Co dalej ze sprawą lekarza z Gorzowa? "Mamy duży problem"
Czy lekarz z Gorzowa Wielkopolskiego, podejmując decyzję medyczną, popełnił błąd? Opinię w tej sprawie mają wydać biegli. Chodzi o historię dr Andrija Kadukhę, rezydenta anestezjologii z Ukrainy, który usłyszał zarzut zabójstwa (zgadza się na podawanie nazwiska). Medyk odłączył od aparatury podtrzymującej życie 86-letniego pacjenta po ciężkiej operacji, który - jak ocenił anestezjolog - nie dawał oznak życia.
Kadukhę trafił do aresztu po donosie kolegi. Wyszedł po interwencji prokuratury, wrócił do pracy w szpitalu, a kilka dni później ktoś złożył na niego kolejny anonimowy donos. Tym razem chodziło o odłączenie od respiratora starszej pacjentki, która była przewożona na tomografię komputerową. Lekarz stwierdził, że chora samodzielnie oddycha, wiec można ją odłączyć. Dwie godziny później, podczas badania z podaniem kontrastu u pacjentki, doszło do zatrzymania krążenia. Kobieta zmarła.
- Ktoś, kto napisał ten kolejny donos, albo nie miał o tym zielonego pojęcia, albo kierował się bardzo złą wolą i zinterpretował to jako celowe działanie w celu pozbawienia pacjentki życia. Chora została odłączona od respiratora kilka godzin przed tym, gdy doszło do zatrzymania krążenia. Trudno sobie wyobrazić, że lekarz miałby zaplanować, że odłączy pacjentkę i kilka godzin później, dokładnie po podaniu kontrastu, dojdzie do zgonu. Mówienie, że jedno z drugim miało związek, to absurd - nie kryje oburzenia anestezjolog prof. Mirosław Czuczwar.
Profesor - przez 20 lat związany ze Szpitalem Klinicznym w Lublinie - od początku sprawy był mocno zaangażowany w pomoc lekarzowi z Gorzowa Wielkopolskiego. Wprost mówił o tym, że działania gorzowskiej prokuratury doprowadzą do tego, że lekarze będą się bali podejmować różne decyzje.
Lekarz z Gorzowa ma nowego kierownika
Od lipca prof. Czuczwar jest kierownikiem Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii właśnie w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim, co oznacza, że jest też przełożonym doktora Kadukhi.
- Dostałem taką propozycję i postanowiłem, że z niej skorzystam. Byłem w tym szpitalu kilkanaście tygodni temu, na konferencji prasowej. Zobaczyłem placówkę i jej możliwości. Uznałem, że chcę podjąć to wyzwanie - opowiada w TOK FM. I dodaje, że po pierwszych tygodniach obecności w gorzowskim szpitalu ma poczucie, że podjął właściwą decyzję.
Lekarze w Polsce będa się bać? 'Ta sprawa wydaje się wręcz nieprawdopodobna'
Mirosław Czuczwar w rozmowie z nami przyznaje, że początkowo nie dowierzał, że lekarz mógł usłyszeć zarzut zabójstwa. - Potem, gdy przeczytałem tekst w 'Polityce' [pierwsza opisała sprawę - red.], niedowierzanie zamieniło się w złość. To są standardy niedopuszczalne. Postawić komuś zarzut takiego kalibru w sprawie medycznej? Bez opinii biegłych? Do dziś nie mieści mi się to w głowie - mówi Czuczwar.
Lekarz z Gorzowa nadal z zarzutem
Na to samo zwróciła uwagę Prokuratura Krajowa. W stanowisku wydanym w czerwcu wskazała, że potrzebna jest opinia biegłego czy zespołu biegłych "w celu ustalenia, czy decyzje podejmowane przez lekarza wobec pacjenta były prawidłowe, a jeśli nie, to czy zostały podjęte na skutek błędu medycznego".
Zapytaliśmy Prokuraturę Okręgową w Gorzowie, czy o taką opinię już wystąpiła. "Dotychczas nie zmieniono lekarzowi zarzutu i nie powołano biegłych w celu wydania opinii. Obecnie nadal trwa wszechstronne zbieranie materiału dowodowego i jego analiza. Dopiero po zgromadzeniu koniecznych materiałów, w zależności od poczynionych ustaleń, prokurator referent podejmie decyzję czy i w jakim zakresie przedmiotowym korzystać z pomocy biegłych, jak również czy powołać jednego czy zespół biegłych" - przekazała nam rzeczniczka prokuratury Mariola Wojciechowska-Grześkowiak.
Anonimowe donosy "uderzają w pacjentów"
- Sam byłem kiedyś ofiarą takiego donosu. To było ponad 10 lat temu. Anonimowa osoba zaczęła pisać do różnych instytucji, że doktor Czuczwar odłącza leki ratujące życie, robi to w celach nie za bardzo wiadomo jakich, ale trzeba go powstrzymać. I powiem szczerze, tego typu anonimy niosą ze sobą konsekwencje, które uderzają nie tylko w lekarza, ale przede wszystkim uderzają w pacjentów - przekonuje nasz rozmówca.
- Bo jeśli lekarze będą się bali podejmować właściwe decyzje - takie, które dla pacjenta w danym momencie są najlepsze i chronią go przed niepotrzebnym cierpieniem - to znaczy, że dzieje się bardzo źle. Nie może być tak, że lekarz podejmuje decyzję o kontynuowaniu tzw. uporczywej terapii, bo boi się prokuratora - dodaje gość TOK FM.
Kierownik gorzowskiej anestezjologii przyznaje, że "jest mu żal" dra Khadukhi. - Dla młodego człowieka, który dopiero zaczyna karierę lekarza, oskarżanie go o takie rzeczy może być czynnikiem, który zniszczy życie takiej osoby. Ktoś rzuca jakimś oskarżeniem, bez żadnego wyjaśnienia sprawy, bez opinii fachowców, bez opinii biegłych. Tak nie można - dodaje prof. Czuczwar.
Lekarz się spóźnił, telefon milczy i uśmiech brzydki. Zaskakujące skargi pacjentów do NFZ
Anestezjolog zauważa, że po historii lekarza z Gorzowa więcej mówi się właśnie o prowadzeniu uporczywej terapii i o tym, że nie można tego robić kosztem pacjenta. Przyznaje jednak, że są i tacy lekarze, którzy - w kontekście tej sprawy - mówią wprost, że taką terapię podejmują, by nie mieć na głowie prokuratora czy rodziny chorego. Na jednej z konferencji naukowych pojawiło się m.in. sformułowanie "pół godziny dla rodziny" - czyli że lekarz podejmuje półgodzinną reanimację, byle tylko pokazać rodzinie, że "coś" jednak próbował robić.
- Są lekarze, którzy nadal nie widzą nic zdrożnego w tym, że narażają pacjentów na niepotrzebne cierpienie tylko po to, by zabezpieczyć się przed ewentualnymi roszczeniami czy sprawą w prokuraturze. To jest straszne i nieetyczne - uważa prof. Czuczwar.
- Rozumiem, gdy ktoś włącza terapie, które pacjentowi nie są w stanie pomóc, nie zdając sobie z tego sprawy albo licząc na cud. Nie powinniśmy oczywiście w ten sposób działać, ale jeśli motywujemy to dobrem pacjenta, to jeszcze jestem w stanie to zrozumieć. Ale jeśli ktoś publicznie mówi, że u pacjentów nierokujących prowadzi resuscytację, by rodzina nie miała pretensji, to za takie postępowanie cenę płaci pacjent. Nie możemy na to pozwalać. Nie można skazywać pacjenta na cierpienie po to tylko, aby mieć święty spokój - tłumaczy dalej profesor.
I zaznacza, że zaniechania terapii daremnej nie można mylić z eutanazją. - Takie pomyłki są niestety dość częste - mówi. - Jeśli to lekarze mylą te dwa terminy, mamy duży problem. Dlaczego część rodzin idzie do sądu czy prokuratury, donosząc na lekarza? Bo nie rozumieją, co się dzieje. Lekarz ma obowiązek z nimi otwarcie porozmawiać, a nie podejmować określone decyzje po cichu, za plecami rodziny - wyjaśnia gość TOK FM.