,
Obserwuj
Mazowieckie

Przez zabawy "areczków" oni nie mogą spać. "Siadam wściekła i piszę maile"

7 min. czytania
18.07.2025 06:33
Gdy przychodzi lato, Grzegorz pakuje rodzinę i ucieka z Warszawy na Mazury. Małgorzata nie ukrywa, że coraz częściej też myśli o wyprowadzce ze Śródmieścia. Powód? Nieustanny hałas. Wysłuchałem historii ludzi, którzy muszą znosić ryk silników, syreny i jazgot z koncertów. Wcale im nie zazdroszczę.
|
|
fot. EAST NEWS
  • Moi rozmówcy ze Śródmieścia podkreślają, że najgorzej jest w weekendy. "Grupa gości gazuje od świateł do świateł", mieszkańcy określają ich mianem "areczków";
  • "Zaprosiłbym chętnie do siebie prezydenta Trzaskowskiego w lipcu czy sierpniu, żeby spędził kilka nocy z rzędu w naszym mieszkaniu" - mówi jeden z mieszkańców;
  • Ewa opowiada o życiu ze strażą pożarną (i ciągłymi syrenami za oknem);
  • Grażynę męczą koncerty ze Stadionu Narodowego. "U nas w mieszkaniach trzęsą się okna, trzęsą się naczynia w szafkach, ruszają się przedmioty" - relacjonuje. Gdy na Pradze Południe odbywał się jeszcze Orange Warsaw Festiwal - wyprowadzała się z domu.

 

Małgorzata Gromniak zatyczki do uszu zawsze ma przy sobie. Zakłada je nie tylko w nocy, ale też w ciągu dnia, gdy chce odpocząć od hałasu. Kiedy jest ciepło, niemal co kwadrans na nogi podrywa ją ryk samochodu. - Nie jestem w stanie usiąść i wypocząć. Ten dźwięk sprawia, że człowiek aż podskakuje na krześle. To wycieńczające - mówi.

Najgorzej, jak dodaje, jest w weekendy. Kobieta opowiada, że kilkakrotnie dzwoniła pod numer alarmowy 112, ale jej skargi zostały zbagatelizowane. Nie kryje, że irytuje ją ta bezsilność. - Nikt z tym nic nie robi. Jest kompletna ignorancja służb - rozkłada ręce.

Przyznaje, że coś drgnęło w temacie nielegalnych wyścigów, ale w jej codziennym życiu to nie one są głównym problemem. - To grupa gości, którzy sobie gazują od świateł do świateł. Często widzę, jak jeżdżą w kółko - opowiada. Mieszkańcy określają ich mianem: "areczki".

Małgorzata zgłosiła do budżetu obywatelskiego projekt instalacji kamery dźwiękowej przy ul. Marszałkowskiej. Podobny - na skrzyżowaniu Emilii Plater i Świętokrzyskiej - zgłosił Instytut Ekologii Akustycznej walczący z hałasem w mieście. Kamery działają podobnie do fotoradarów, tyle że rejestrują pojazdy, które przekraczają normy hałasu. Zarząd Dróg Miejskich w Warszawie odrzucił jednak projekty, zasłaniając się brakiem odpowiednich przepisów na poziomie krajowym.

Nasza rozmówczyni przyznaje, że jeśli nic się w temacie nie zmieni, rozważa wyprowadzkę ze Śródmieścia.

Ucieczka na Mazury. "Tylko dzięki temu nie jesteśmy tak zniszczeni"

Grzegorz mieszka w okolicy placu Zamkowego. Udręką dla niego i jego rodziny są przede wszystkim motocykliści. - Jeżdżą w kółko po Warszawie, taką mają "zabawę" - stwierdza. Ryk silników, jak mówi, jest nie do wytrzymania. - Piłują nawet, gdy stoją na czerwonym - podkreśla.

Mężczyzna znalazł rozwiązanie - latem zawsze wyjeżdża z rodziną do teściów na Mazury. - Z dzieckiem nie dalibyśmy rady wytrzymać tego hałasu - mówi. - Jeszcze przy zamkniętych oknach jakoś da radę, ale przy dwudziestu kilku stopniach w nocy trzeba je przecież otworzyć. Dlatego ewakuujemy się z miasta i tylko dzięki temu nie jesteśmy tak zniszczeni - dodaje. Z powrotem do stolicy czekają na chłodniejsze dni.

- Policja o tym wie, ale nie reaguje. Albo udaje, że nie może - irytuje się nasz rozmówca. Wspomina nawet, że gdy pewnego razu zadzwonił pod numer 112, został zbesztany, że zajmuje linię. - A wystarczyłoby, gdyby wlepili im mandat za zakłócenie porządku publicznego z artykułu 51. Kodeksu wykroczeń. Do tego nie potrzeba sonometrów - twierdzi.

Jego zdaniem władze miasta nie rozumieją problemu. - Zaprosiłbym chętnie do siebie prezydenta Trzaskowskiego w lipcu czy sierpniu, żeby spędził kilka nocy z rzędu w naszym mieszkaniu. Wtedy może byłoby zrozumienie - zastanawia się. - Przecież my nie żądamy ciszy w mieście, żądamy respektowania prawa, które jest związane z naszym życiem, dobrostanem - kwituje.

W ubiegłym roku Główny Urząd Statystyczny zaprezentował wyniki badania dotyczącego zanieczyszczenia hałasem w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców. Wynika z niego, że niemal 283 tys. osób było narażonych na hałas przekraczający dopuszczalne normy. Z tego aż 270 tys. (95 proc.) doświadcza hałasu emitowanego właśnie przez ruch drogowy.

Pytam naiwnie moich rozmówców - Małgorzatę i Grzegorza - czy kiedykolwiek próbowali przemówić do rozsądku samym "areczkom".

- Boję się - przyznaje wprost Małgorzata. - Oni są często agresywni. Nie będę ryzykować - macha ręką.

Grzegorz zaznacza, że w wielu sytuacjach trudno o rozmowę. - Jak? Ledwo ich zdążę nagrać telefonami i już ich nie ma - mówi. - Ale to też problem braku empatii. Mam psa, który szczeka, więc próbuję go uciszyć. Mam żywiołowe dziecko, więc zwracam mu uwagę, że mieszkamy w bloku - niech będzie trochę ciszej. Ale są ludzie, którzy mają na to wywalone - podkreśla.

'I co? I nic!'. Nielegalne wyścigi w Warszawie. 'To nie jest tak, że te wyczyny są bagatelizowane'

Walczyć z hałasem generowanym przez kierowców próbował Marcin Puszko ze Śródmieścia. Po tym jak do sieci wrzucał nagrania "areczków" i ich popisów, pod jego mieszkanie podjechał jeden z nich. - Mam nagrane, jak specjalnie robił hałas. - wspomina. Podkreśla, że był to kierowca lamborghini. - Ewidentnie miał przerobiony wydech - mówi.

Wszystko, jak dodaje, zgłosił na policję - na Komendzie Rejonowej Warszawa I. Wszczęto, jak twierdzi, postępowanie z artykułu o naruszenie porządku publicznego, które po niemal roku zostało umorzone z powodu braku możliwości namierzenia prowadzącego samochód. - Na grupie zlokalizowaliśmy, skąd był samochód, z jakiej wypożyczalni. Nam się to udało ustalić, policja z tym nic nie zrobiła - rozkłada ręce.

Nasz rozmówca uważa, że "areczki" mają z policją powiązania i dlatego czują się bezkarni. Przyznaje jednak, że czasami telefon pod 112 przynosił chwilowy efekt. - Były patrole wystawiane na kilka godzin i wtedy rzeczywiście nie jeździli - mówi.

Hałas w mieście. Nie tylko ryk silników

Hałas w mieście ma też jednak inne odsłony. Ewa mieszka naprzeciwko Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej nr 4 mającej siedzibę w Koszarach Mirowskich na Woli. Jak opowiada w rozmowie z Tokfm.pl, dawniej straż pożarna używała jednostajnego dźwięku alarmowego, ale około 2017-2018 roku to się zmieniło.

- Te syreny zrobiły się straszne. Przy zamkniętych oknach musiałam pogłaśniać telewizor do maksimum, żeby coś usłyszeć - mówi. Zaczęła słać pisma, w tym do samej straży pożarnej, ministerstwa, Rzecznika Praw Obywatelskich i burmistrza Woli. Za wiele nie wskórała.

Jesienią ubiegłego roku pojawiła się na komisji Rady Warszawy z transparentem i uzyskała pomoc od jednego ze stołecznych radnych. Po jego interwencji, jak mówi, natężenie dźwięku było już niższe. - W nocy zaczęli wyjeżdżać po cichu. Okazało się, że wcale nie trzeba wyć na terenie remizy, tylko zacząć później - komentuje.

Radość nie trwała jednak długo. Według naszej rozmówczyni po zmianie komendanta głównego straży pożarnej (w końcówce lutego tego roku) "znowu zrobiło się strasznie". - Co druga, trzecia noc jest nieprzespana. Jestem na emeryturze, już się z tym pogodziłam. Siadam wściekła i piszę maile - kwituje Ewa.

Jak wynika z ustawy Prawo o ruchu drogowym, pojazdy uprzywilejowane w trakcie jazdy muszą używać zarówno sygnałów świetlnych, jak i dźwiękowych. Głośno było właśnie w 2017 roku, kiedy auto jadące w kolumnie z ówczesną premier Beatą Szydło zderzyło się z samochodem Sebastiana Kościelnika (uznano go za winnego). Sąd potwierdził wtedy, że samochody rządowej kolumny nie miały podczas wydarzenia włączonych sygnałów dźwiękowych. Zarówno Ewa, jak i Marcin twierdzą, że po tym wypadku zwiększyło się natężenie używania sygnałów dźwiękowych.

Trudne sąsiedztwo ze Stadionem Narodowym

Grażyna z Saskiej Kępy też narzeka na hałas. Jest "sąsiadką" Stadionu PGE Narodowego i nie ukrywa, że nie jest to łatwe "sąsiedztwo". Mecze, koncerty, różne widowiska. Mieszkanka przyznaje, że niektóre imprezy idzie wytrzymać (nie są tak uciążliwe), jak np. ostatni występ Guns N' Roses czy - wcześniej AC/DC. Ale - jak podaje - dwa dni z Quebonafide były już bardzo trudne. - Myślałam, że dom się rozpadnie. U sąsiadów na niższych kondygnacjach ruszały się ciężkie meble - mówi.

Zwraca uwagę, że do samych koncertów dochodzą próby, które przeważnie trwają dwa-trzy dni. - Od rana do wieczora. U nas w mieszkaniach trzęsą się okna, trzęsą się naczynia w szafkach, ruszają się przedmioty - opowiada Grażyna. I dodaje, że nie ma do kogo iść na skargę. - Dzwonienie na straż miejską czy policję nic nie daje. Bo jest zgłoszona impreza masowa, więc niech się wszystko wali. Odbijamy się od ściany - mówi zrezygnowana.

Gdy dekadę temu na Stadionie Narodowym odbywał się Orange Warsaw Festival, Grażyna na ten czas wyprowadzała się z mieszkania. - Cztery dni i cztery noce. Nie można było spać - wspomina. Po serii skarg ze strony mieszkańców okolic stadionu zdecydowano, że od kolejnej edycji Festiwal ponownie odbywać się będzie na terenie toru wyścigów konnych na Służewcu.

Chaos, morze ludzi i rozrzucone auta. Tak się żyje obok Narodowego, gdy gra wielka gwiazda

Dwanaście tysięcy zgonów

WHO szacuje, że hałas jest drugą, po zanieczyszczeniu powietrza, przyczyną przedwczesnych zgonów w Europie.

Mówił o tym jakiś czas temu na naszej antenie Alan Grinde, założyciel Instytutu Ekologii Akustycznej.

- Wpływa destruktywnie na pracę naszego serca. Ekspozycja na hałas zwiększa ryzyko zawałów. W Polsce prawie dwa razy częściej umieramy na choroby serca niż w innych krajach Unii Europejskiej - podkreślił gość Agnieszki Lichnerowicz. Lista dolegliwości jest dłuższa. Nagły hałas - np. taki, jaki generuje szybko przyspieszający samochód czy motor - upośledzają nadnercza, mogą doprowadzić do insulinooporności, a w konsekwencji do cukrzycy.

Gość TOK FM podkreślił, że wedle zaleceń WHO powinniśmy funkcjonować w hałasie nie większym niż 55 decybeli. A w Warszawie dozwolone są uśrednione normy na poziomie 68 decybeli. - To już ponad dwa razy więcej, bo trzeba pamiętać, że skala decybelowa jest skalą logarytmiczną. Każde 10 decybeli to dla naszego ucha dwa razy głośniej - wyjaśniał.

 

 

Alan Grinde informował też, że Komenda Stołeczna Policji posiada 12 mierzących poziom dźwięku sonometrów, ale w styczniu br. wykonała jedynie trzy badania nimi. Spytaliśmy o to rzecznika KSP, czekamy na odpowiedź.

Instytut Ekologii Akustycznej planuje pozwać miasto za "naruszenie dóbr osobistych mieszkańców poprzez bezczynność władz wobec przemocy akustycznej, ekspozycji na hałas, zagrożeń zdrowotnych i środowiskowych oraz skrócenia lat życia w zdrowiu". Obecnie zbiera dowody.