"Paranoiczna afera". Dyrektor Teatru Słowackiego straci pracę, bo władzy nie spodobały się "Dziady"?

Zarząd województwa małopolskiego chce odwołać dyrektora Teatru im. Słowackiego w Krakowie. Według Krzysztofa Głuchowskiego oraz załogi teatru ma to być kara za kontrowersyjną interpretację mickiewiczowskich "Dziadów". - Jeżeli chcielibyśmy cenzurować, musielibyśmy usunąć 99 proc. spektakli pojawiających się na polskich scenach - komentowała w TOK FM teatrolożka i dziennikarka Katarzyna Niedurny.
Zobacz wideo

Zarząd województwa małopolskiego podjął w czwartek uchwałę o wszczęciu procedury odwołania Krzysztofa Głuchowskiego ze stanowiska dyrektora Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Według władz Małopolski w teatrze miało dojść do naruszenia przepisów w zakresie stosowania ustawy Prawo zamówień publicznych. Dyrektor miał także wystawiać na szwank "dobre imię teatru".

To oficjalne powody. Dyrektor i zespół nie mają jednak wątpliwości, że to kara za wystawienie "Dziadów" w reżyserii Mai Kleczewskiej. Przedstawienie krytykowała przecież m.in. kurator Barbara Nowak, a potem sam minister Przemysław Czarnek. O spektaklu nieprzychylnie wypowiadał się też minister kultury Piotr Gliński. - Niepokoją wszelkie takie działania, które są kontrowersyjne w sztuce i przekraczają granice tej akceptowalnej kontrowersji - ocenił, choć spektaklu nie widział.

Jak oceniła w TOK FM Katarzyna Niedurny, "wydaje się bardzo prawdopodobne", że obecne kłopoty dyrektora to pokłosie afery wokół "Dziadów".

Teatrolożka i dziennikarka zwróciła uwagę, że Krzysztof Głuchowski jest w połowie drugiej kadencji i wcześniej nie kierowano pod jego adresem podobnych oskarżeń. - Więc ciekawy jest to zbieg okoliczności, że akurat teraz, po tych głośnych, kontrowersyjnych "Dziadach", pojawiają się zarzuty i audyt, którego nikt z nas nie widział i nie wie, co jest tam zapisane - podkreśliła.

Uwagę gościni TOK FM przykuło to, że żaden z przedstawicieli władzy, który głośno krytykował spektakl, nie obejrzał przedstawienia. - Możemy się oczywiście spierać, czy to dobry spektakl, czy zły, ale nie ma tam żadnych przesłanek co do tego, że jakieś granice zostały przekroczone na scenie. Trudno nawet mówić, co miałoby być nie do pokazania. Jest to spektakl zrobiony na podstawie bardzo klasycznego tekstu, w dość klasyczny, teatralny sposób - wyjaśniła Niedurny.

Teatrolożka dodała, że w prawie każdym spektaklu pojawiają się odniesienia nawiązujące do aktualnych wydarzeń. - Jeżeli chcielibyśmy cenzurować, musielibyśmy usunąć 99 proc. spektakli pojawiających się na polskich scenach. Jest to stary jak świat zabieg reżyserski, że w swoich inscenizacjach reżyserowie chcą nawiązywać do współczesności i komentować to, co się na bieżąco dzieje - podkreśliła rozmówczyni Filipa Kekusza.

"Paranoiczna afera"

Dziennikarz TOK FM zwrócił uwagę na to, że stosunkowo często sztuki teatralne wywołują wzmożenie obecnej władzy. A przecież mamy do czynienia z niszową twórczością, bo teatr nie jest w Polsce popularny, nie ma też takiej siły oddziaływania jak np. telewizja.

- Myślę, że to jest taka trochę paranoiczna afera - oceniła Katarzyna Niedurny. Dodała, że może ona przynieść zupełnie inny niż przewidywany przez polityków skutek. - Władze w ten sposób, chyba wbrew swojej woli, skierowały wszystkie światła jupiterów i reflektory na Teatr Słowackiego - mówiła i przypomniała, na jak wielkie zainteresowanie przełożyła się krytyka ze strony kurator Nowak. Bilety na "Dziady" znikały błyskawicznie, a teatr zaplanował więcej przedstawień.

- Często porównuje się te "Dziady" do tych z 1968 r. w reżyserii Kazimierza Dejmka, których zdjęcie było jednym z motorów wybuchu protestów społecznych. Myślę, że wtedy władze też nie myślały o takich dużych reperkusjach. Czasem teatr bardzo mocno wchłania nastroje społeczne i jest ich punktem uwolnienia - podsumowała teatrolożka. 

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM