,
Obserwuj
Lubelskie

Nie ma ordynatora. Rządzi ten, kto ma dyżur. Dramatyczna sytuacja w lubelskim szpitalu

10 min. czytania
04.04.2025 06:35
W lubelskim Szpitalu Klinicznym numer 1 brakuje anestezjologów. Jak ustaliło TOK FM, sytuacja w placówce przy Staszica jest na tyle poważna, że odwoływane są zabiegi oraz są trudności ze znieczuleniami do porodów. Rektor Uniwersytetu Medycznego w Lublinie przyznaje, że problem zna i "strasznie się tym martwi".
|
|
fot. BURGER/PHANIE / EAST NEWS

Pani Ewa (imię zmienione) miała przejść operację na jednym z oddziałów Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie. Czekała na nią kilka tygodni. - I tuż przed zabiegiem dostałam informację ze szpitala, że operacji jednak nie będzie. Gdy zapytałam dlaczego, usłyszałam, że mają problem z anestezjologami i że muszę czekać. Czekałam kolejne tygodnie. W końcu mój zabieg się odbył, jestem wdzięczna lekarzom za opiekę i za to, że wszystko się udało. Choć nerwy były ogromne, bo nie wiedziałam - odbędzie się czy się nie odbędzie? - relacjonuje nasza rozmówczyni. Jak dodaje, nie była jedyną pacjentką w takiej sytuacji. Prosi, by nie wskazywać, o jaki oddział chodzi, bo nie chce, by ktoś miał pretensje, że opowiedziała o tym mediom.

Z naszych informacji wynika, że przez problem z brakiem anestezjologów w lutym i marcu odwołano szereg operacji. - Były dni, że z ośmiu sal operacyjnych na naszym nowym pięknym bloku operacyjnym pracowały tak naprawdę tylko dwie - mówią nam medycy ze szpitala.

Część medyków odeszła sama, z innymi rozwiązano umowy czy kontrakty. Problemy zaczęły się po odejściu ordynatora prof. Mirosława Czuczwara, który latem ubiegłego roku po ponad 20 latach pracy zdecydował się przejść do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim. Jak słyszymy od innych medyków, profesor miał podjąć taką decyzję w związku z tym, co działo się w szpitalu. - Brak rozmów, dziwne decyzje zapadające odgórnie, zaprzeczanie rzeczom, które się działy. Miał dość - słyszymy.

Sam prof. Czuczwar nie chce komentować bieżącej sytuacji w szpitalu, ale w rozmowie z nami odniósł się do swojego odejścia. - W chwili złożenia wypowiedzenia - w rozmowie z przełożonymi - wyraziłem nadzieję, że zespół kliniki będzie miał możliwość kontynuowania pracy na rzecz uczelni i szpitala - powiedział nam profesor.

Co się dzieje w szpitalu przy Staszica?

Po odejściu prof. Czuczwara z pracą musiał się pożegnać jego zastępca prof. Michał Borys, który na oddziale anestezjologii pracował od 2007 roku (od 2017 był zastępcą kierownika). Przez lata pracował też na Uniwersytecie Medycznym, był wykładowcą, prowadził zajęcia ze studentami.

- Gdy było jasne, że odchodzi nasz szef, podjąłem próbę kontaktu z władzami uczelni, prosząc o spotkanie. Chcieliśmy porozmawiać o tym, co dalej. Wskazałem, że kilka osób nie wyklucza odejścia ze szpitala. Do spotkania nie doszło. Mam poczucie, że przedstawiciele uczelni i dyrekcja szpitala długo zakładali, że to jest z naszej strony tylko blef - mówi w rozmowie z nami Michał Borys.

Jak dodaje, gdy ostatecznie postanowił odejść, myślał, że przepracuje jeszcze trzy miesiące na wypowiedzeniu, ale stało się inaczej. - Pani dyrektor przekazała mi pismo, że zwalnia mnie na ostatni miesiąc z obowiązku świadczenia pracy. Czyli mówiąc wprost - dostawałem wynagrodzenie, łącznie z uśrednioną kwotą za dyżury - mimo że nie przychodziłem do pracy. To było dla mnie absurdem, ale nie miałem wyjścia - mówi profesor.

Michał Borys dziś jest szefem oddziału anestezjologii w Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej. Dołączyło do niego siedmiu innych lekarzy ze szpitala na Staszica. - Ludzie mają dość atmosfery, która tam panuje, tego, że podejmuje się decyzje za ich plecami. Pani dyrektor bagatelizuje problem, a chodzi przecież o anestezjologię i intensywną terapię, o ratowanie ludzkiego życia. Mam informacje, że od kwietnia odchodzą ze Staszica kolejne osoby - mówi w rozmowie z nami.

Zakaz konkurencji

Prof. Michał Borys, po odejściu ze szpitala przy Staszica i z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, zaczął wykładać na Wydziale Medycznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Zajęcia tam prowadzić zaczęli również dwaj jego doktoranci, których nie chciał porzucać. Byli to lekarze z jego dawnego szpitala. Wkrótce potem do kontraktów lekarzy ze Staszica dodano zakaz podejmowania współpracy z innymi uczelniami. To oburzyło część lekarzy i - jak wynika z naszych informacji - było przyczyną odejścia niektórych z nich.

Rektor Uniwersytetu Medyznego w Lublinie, prof. Wojciech Załuska nie zaprzecza, że wprowadził takie zasady - nawet dla lekarzy, którzy nie pracują na uczelni, a są jedynie lekarzami w szpitalu klinicznym. - Mamy z KUL-em dobrą współpracę, ale nie może być tak, że nasi pracownicy pracują w innych instytucjach kosztem obowiązków u nas. Jest to konflikt interesów - mówi Załuska. - Zastanawiam się nad modyfikacją tego i to zrobię, dla dobra naszych partnerów. Nasi nauczyciele akademiccy głownie muszą jednak pracować dla nas. To jest taka prawda - albo mogą wybrać miejsce pracy - dodaje rektor.

W poszukiwaniu anestezjologów

Z ogłoszeń na stronach Uniwersytetu Medycznego wynika, że poszukiwania anestezjologów trwają od lipca 2024 roku. Konkursy są rozpisywane regularnie, ale chętnych brak. - Może warto, by ktoś się w końcu zastanowił, dlaczego w tym szpitalu lekarze anestezjolodzy nie chcą aktualnie pracować? Może ktoś by się przyjrzał atmosferze pracy? - słyszymy od pracowników.

Jedno z ostatnich ogłoszeń dotyczących naboru zamieszczono 6 marca 2025. Szukano lekarzy anestezjologów, a także szefa Kliniki Anestezjologii. Szpital informuje, że nie wpłynęła żadna oferta. Wydłużono więc termin zgłoszeń do 4 kwietnia.

Szpital, którego główna część mieści się przy ul. Staszica, to jedna z placówek zarządzanych przez Uniwersytet Medyczny. Placówką od kilku lat kieruje lekarz medycyny Beata Gawelska, która wcześniej była zastępcą dyrektora, a jeszcze wcześniej przez lata pracowała w Narodowym Funduszu Zdrowia. Jak można przeczytać na stronie medycyna.lublin.eu, ma "ponad 10-letnie doświadczenie związane z funkcjonowaniem i rozliczaniem podmiotów leczniczych". Czytamy również, że jest specjalistką m.in. od "kontraktowania, rozliczania i kontroli świadczeń finansowanych ze środków publicznych, zagadnień współpracy świadczeniodawców z NFZ oraz problemów systemowych ochrony zdrowia".

Rozmawialiśmy z kilkunastoma lekarzami różnych specjalizacji, pracującymi w szpitalu. W ich ocenie pani dyrektor rzeczywiście zna się na zarządzaniu i wie, jak zdobywać pieniądze dla szpitala, ale jednocześnie wobec personelu wprowadziła "rządy silnej ręki". - Tu nie ma sprzeciwu, nie można się wychylić. Pani dyrektor wszystko wie najlepiej. Potrafi powiedzieć pracownikowi, że jeśli coś mu nie odpowiada, może szukać miejsca gdzie indziej - słyszymy od jednego z młodszych lekarzy. Nie chce podawać nazwiska, ponieważ - jak twierdzi - atmosfera w szpitalu jest bardzo napięta.

W poszukiwaniu szefa kliniki

Zespół anestezjologów pod koniec stycznia był na spotkaniu u pani dyrektor. Wskazywał, że sytuacja jest dramatyczna i że tymi lekarzami, którzy zostali na oddziale, nie da sie obstawić dyżurów. - Jedna z koleżanek - to szczególnie zostało mi w pamięci - zapytała wprost, czym sobie na to zasłużyliśmy. Bo wiadomo było, że przy takim składzie kadrowym będzie bardzo ciężko. Usłyszeliśmy, że pani dyrektor przygotuje zarządzenie, kto i na jakich zasadach każdego dnia ma kierować naszym oddziałem. To absurd, bo przecież musi być jakaś jedna osoba odpowiedzialna - opowiadają nasi rozmówcy.

Dotarliśmy do wydanego przez panią dyrektor zarządzenia zatytułowanego "Instrukcja organizacji pracy lekarzy udzielających świadczeń w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii". Wynika z niej, że wszystkie istotne problemy organizacyjne i kadrowe powinny być zgłaszane do dyrektor naczelnej, ale - to kluczowe - za pośrednictwem kierownika Działu Organizacyjno-Prawnego lub Działu Kadr i Płac. - Przecież to kuriozum, zwłaszcza gdy trzeba podjąć decyzję z gatunku pilnych - słyszymy od lekarzy.

W zarządzeniu jest też mowa o tym, że "lekarz pracujący w OIT lub pełniący dyżur odpowiedzialny jest za organizację pracy w OAiIT w godzinach od 7:30 do 15:05". A zatem to on ma przeglądać plany operacyjne, przydzielać lekarzy do konsultacji pacjentów w oddziałach czy do pracy na salach operacyjnych. Każdego dnia jest to ktoś inny. W instrukcji jest też mowa o tym, że "od godz. 15:05 do godz. 7:30 oraz w dni wolne od pracy nad przebiegiem pracy czuwa lekarz pełniący dyżur w OIT".

Nie ma komu znieczulać?

Zapytaliśmy wojewodę lubelskiego, czy ma informacje o odwoływanych w szpitalu zabiegach. "5 lutego br. do Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie wpłynęła informacja Dyrektora USK Nr 1 w Lublinie - Pani Beaty Gawelskiej, o trudnej sytuacji Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii szpitala w związku z brakiem lekarza kierującego oddziałem (...). Wobec zaistniałej sytuacji w okresie przejściowym wprowadzono zarządzeniem Dyrektora Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego Nr 1 w Lublinie Instrukcję organizacji pracy lekarzy udzielających świadczeń zdrowotnych w zakresie anestezjologii i intensywnej terapii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego Nr 1 w Lublinie. W piśmie wskazano również, że dalsze działania w zakresie funkcjonowania oddziału uzależnione są od wyników ogłoszonego postępowania. W szpitalu nadal trwa rekrutacja na kierownika oddziału" - przekazała TOK FM dyrektor Wydziału Zdrowia Agnieszka Kowalska-Głowiak.

W rozmowie z nami podkreśliła, że na razie trzeba dać szpitalowi czas na znalezienie ordynatora. - Tyle, że to trwa i trwa. I jakby nikogo nie interesowało - mówią nam lekarze.

Szpital przed rokiem chwalił się na oficjalnej konferencji prasowej osiągnięciami w zakresie znieczuleń przy porodach drogą natury. Z naszych informacji wynika, że wskaźnik ten wynosił aż 35 procent. - A jak jest dziś? Znieczuleń jest jak na lekarstwo. To jest niebywałe, że wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego. I jakby czekają na cud - dodaje inna z lekarek.

- Dyrektor USK Nr 1 w Lublinie dotychczas nie wystąpiła do Wojewody Lubelskiego z wnioskiem o wyrażenie zgody na czasowe zaprzestanie działalności leczniczej przez Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii, nie przedstawiła również informacji o zaprzestaniu działalności leczniczej w powyższym zakresie - wskazała nam dyrektor Kowalska-Głowiak.

Uniwersytet odsyła do szpitala

Uniwersytet Medyczny, któremu szpital podlega, nie chciał odpowiedzieć na nasze pytania, odesłał nas do dyrekcji placówki. Za to Narodowy Fundusz Zdrowia ocenia, że placówka przy Staszica "spełnia wymagania w kontekście personelu medycznego". "Z informacji, które otrzymaliśmy od dyrekcji szpitala wynika, że ciągłość udzielania świadczeń jest zabezpieczona, a bezpieczeństwo pacjentów jest zapewnione" - napisała nam Magdalena Musiatowicz z lubelskiego NFZ.

Również szpital przekonuje nas, że nie ma problemu z anestezjologami, mimo że sam kilka tygodni temu informował Urząd Wojewódzki, że taki problem jest. W udzielonej nam odpowiedzi znalazły się wyliczenia: na początku 2024 roku 23 osoby były na kontraktach, a 15 na etatach (wraz z lekarzami rezydentami), podczas gdy obecnie 22 osoby są na kontraktach, a 12 na etatach (wraz z rezydentami).

- Liczby mają to do siebie, że można je bardzo różnie prezentować. W mojej ocenie wykazano tu lekarzy, których już w szpitalu nie ma, a kontrakty ciągle nie wygasły - mówi nam jeden z lekarzy.

Jeśli chodzi o odwoływane zabiegi, szpital wskazuje, że "do odwołań zabiegów dochodzi z różnych przyczyn, najczęściej z powodu pogorszenia stanu klinicznego pacjenta". Przyznaje jednak także, że "w roku bieżącym zdarzały się odwołania zabiegów z powodu nieprzewidzianej absencji anestezjologa". Przekonuje przy tym, że przez brak anestezjologa odwołano tylko 18 zabiegów, m.in. operację przepukliny, artroskopię kolana czy laparoskopię.

Pytamy również o znieczulenia do porodów. "Szpital zabezpiecza opiekę anestezjologiczną w Klinice Położnictwa i Patologii Ciąży przez jeden całodobowy pion dyżurny anestezjologiczny. Do znieczuleń porodów drogami natury, zapewniane jest dodatkowe wsparcie przez jednego z anestezjologów z Oddziału Intensywnej Terapii" - to informacje ze szpitala.

A czy pacjenci skarżą się na brak anestezjologów i problemy z planowymi zabiegami? "Do Dyrekcji szpitala wpłynęła w ostatnim czasie jedna skarga pisemna dotycząca przełożenia terminu operacji w Klinice Chirurgii Ogólnej. Do Pełnomocnika ds. Praw Pacjenta telefonicznie zgłoszono dwie skargi: od dwóch pacjentów oczekujących na zaplanowaną artroskopię kolana - jeden zabieg został przełożony na dzień następny, drugi czeka na wyznaczenie nowego terminu" - przekazała nam przedstawicielka Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1.

Uniwersytet Medyczny i... inne problemy

Napięta atmosfera jest nie tylko w szpitalu na Staszica, ale też na całym Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Do redakcji TOK FM dotarły m.in. dwa anonimowe listy, w których pracownicy uczelni opisują to, co się dzieje na uczelni. W anonimach mowa jest o powiązaniach i zależnościach m.in. z udziałem rektorów i członków ich rodzin, a także o ogromnych zyskach, które mają czerpać z zasiadania w najróżniejszych gremiach. Sprawę opisała szerzej lubelska "Gazeta Wyborcza". Chcieliśmy porozmawiać z rektorem uczelni na temat zarzutów, które pojawiają się w tych listach.

"Jego Magnificencja Rektor nie komentuje anonimowej korespondencji, natomiast jest zawsze gotowy i otwarty, na konstruktywną dyskusję dotyczącą wszystkich spraw związanych z Uniwersytetem Medycznym w Lublinie" - napisał nam rzecznik uczelni, Wojciech Brakowiecki.

Jak ustaliliśmy, rektor wysłał za to list do pracowników uczelni. "Z wielkim niepokojem przyjąłem fakt rozpowszechniania anonimowych informacji w naszej przestrzeni akademickiej i poza nią. Tego rodzaju działania są sprzeczne z zasadami szacunku, otwartości i konstruktywnego dialogu, które powinny stanowić fundamenty funkcjonowania każdej uczelni. Dodatkowo takie postępowanie nie daje możliwości obrony i odpowiedzi na formułowane zarzuty" - napisał rektor.

"Zwracam się do Państwa z apelem o zaniechanie działań opartych na dezinformacji i formułowaniu bezpodstawnych zarzutów. Niech naszą codzienną działalność wyznaczają transparentność, etyka i wzajemny szacunek, które powinny stanowić fundament każdej instytucji naukowej. Drzwi mojego gabinetu zawsze pozostają otwarte" - wskazał rektor prof. Wojciech Załuska.

W czwartek, 3 kwietnia władze Uniwersytetu Medycznego zwołały konferencję prasową. Miała dotyczyć inwestycji na uczelni z pieniędzy z KPO, ale główną jej część stanowiło odnoszenie się do twierdzeń z anonimów, które trafiły do rektora. Rektor zaprzecza, by pojawiające się w nich informacje były prawdą. Jak stwierdził, poprosił o wsparcie m.in. ABW, by ustalić, kto może stać za atakami na uniwersytet.

Rektor skomentował również problem braku anestezjologów w podległym mu szpitalu przy Staszica. - Znam ten problem i się strasznie tym martwię. Muszę powiedzieć szczerze, że te odejścia nie są dla mnie do końca zrozumiałe. Ani warunki pracy w tym szpitalu, a mówię o wynagrodzeniu, ani zakres obowiązków (nie są nadmierne - przyp. red.). Staraliśmy się też do końca zachęcać lekarzy do innej postawy. Jako lekarz pytam też o to, jak można pozostawić pacjentów. Martwię się, bo ja bym od pacjentów nigdy nie odszedł - dodaje prof. Załuska