Maksym odebrał telefon, po którym nigdy nie wrócił na Białoruś. "Nie rozumiem, jak ludzie mogą tam żyć"

Maksym jeszcze w szkole podstawowej wierzył, że Aleksandr Łukaszenka wcale nie jest zły. Dzisiaj jest uchodźcą politycznym, mieszka w Polsce, o jego proteście głodowym usłyszała nawet Ursula Von der Leyen. I wierzy, że wkrótce też będą świętować wolność, a wtedy na Białorusi skończy się szampan.

Nazywam się Maksym. Rocznik 1993. Wyjechałem w 2011 roku. Miałem osiemnaście lat.

Jeszcze w podstawówce myślałem, że Łukaszenka tak naprawdę jest w porządku. Mówiłem po rosyjsku, mieliśmy zajęcia z białoruskiego, ale nikt się tego języka nie uczył. Po co? Nie był istotny. Wierzyłem w propagandę, bo co innego nie było. Nie miałem świadomości, że można być wolnym. Białoruskiego nauczyłem się dopiero, gdy poznałem dziewczynę, która mówiła po białorusku. Później na studiach usłyszałem, co naprawdę się dzieje.

Pamiętam swój pierwszy protest dokładnie. Studiowałem już dziennikarstwo, panowała tam luźna atmosfera, wszyscy byli otwarci, jak to dziennikarze. Zakaziłem się tym wirusem wolności. Akurat były wybory prezydenckie, te dziesięć lat temu. Wtedy też zostały sfałszowane, zaczęły się protesty. Pojechałem tam z innymi studentami, znaleźliśmy ostatnie miejsce, którym dało się przejść, bo miasto było zablokowane. Protestowało kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Stanąłem na czele, tam, gdzie liderzy opozycji. Nagle starszy kolega krzyknął, że musimy uciekać, bo będą bić.

Poczułem wtedy, że to jest to, co ludzie powinni robić. Chciałem się bardziej włączyć.

Rok później zaczął się kryzys gospodarczy, była denominacja. Ludzie nie mieli za co żyć, po prostu brakowało pieniędzy. Zaczęliśmy wychodzić na ulice, główne place miast i klaskać w dłonie. Wszyscy wiedzieli, że nie wolno wychodzić z biało-czerwono-białą flagą, nie wolno mieć żadnych transparentów, dlatego po prostu klaskaliśmy w dłonie. To był taki symbol. Brawo Łukaszenka, jaka mądra polityka gospodarcza! Wychodziliśmy co tydzień, najpierw dziesiątkami, potem setkami, później tysiącami. I wtedy wszystko stłumili.

Strajk głodowy Maksyma Czerniawskiego pod siedziba Komisji Europejskiej w WarszawieStrajk głodowy Maksyma Czerniawskiego pod siedziba Komisji Europejskiej w Warszawie Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Zaczynałem czuć, że tamten system mnie zniszczy. Nie można swobodnie mówić o tym, co się myśli. Może w kuchni, we własnym domu, komuś powiesz, ale na ulicy, w pracy i w szkole nie. Mamy takie powiedzenie, że "przecież rozumiecie". Pamiętam, jak odebrali koncesję jednej z niezależnych gazet. Uczelnia zaprosiła nas wtedy na jakąś wystawę. Kiedy tam byłem, miałem ze sobą numer tej gazety. Pokazałem ją na wspólnym zdjęciu. Gdy wróciliśmy, dziekan zaprosił mnie do gabinetu. 

- Po co to robisz? - denerwował się. - Nie warto, nie warto...

- Dlaczego? - zapytałem.

- Przecież rozumiecie – odpowiedział.

Tak się mówi i dalej nic nie robi. Gdy ktoś ci mówi, że przecież rozumiesz, to mówi, że przecież wszyscy mieszkamy w dyktaturze, nie możemy robić rzeczy, które są przeciwko niej. Ale później były kolejne protesty, na które chodziłem. Gdy pierwszy raz mnie zatrzymali, zrobili naprawdę świetne zdjęcia. Do dzisiaj trzymam je na pamiątkę, spójrz. To ja, ręce do góry, głowa w podłogę i wlekli mnie jak kryminalistę. A ja byłem tylko studentem pierwszego roku, który klaskał.

W końcu zadzwonił do mnie telefon z nieznanego numeru. Miałem wtedy osiemnaście lat.

Byłem już administratorem jednej z grup na vKontakte, to taki rosyjski Facebook. Mieliśmy tam sporo osób, może trzydzieści tysięcy. Pisaliśmy, gdzie i o której będzie protest, zachęcaliśmy ludzi, żeby wychodzili na ulice. Nazywaliśmy się Stop Luka, wiesz, od Łukaszenki. Ale po jakimś czasie KGB aresztowała twórcę tej grupy. Wiedzieliśmy, że do każdego zadzwonią. Do mnie też.

- Dzień dobry, tu KGB, proszę dzisiaj do nas zajrzeć – usłyszałem w słuchawce, gdy zadzwonił nieznany numer. 

Nie miałem pojęcia, jak się zachować. Tak naprawdę nie mogli mnie wezwać bez nakazu na piśmie. Mogłem im po prostu odmówić. Teraz to wiem, ale wtedy poszedłem. Przez cztery godziny u nich siedziałem, grozili mi. Na szczęście nie bili. Wypytywali o moje hasło do konta. Nie podałem, więc zaczęli grozić mojej rodzinie. Powiedzieli, że mojego brata i siostrę wyrzucą ze studiów, a matkę z pracy. 

- Po co?! Po co mi to mówicie? - załamałem się.

Od razu zauważyli, że to działa. Zaczęli cisnąć. Coraz bardziej, coraz mocniej. Albo podasz hasło, albo zwolnimy matkę z pracy. Albo hasło, albo brat wylatuje z uczelni. Hasła i tak nie podałem, ale oni dali mi papier. Powiedzieli, że jak podpiszę z nimi to porozumienie, to brat i siostra nadal będą się uczyć, a mama pracować. Mówili, że to nic takiego. Ot, zwykły papier. Zgodziłem się. Byłem zmęczony, młody i niedoświadczony. Nie wiedziałem, co robić.

- Musisz sobie wybrać pseudonim – powiedzieli.

- Hunter Thompson – zaproponowałem.

Wiesz, kto to jest? Taki twórca gonzo dziennikarstwa, bardzo ciekawa postać. Gdyby sprawdzili, kim on jest, to by wiedzieli, że nie będę z nimi współpracował. Ale myśleli, że mają mnie w kieszeni. Opowiedziałem potem wszystko mojemu koledze, niezależnemu dziennikarzowi. Dowiedzieliśmy się, że ten agent KGB miał na imię Dima. Na następnym spotkaniu zrobiliśmy mu zdjęcie, nagraliśmy go na dyktafon.

Proponował mi, żebym pojechał do Białorusina, który mieszka w Polsce i stamtąd pomaga organizować protesty. Chciał, żebym został jego zaufanym człowiekiem, potem miałem go szpiegować, zawirusować komputer. Na koniec mieliśmy razem pojechać na Ukrainę, bo tam mogli go aresztować. Obiecali mi pieniądze, mówili, że dadzą wszystko, czego mógłbym potrzebować.

Zgodziłem się.

Maksym Czerniawski, uchodźca polityczny z Białorusi rozpoczyna głodówkę przed biurem Komisji Europejskiej w WarszawieMaksym Czerniawski, uchodźca polityczny z Białorusi rozpoczyna głodówkę przed biurem Komisji Europejskiej w Warszawie Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Ale powiedziałem temu facetowi w Polsce, że go szukają. I wyjechałem z Białorusi. Dima myślał, że jadę wykonać swoje zadanie. Zdecydowaliśmy, że pojadę przez Litwę, bo tak będzie taniej. Jadąc cały czas się bałem, że jakimś cudem dowiedzą się, że nie będę dla nich pracował, że wyciągną mnie z pociągu i aresztują. Jak przekroczyłem granicę, wysłałem mu wiadomość, że sam jest sobie winny. Nie można tak na siłę werbować.

Na dworcu w Wilnie poczułem, że oddycham powietrzem w wolnym kraju.

Najpierw musiałem znaleźć nocleg. W Wilnie jest taki dom praw człowieka, oni zapłacili mi za miesiąc hostelu. Później poznałem szefa domu białoruskiego, który pozwolił mi mieszkać w jednym z jego biur. Spędziłem tak kilka miesięcy. Mój kolega przekazał mi kontakt do białoruskiej redakcji, którą wyrzucili z kraju, więc do nich też poszedłem. Chciałem zacząć pracować.

Samotność? Nie przeszkadzała. Tak naprawdę chciałem wyjechać. Życie w tym systemie było dla mnie straszne. Wiedziałem, że nie mam wolności, w każdej chwili mogą przyjść i mnie aresztować, to był ciągły stres. Nie rozumiem, jak ludzie mogą tam żyć tyle lat. Czułem, jak to człowieka niszczy moralnie i psychicznie. Stworzono mi takie warunki, że nie miałem innej opcji niż wyjechać.

Na początku najtrudniej było mi znaleźć ludzi, z którymi bym się dobrze czuł. Tęskniłem, zresztą cały czas tęsknię. Za ludźmi, za bliskimi, za znajomymi z dzieciństwa. Za babcią. Nie mogę pospacerować po Mińsku. Pojechać nad jezioro za miastem. Wyjechałem jak miałem osiemnaście lat, ledwo skończyłem szkołę. Jeszcze nawet nie zdążyłem na całego żyć.

Nie mścili się na mojej rodzinie, na szczęście. Przed wyjazdem przekazałem mamie kontakty do wszystkich dziennikarzy, których znałem, do obrońców praw człowieka. Powiedziałem, żeby wyniosła z mieszkania komputer i inne rzeczy, które zawsze zabierają. Ale nic się nie stało. Dzisiaj myślę, że tamten agent miał niski stopień. Był trochę nadgorliwy, kombinował i mu się nie udało.

Później redakcja przeprowadziła się z Wilna do Warszawy, a ja z nimi. Brałem udział we wszystkich protestach, robiłem, co mogłem. Prowadziłem dalej stronę, bo byłem bezpieczny za granicą.

A ostatnio… To tak, jakby na Białorusi włączyło się światło. Był ciemny pokój, a nagle wszystko widać, Białorusini się obudzili. I w kraju, i poza krajem, wszyscy zaczęli się angażować. Nie chce mieszkać na stałe w Polsce, jeżeli w Białorusi będzie wolność. Chciałbym wrócić do swojego kraju. Ale wiesz, że nawet niedawno dzwonili do mojej mamy pytać, gdzie jest syn? Cały czas mają mnie na oku, nawet po dziewięciu latach.

Maksym Czerniawski, uchodźca polityczny z Białorusi rozpoczyna głodówkę przed biurem Komisji Europejskiej w WarszawieFot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Jak przyjadę, to pewnie od razu mnie wsadzą, więc to nie ma sensu.

Mieszkam teraz z jednym kolegą, którego nagrano ostatnio na proteście, jego twarz pokazała później rządowa telewizja. Ukrywał się, ale do jego domu przychodziła milicja, rodziców nachodzili w pracy. Mieliśmy wspólnego znajomego, który zapytał, czy mogę mu pomóc. Udało mu się wyjechać przez Rosję i dzisiaj mieszka ze mną. Ma wizę humanitarną, mogłem mu pomóc.

Gdybym pojechał na Białoruś, to nikomu bym nie pomógł, tylko sam bym potrzebował pomocy.

Dlatego postanowiłem, że zorganizuję tu protest głodowy. Zobaczyłem nagrania ludzi, którzy wychodzili na ulice. Słuchałem, jak mówili o torturach, widziałem zdjęcia, ich ciała były fioletowe, bo tak ich bili. Dziesiątki, setki razy. Wiadomo było, że zabijali ludzi. To, co mogłem zrobić tu, to przyciągnąć uwagę. Pokazać Unii Europejskiej, że trzeba wprowadzić już sankcje. Uznałem, że najlepsza będzie głodówka. Decyzja to był moment. 

Przyszedł Robert Biedroń, mnóstwo dziennikarzy. Usłyszała o nas Ursula Von der Leyen.

Rozstawiliśmy namioty, zgłaszali się ludzie, że nam przyniosą wodę i wszystko, co było potrzebne. Te dni głodowego protestu to były najlepsze dni mojego lata. Tyle ludzi poznałem, tyle było solidarności, chęci pomocy. Czułem wtedy, że robię coś ważnego. Musiałem przestać przez chorobę. To się mogło źle skończyć.

Czy czuję żal? Złość przez to, co się dzieje? Nie, nie mam złości.

Mam nawet kolegę, którego brat służył w OMON-ie. Idą tam ludzie, którzy są najsilniejsi, najmniej empatyczni, najbardziej skłonni do przemocy. Tak działa na nich propaganda, że oni naprawdę wierzą, że ludziom, którzy wychodzą na ulice, płacą Polacy, Litwini albo Stany Zjednoczone. Wierzą, że jeżeli tego nie zatrzymają, to kraj będzie zniszczony. To jest takie pranie mózgu.

Ale ja uważam, że nie ma złych ludzi. Ci, którzy wierzą w ten system, też są ofiarami. Może kiedy będą siedzieć w więzieniu, to wtedy coś zrozumieją.

Jestem pewien, że Białoruś się zmieni. Nie wiem kiedy, ale na pewno się zmieni. Mam nadzieję, że będziemy to liczyć w miesiącach, nie w latach. Tego nie da się odwrócić, cały naród się obudził. Nikt nie powie, że torturowali, zabijali, ale zapomnijmy. Mówi się, że kiedy Łukaszenka straci władzę, skończy się szampan w całym kraju. Wyczerpią się zapasy. Tak to będzie wyglądać, cały kraj będzie świętował. To nie będzie jeden dzień, co najmniej tydzień. Wszyscy będziemy płakać, śmiać się i pić szampana.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM