Moody's obniża rating Polski. "To powinien być sygnał alarmowy dla rządzących"
To powinien być sygnał alarmowy dla rządzących - mówią ekonomiści po tym, jak agencja ratingowa Moody's obniżyła nam ocenę wiarygodności kredytowej. Niższy rating analitycy tłumaczą fatalnym stanem finansów publicznych: lawinowo rosnącym długiem, coraz większą dziurą budżetową i - co jeszcze ważniejsze - brakiem perspektyw na naprawę sytuacji - zwłaszcza w obecnej sytuacji politycznej. Bo politycy nie chcą słyszeć ani o cięciach wydatków z państwowej kasy, ani o podwyżkach podatków, które zapewniły budżetowi dodatkowe pieniądze. A ekonomiści od dawna ostrzegają, że żyjemy ponad stan.
Po 24 latach ta agencja obcina nasz rating. Z tego odcinka dowiesz się:
- dlaczego agencja Moody's obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Polski;
- jakie mogą być tego reperkusje także dla naszych portfeli;
- i jaki rachunek możemy za ten niższy rating zapłacić.
To było zaskoczenie: agencja ratingowa Moody's, jedna z trzech dużych światowych agencji, obniżyła o jedno oczko naszą ocenę wiarygodności kredytowej. A nasz rating od Moody’s przez prawie ćwierć wieku był stabilny i cały czas nieco wyższy niż w przypadku pozostałych dwóch agencji, czyli Fitch oraz S&P. Za chwilę powiemy, czym analitycy tłumaczą decyzję o obniżce i co to dla nas oznacza, ale najpierw - dwa słowa wyjaśnienia: czym właściwie rating jest i dlaczego jest tak obserwowany? Najprościej rzecz ujmując: rating ma pokazywać w jakim stopniu dany rząd lub firma, bo są też przecież ratingi firm, jest w stanie terminowo i sumiennie spłacać swoje zobowiązania finansowe i obsługiwać długi. Im wyższa ocena, tym lepiej, bo tym bardziej wiarygodny dla rynków jest oceniany podmiot. W przypadku ratingu państw globalni inwestorzy nie mają czasu i możliwości szczegółowo analizować sytuację danego kraju. Stąd takie oceny, których podejmują się agencje ratingowe, są dla nich swoistym drogowskazem: czy warto temu państwu pożyczyć pieniądze. A w naszym, polskim przypadku, potrzeby pożyczkowe mamy ogromne.
"Ważny sygnał ostrzegawczy dla polityków i społeczeństwa"
Teraz o tym, dlaczego agencja Moody's zdecydowała się na obniżkę naszej oceny wiarygodności kredytowej, choć - podkreślmy - wciąż jest ona na wysokim poziomie. Powód jest jeden, czyli stan naszych finansów publicznych. Nienajlepszy stan to jedno, a drugie, brak perspektyw jego wyraźnej poprawy. Zadłużamy się w bardzo szybkim tempie, a do tego mamy w państwowej kasie potężną dziurę. I to wszystko w czasie kiedy gospodarka kwitnie. Zdaniem Moody's, potwierdza to trwałe pogorszenie kondycji fiskalnej Polski, a do tego z powodów politycznych, czyli bardzo trudnej współpracy na linii rząd - prezydent - nie ma większych szans na zmiany mogące prowadzić do naprawy publicznej kasy. Do tego rosną koszty obsługi naszego długu - w przyszłym roku o jedną piątą, same odsetki, które musimy płacić, sięgną 100 mld złotych. Ekonomiści mówią więc wprost: decyzja Moody's to ważny sygnał ostrzegawczy dla polityków i społeczeństwa.
Sama rynkowa reakcja na decyzję Moody's była umiarkowana, ale to dlatego, że rynki od dłuższego czasu wyceniały pogarszającą się sytuację budżetową Polski. I od wielu tygodni widzimy tego efekty: rosną rentowności polskich obligacji. Co ten ekonomiczny termin oznacza w praktyce?
Że musimy inwestorom płacić więcej za pożyczane pieniądze. Pożyczamy od nich, sprzedając im papiery wartościowe, czyli obligacje. Rentowność to procent, który musimy zaoferować, żeby zdobyć chętnych do pożyczenia nam pieniędzy - tyle finalnie na tym interesie zarobią. W tym kontekście najczęściej przywołuje się obligacje dziesięcioletnie, których rentowność wzrosła do poziomów, jakich nie było od lat: przekracza już grubo 6 procent. Niższy rating może spowodować, że taki inwestor albo zastanowi się dwa razy, albo zażąda większych procentów za to że pożyczy nam pieniądze. I to może być jeden ze skutków decyzji agencji Moody's. Drugim może być sytuacja polskiego złotego, że raczej w najbliższym czasie może być słabszy niż silniejszy. Ale jest też trzeci, na który wskazują ekonomiści. I ten już konkretnie przełożyłby się na nasze kieszenie.
Bo sytuacja państwowych finansów, olbrzymi i powiększający się dług oraz dziura w budżecie mogą w pewnym momencie doprowadzić do konieczności mocnego zaciśnięcia pasa. A rząd ma w zanadrzu tylko dwie opcje: zwiększenie dochodów albo ścięcie wydatków. A dochody można zwiększyć tylko w jeden sposób: podwyżką podatków. Ekonomiści mówią, że powinna zacząć się dyskusja nad takimi zmianami, połączonymi z całościową reformą systemu podatkowego. Ale to temat politycznie trudny, zwłaszcza na rok przed wyborami i tu raczej nie ma co liczyć na polityczne porozumienie. Drugim sposobem jest cięcie wydatków, czego - znowu, na rok przed wyborami - politycy będą unikać jak ognia. Po dobroci ani do jednej, ani do drugiej opcji przekonać się więc ich nie da, gorzej, kiedy przyszedłby nagły kryzys. Wtedy mogą być do tego zmuszeni.
Tym bardziej że - jak podkreśla agencja Moody's, obecny stan dobrej koniunktury powinien służyć budowaniu poduszki finansowej na gorsze czasy, a tego nie robimy. Bo koniunktura naprawdę jest niezła, nasz wzrost gospodarczy oscyluje wokół solidnych 3-4 procent, co oznacza, że w Polsce nie ma mowy o żadnym kryzysie czy recesji. Jest mowa o trudnej kondycji publicznych finansów, za co kiedyś przyjdzie nam zapłacić rachunek.
Źródło: TOK FM