advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Czy można się wzbogacić na hobby z dzieciństwa? Zysk większy niż z giełdy

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
28.04.2026 21:41

To jedna z bardziej gorących alternatywnych inwestycji świata. Karty z Pokemonami, które narodziły się 30 lat temu, teraz dają nieźle zarobić. Te najbardziej poszukiwane dają nawet tysiące procent zysku, a to więcej niż giełdowy indeks pięciuset największych amerykańskich spółek.

Karty Pokemon
Karty Pokemon
fot. Dawid Wolski/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego przez sklepy zabawkowe na świecie przetacza się fala kradzieży?
  • Dlaczego Pokemony coraz tłumniej zaludniają wyobraźnię włamywaczy i inwestorów?
  • Że Pikachu bije na głowę indeks pięciuset największych amerykańskich spółek i co mają z tym wspólnego Tytus, Romek i Atomek?

Ten odcinek zacznie się od serii włamań i kradzieży. Ich celem są sklepy zabawkowe na całym świecie. Czego szukają złodzieje? Kart z Pokemonami. Tylko w tym roku złodzieje okradli sklepy w Nowym Jorku, kanadyjskim Vancouver, japońskim Tokio czy angielskim Nottingham i wynieśli karty o milionowej wartości. Łup jest praktycznie nie do odzyskania, więc sklepy inwestują w systemy bezpieczeństwa, a swoje zbiory zamykają w pancernych sejfach. Skąd ta złodziejska moda? Czy można się wzbogacić na hobby z dzieciństwa?

16,5 miliona dolarów za kartę

Zaczniemy od pewnej transakcji. Informacje o niej światowe media umieściły w kategorii, w której lądują doniesienia o delfinach albinosach i rekordach w jedzeniu hot dogów na czas. Do transakcji doszło kilka tygodni temu w Londynie. Tamtejszy dom aukcyjny sprzedał wtedy kartę z Pokemonem za rekordową kwotę 16,5 miliona dolarów. Sprzedawcą był Logan Paul - kolekcjoner, youtuber i były zapaśnik. Karta to najlepiej zachowany egzemplarz Pokemon Illustrator, jedna z najrzadszych kart w historii gry.

Paul kupił Illustratora 4 lata temu za 5 milionów dolarów. Na tej jednej sprzedaży zarobił ponad 11 milionów dolarów co znaczy, że transakcja przyniosła mu 300 procentowy zysk. W roku, w którym Pokemony - najbardziej dochodowa seria medialna - obchodzą swoje 30-lecie. Gra stworzona w 1996 roku przez japońskiego projektanta gier wideo trafiła na wiosnę do konserwatywnego londyńskiego Muzeum Historii Naturalnej, w którym oprócz czasowej wystawy zorganizowano też czasowy sklep z gadżetami. Wydana przy okazji kolekcjonerska karta znalazła się na celowniku tak wielu zbieraczy, że ich naporu już pierwszego dnia nie wytrzymała internetowa strona muzeum. Z powodu przeciążenia przestał działać muzealny sklep internetowy z limitowaną kolekcją i ekskluzywną kartą, dla każdego kto zrobił w nim zakupy.

Muzeum Historii Naturalnej i tak miało więcej szczęścia niż Muzeum van Gogha w Amsterdamie, które trzy lata temu, podobnie jak londyńska instytucja w tym roku, nawiązało współpracę z producentem gry. Współpraca zakończyła się zamieszkami w muzealnym sklepie i wykupieniem wszystkich gadżetów z Pokemonami. Karta Pikachu with Grey Felt została wycofana, bo muzeum mogło nie przetrwać dalszej sprzedaży. Skąd to szaleństwo? Stoją za nim dorośli i dzieci, którzy z pasją polują na karty. Ale też wielkie pieniądze, roje skalpersów, zorganizowane złodziejskie szajki, wykfalifikowani i zawodowi spekulanci. Handel Pokemonami to jedno z najbardziej dochodowych współczesnych hobby, a rynek na karty do gry w ciągu minionych 20 lat dał lepszy zysk, niż amerykańska giełda.

Liczby, które robią wrażenie

Rynek kart Pokémon od początku lat dwutysięcznych wzrósł o blisko... 4 tysiące procent, znacznie przewyższając zwrot z amerykańskiego indeksu giełdowego S&P 500, który w tym samym okresie wyniósł niecałe 500 procent. Inwestycja w akcje firmy Meta, właściciela Facebooka, podrożały w tym czasie niecałe 2 tysiące procent. W ten sposób karty ze stworami z japońskiej gry wideo stały się jedną z najbardziej gorących alternatywnych inwestycji na świecie. Wymiana Pokemonów awansowała z osiedlowych podwórek i szkolnych korytarzy do sal eleganckich domów aukcyjnych i największych firm inwestycyjnych. Przede wszystkim za sprawą pandemii, ale też dzięki generacji Zet. I teraz będzie o tym jak wycenić tęsknotę za dzieciństwem.

Japońska gra wideo na konsole trafiła na rynek w 1996 roku a jej bohaterowie niemal od razu zyskali światową popularność. Pokémony zaludniły świat. Trafiły na ekrany telewizorów i w postaci kart do gry do plecaków i teczek małych i dużych na całym świecie. Po tym, jak ich popularność nieco przygasła, przeżyły drugą młodość, bo w 2019 roku opanowały smartfony. Nowa wersja gry z rozszerzoną rzeczywistością sprawiła, że polowanie na Pokemony stało się zajęciem wiralowym. Aż przyszła pandemia i łapanie czegokolwiek w plenerze znalazło się na indeksie. W cenie zaczęły być za to zajęcia, którym można się było oddawać przy kuchennym stole. Na przykład kolekcjonowanie, w tym za pieniądze, które rząd przelewał na konta Amerykanów w czasie lockdownu.

To właśnie w pandemii karty do japońskiej gry stały się absolutnym kolekcjonerskim przebojem. Stały się szczególnie poszukiwane także z dwóch innych powodów. Po pierwsze: dla generacji Zet miały wartość sentymentalną, przenosiły na szkolne boiska i osiedlowe place zabaw. Trend wykorzystywany w branży rozrywkowej i zabawkarskiej jako kidults, czyli dorosłe dzieciaki, przynosi dziesiątki miliardów dolarów zysku, bo dorośli mają pensje, które wydają, by bawić się jak dzieci. I po drugie: inwestowanie w Pokemony jest mniej ryzykowne niż w karty ze sportowcami. Ich wartość spada ze spadkiem formy zawodnika, a forma Pikachu jest wieczna. Ile można na tym zarobić? Wartość jednej z najbardziej poszukiwanych kart - Charizard, pomarańczowy stwór ze skrzydłami - od chwili jej wydania wzrosła o 5 tysięcy procent. To karta rekordzistka, bo statystycznie kolekcjonerskie egzemplarze przynoszą właścicielom mniej więcej 10 procent rocznie. Też nieźle, patrząc na przykład na marne 3-4 procent z bankowych lokat.

Może więc czas zajrzeć do zakurzonych szuflad ze szkolnych czasów? Na przykład książeczki w dobrym stanie z Tytusem, Romkiem i Atomkiem warte są po kilka tysięcy złotych. Co znaczy, że milionów z tego nie będzie, ale zabawa - epicka.

źródło: TOK FM