"Wysłałam ci paczkę! Kocham cię!". Bliscy osadzonych na Białołęce nie dają spać sąsiadom
Teren Aresztu Śledczego Warszawa-Białołęka - niegdyś otoczony lasami i polami, od kilkunastu lat jest intensywnie zabudowywany szeregowcami i blokami. W sąsiedztwie 1767 aresztantów (tyle może pomieścić zakład) regularnie pojawiają się nowi mieszkańcy, którzy skarżą się na hałas dobiegający spod murów.
Ich niełatwą sytuację opisał Aleksander Sławiński z warszawskiej "Gazety Wyborczej". "Przyjeżdżają samochodami pod mur od strony lasu, odpalają race albo fajerwerki. Wybuchy słychać kilka, kilkanaście razy w miesiącu" - opowiadała w rozmowie z "GW" Dominika, która mieszka w pobliżu aresztu na Białołęce już od 20 lat.
Mieszkańcy codziennie są świadkami przekazywanych przez mur wyznań miłości ("Wysłałam ci paczkę! Kocham cię!"), burzliwych kłótni albo hucznych imprez. "Kilka miesięcy temu pod mur zajechało kilkanaście samochodów. Wyszło z nich kilkudziesięciu facetów. Odpalili race, a potem zaczęli skandować: "Po-zdro-wie-nia do wię-zie-nia!' " - opisywała Dominika.
Przez lata wierzyliśmy, że w każdym tkwi zło. Czy słynny eksperyment był rzetelny?
Radny złożył interpelację w sprawie "popijaw" pod aresztem
"GW" pisze, że sprawą zajął się dzielnicowy radny Filip Pelc, który złożył w sprawie interpelację, a w rozmowie z dziennikarzem podał, że tematem należy się "pilnie zająć".
Co na to władze dzielnicy? Rzeczniczka urzędu Marzena Gawkowska poinformowała, że wniosek radny zostanie przekazany do władz aresztu, na policję i do straży miejskiej.