,
Obserwuj
Gospodarka

Najpierw Niemcy, a teraz oni. Oto nowy "chory człowiek Europy" stanął na krawędzi

Wojciech Kowalik, Anna Augustyn
4 min. czytania
15.10.2026 07:01

Mamy nowego "chorego człowieka Europy" - tak ekonomiści mówią o Francji, która stanęła na krawędzi gospodarczej katastrofy. Kogo Francja pociągnie za sobą w gospodarczą otchłań?

Protesty uczniów w Tuluzie, 13 października 2026 r.
Protesty uczniów w Tuluzie, 13 października 2026 r.
fot. LIONEL BONAVENTURE / AFP

Druga gospodarka strefy euro właśnie poważnie się rozchorowała. W tym odcinku powiemy:

  • Dlaczego Francja już nie należy do grona państw najbardziej godnych finansowego zaufania;
  • Do wpędziło kraj w finansowe tarapaty;
  • I dlaczego na wojnie o państwową kasę poległo już dwóch premierów.

Ten odcinek zacznie się na ulicy, bo na tej ulicy od tygodni przeciwko edukacyjnej mizerii protestuje francuska młodzież. Klasy są zbyt liczne, szkoły się walą, brakuje nauczycieli. Protestujących ścigają po ulicach oddziały szturmowe, płoną samochody i śmietniki, w szpitalach lądują policjanci i nastolatki. W czasie tych protestów, dokładnie 1 października, francuski rząd przedstawia projekt budżetu na przyszły rok. A na ekranach inwestorów dzieje się coś, czego nie widziano od niemal 25 lat. Koszt obsługi państwowego długu rośnie do poziomu z czasów światowego kryzysu finansowego w 2002 roku. Jak to możliwe, że w drugiej co do wielkości gospodarce strefy euro na odsetki od publicznego długu państwo wydaje więcej niż na edukację? Jak Francja stała się europejską czarną owcą? I dlaczego może pociągnąć w dół innych?

Na początek krótka lekcja, bo o edukację przecież w tym odcinku chodzi. Temat lekcji: obligacje. Obligacje to w uproszczeniu papiery dłużne. Czyli dokumenty potwierdzające pożyczkę, gdy państwo (albo firma) pożycza od inwestorów pieniądze i obiecuje oddać je z odsetkami. Rentowność mówi, ile realnie zarabia ktoś, kto taki papier kupi. Kiedy inwestorzy przestają ufać dłużnikowi, sprzedają jego obligacje. Cena spada, a rentowność rośnie. Dla państwa oznacza to jedno: nowa pożyczka jest droższa niż poprzednia. Jak w refinansowaniu taniego kredytu, drogim kredytem. Nowe raty są wyższe. Tyle że w przypadku obligacji nie ma rat. Jest jeden termin zapadalności, gdy pożyczający musi obligacje wykupić. Czyli pieniądze oddać.

Rządy pieniądze oddają zawsze lub prawie zawsze. Ale koszty tego oddawania spędzają im sen z powiek. Zwłaszcza gdy rynek uznaje, że nie są wystarczająco zapobiegliwe i wydają więcej niż powinny - tak jak w przypadku Francji. Czy Francja pożycza dziś drożej niż Grecja? Tak. I drożej niż Włochy. "Financial Times" przypomina, że koszt francuskiego długu przeskoczył grecki pod koniec 2024 roku, a włoskiego w zeszłym roku. Przez lata Francja - obok Niemiec - należała do grona krajów najbardziej godnych finansowego zaufania. W przeciwieństwie do Grecji i Włoch znanych ze swojej niegdysiejszej niefrasobliwości. Dzisiaj jest dokładnie odwrotnie. Jak to się stało?

Pół wieku bez zrównoważonego budżetu

Na tym polu Francja od lat mocno się starała. Ostatni raz zrównoważyła budżet - czyli wydawała tyle ile miała - w 1974 roku. Ponad pół wieku temu! Od 2002 roku Francja ma deficyt każdego roku, nawet jeśli nie liczyć odsetek od długu. Czyli nawet gdyby dług nie kosztował nic, i tak by brakowało. Za prezydentury Emmanuela Macrona dług wzrósł o ponad bilion euro. Najpierw państwo kosztowały reformy przyjazne biznesowi, potem przyszły kolejne kryzysy i kolejne pakiety ratunkowe. W końcu - według "Financial Timesa" - obsługa długu stała się największym pojedynczym wydatkiem francuskiego państwa. Większym nawet niż obronność. O edukacji nie wspominając. W 2024 roku Macron rozpisał przedterminowe wybory, które skończyły się dla niego brakiem parlamentarnej większości. Od tamtej pory budżet to wojna pozycyjna. Poległo w niej już dwóch premierów. 

Aktualnie podatki pochłaniają we Francji większą część gospodarki niż średnio w krajach na podobnym poziomie gospodarczym. Więc podnoszenie ich dalej jest ryzykowne. Tym bardziej że prawie jedną czwartą wydatków publicznych zjadają emerytury. Francuzi przechodzą na nie wcześnie i nie mogą narzekać na ich wysokość. Każda próba zmiana wyprowadza dyskusję na ulice. Jest jak jest, więc francuski minister finansów podsumowuje sytuację krótko: podstawowy problem Francji jest taki, że za mało pracuje. 

Skoro nie można podnosić podatków - trzeba pożyczać. W przyszłym roku Francja zaciągnie dług na rekordową kwotę, o jedną dziesiątą wyższą niż w tym roku. Część pieniędzy pójdzie na spłatę starych, tanich pożyczek z czasów pandemii. Reszta na bieżące potrzeby. A błędne koło przyspieszy. Wzrosną odsetki, więc powiększy się budżetowa dziura. Gdy powiększy się dziura, inwestorzy zażądają więcej za pożyczanie. Wzrosną więc odsetki. I tak dalej, i tak dalej i tak dalej...

Redakcja poleca

Kto może uratować Francję przed finansową katastrofą?

Nasuwa się więc pytanie: kto tutaj coś może? Potencjalnie Europejski Bank Centralny, który ma sposoby, by wspierać państwa strefy euro w ekstremalnych kłopotach. Jest jednak warunek: zdrowy rozsądek w prowadzeniu finansów, czytaj - oszczędność, na którą we Francji się nie zanosi. Bo na płonące uliczne barykady wstąpiła francuskie pokolenie Zet. A na drugim końcu świata japońscy inwestorzy, którzy pożyczali Francji pieniądze miliardami, od Francji się odwrócili. I nie tylko oni. A Europa zastanawia się, czy "francuska zaraza: będzie się szerzyć. I kto zapadnie na nią pierwszy. Na koniec dobre wiadomości. I jedna zła. Zła jest taka, że w kwietniu Francuzi będą wybierać nowego prezydenta. Analitycy finansowi w swoich szklanych kulach widzą więc jeszcze więcej rynkowego zamieszania.

Bo kampania wyborcza oznacza też - zwykle - wyścig na obietnice. Dobra jest taka, że Francja jest wielką i nowoczesną gospodarką, ma sprawnie ściągane podatki, wysokie oszczędności obywateli i stabilne banki. Chętnych do pożyczania jej pieniędzy wciąż jest więcej niż potrzeb. Francja znalazła się więc w pół kroku między barykadami a budżetem. I decyzją, na co ją stać. A ekonomiści nowego "chorego człowieka Europy" widzą już nie w Berlinie, a w Paryżu. 

Źródło: TOK FM