", która skupia przedstawicieli organizacji działających od lat na rzecz uchodźców. I cały czas jesteście w pobliżu granicy, tuż poza strefą stanu wyjątkowego. Spotykacie uchodźców w lasach, rozmawiacie z nimi, dostajecie od nich wiadomości SMS-owe.

Od prawie miesiąca spotykamy się z ludźmi, którzy przyjechali tutaj przez Białoruś, przeszli przez polsko-białoruską granicę, po czym wielokrotnie byli wyłapywani w lasach przez Straż Graniczną, wywożeni na granicę i przepychani z powrotem do Białorusi. Niestety słyszymy też o przemocy: biciu, grożeniu bronią, szczuciu psami, niszczeniu telefonów komórkowych.

Ale część z nich wciąż ma telefony i są z wami w kontakcie.

Ci ludzie, jeżeli uda im się schować telefon komórkowy, kontaktują się z nami po to, by poprosić o pomoc: o jedzenie, wodę, ciepłe ubranie. I często są to osoby w tak tragicznym stanie... Spodziewaliśmy się, że niestety do takiej tragedii, do jakiej doszło, niebawem dojdzie. To jest przerażające, jak my tych ludzi tutaj traktujemy. I to, że nasz rząd nie pozwala udzielać tym ludziom pomocy humanitarnej.

Rząd twierdzi, że stan wyjątkowy był niezbędny. A mieszkańcy obawiają się, że dojdzie do jego przedłużenia.

Stworzono strefy, do których nie mamy wstępu - strefy hańby - po to, by nie było świadków tego, co dzieje się na tym terenie, jak łamie się tam prawo. Ale też po to, abyśmy my - zwykli ludzie - nie mogli pomóc po ludzku osobom, które chowają się w lasach i przymierają głodem.

Straż Graniczna codziennie informuje, ile - zacytujmy: nielegalnych prób przekroczenia granicy udało się udaremnić.

To są suche komunikaty. A my wiemy, że osoby, które te próby podejmują, są postawione w sytuacji bez wyjścia. Według relacji, które dostajemy, białoruscy pogranicznicy nie pozwalają im zbliżyć się do przejścia granicznego, żeby mogli tam przekroczyć granicę i poprosić o ochronę. Zresztą, już wcześniej w ostatnich latach było przecież wiele raportów o tym, że polska Straż Graniczna np. w Terespolu nie pozwalała uchodźcom, mimo ich błagań, wjeżdżać do Polski, by mogli się tutaj starać o ochronę. A dziś jest jeszcze gorzej

Nie jest tajemnicą, że w tle jest polityczna gra Białorusi i Aleksandra Łukaszenki.

Tak, Łukaszence nie zależy, by uchodźcy podchodzili do przejść granicznych. Oni są specjalnie wywożeni do lasu, po czym mówi się im że jak podejdą do granicy, przejdą do Polski, będą już w Unii Europejskiej i będą mogli się starać o ochronę. Natomiast, kiedy ci ludzie przechodzą na polską stronę, to są wyrzucani z powrotem na Białoruś, za pas muru żyletkowego. Ci ludzie znaleźli się w pułapce.

Kogo spotkaliście w okolicach granicy?

Między innymi grupę ośmiu młodych chłopaków, którzy od 12 dni błąkali się po lesie, bez jedzenia: jedli tylko jabłka i kukurydzę, którą znaleźli na polach, pili wodę z kałuży. Byli w bardzo ciężkim stanie psychicznym. Oczywiście, daliśmy im jedzenie i zadzwoniliśmy na Straż Graniczną, licząc, że ta pozwoli im wejść w procedurę uchodźczą, przy wsparciu prawników. Natomiast niestety w nocy strażnicy wywieźli tych mężczyzn i przerzucili ich z powrotem na Białoruś. Po długich perypetiach, pięciu z nich ostatecznie udało się dostać do Polski - są teraz w ośrodkach strzeżonych. Jeden z nich trafił do szpitala w złym stanie. Natomiast trzech zgubiło się po stronie białoruskiej i do dziś nie mamy z nimi kontaktu.

Przez stan wyjątkowy dostępu do granicy nie mają dziennikarze i aktywiści. Nie możemy patrzeć władzy na ręce.

Moim zdaniem, właśnie o to chodziło, by ukryć to, co się tam dzieje. Stawianie płotu żyletkowego nie powstrzyma ludzi, którzy są zdesperowani, których życie jest zagrożone, którzy nie mają żadnego wyboru.

DOSTĘP PREMIUM