Tania ropa zakończy wojnę na Ukrainie? Rosja dostaje po kieszeni
Świat ma dużo za dużo ropy naftowej. Na tyle za dużo, że magazyny na lądzie pękają w szwach, dlatego jest ładowana do tankowców i pływa po morzach i oceanach czekając na chętnych. W transporcie jest najwięcej surowca od niemal dekady. To fatalna wiadomość dla Moskwy, bo nie dość że zarobi mniej petrorubli na wojnę w Ukrainie, to Stany Zjednoczone mogły nałożyć dotkliwe sankcje na rosyjskich gigantów naftowych.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Skąd wzięły się nadwyżki ropy?
- Jak na taniej ropie zyskają kredytobiorcy?
- Co słychać w Chinach?
Na początek stan obecny i najnowsze dane o tym, co na morzu. Według analiz firmy Vortex zajmującej się oceną rynku wydobywczego, całkowita ilość ropy w tranzycie wzrosła do miliarda 200 milionów baryłek. To najwięcej od niemal dekady. Podobnie wielką ilość surowca trzymano na morzu w czasach pandemii. Gdy magazyny rezerwowe były wypełnione po brzegi, a ropę wciąż kopano, nadwyżka lądowała w każdym możliwym zbiorniku - od wielkich super tankowców po niewielkie barki. Tam czekała na lepsze czasy, odmrożenia światowej gospodarki i powrót do konsumowania paliw w przed pandemicznym tempie. Teraz podobnego renesansu trudno się spodziewać, więc ropa sobie pływa i szuka nabywców.
Niektóre z transportów ruszają w podróż, zwłaszcza z portów Bliskiego Wschodu bez konkretnego celu. Kupujący znajdują się dopiero, gdy są już w drodze. Są takie, na które w ogóle nie ma chętnych. Te stoją na otwartym morzu i czekają. Coraz częściej takie zakupy to prawdziwe okazje z rodzaju "wielkiej wyprz". Rynki wyceniają, że dostawy ropy kontraktowanej na następny miesiąc, czyli "na już", będą tańsze niż surowiec kontraktowany z większym wyprzedzeniem. Ceny więc spadają i są najniższe od blisko pół roku. I jak prognozuje Międzynarodowa Agencja Energii inaczej na razie nie będzie.
Dlaczego jest taniej?
Po pierwsze: wpływa na to nieprzewidywalna polityka handlowa Ameryki i wybuchające to tu, to tam kolejne wojny celne. Ich skutkiem jest hamowanie kolejnych branż w kompletnym chaosie a wraz z nimi niemal całej światowej gospodarki.
Po drugie: jeden z największych rynków konsumenckich na świecie - Chiny, elektryfikuje swój transport. Produkują więcej samochodów na prąd niż potrzebują, z powodu barier celnych ich eksport nie idzie z taką szybkością jak prognozowano. Krajową flotę przestawiają na baterie upychając u siebie to, czego nie zdążą sprzedać na świecie.
Po trzecie: perspektywa, że Indie zaczną kupować więcej ropy na zachodzie i bliskim wschodzie - znacznie się oddaliła. Dzisiaj Indie są jednym z największych klientów Rosji. Kupują od niej supertani surowiec, bo Zachód nałożył na nią embargo. Rezygnacji z tych zakupów domagał się od Indii prezydent Donald Trump. Ale wygląda na to, że przestał. Czyli back to business as usual.
I po czwarte: kraje wydobywające ropę zamiast zmniejszać - zwiększają produkcję. Tu przyczyną jest między innymi... zemsta. Arabia Saudyjska celowo podniosła swoje wydobycie powyżej ustalonego poziomu, czym doprowadziła do spadku cen ropy dla wszystkich państw naftowych w regionie. W tym dla Kazachstanu, który będzie zarabiać na ropie mniej - za karę. Bo wcześniej nie dotrzymywał słowa i dostarczał na rynek ropę ponad ustalony limit. Nie dla zemsty, ale by zwiększyć wpływy ze sprzedaży, więcej ropy wydobywają także inni producenci jak Irak, Algieria czy Nigeria. I prognoza jest taka, że będą to robić nadal. Plus szykuje się kolejne oficjalne podniesienie limitów przez organizację wydobywców, czyli OPEC+. Ropy więc będzie coraz więcej, a potrzeby - mniejsze. Bo jeden z największych odbiorców na świecie, Chiny, przestał ja kupować na zapas.
System naczyń połączonych
Dla kredytobiorców wieści o żeglującej po oceanach naftowej nadwyżce to miód na serce. Tania ropa oznacza tanie paliwa. Tanie paliwa to tańszy transport. To przekłada się na niższe ceny usług i towarów, bo wszystko na jakimś etapie produkcji trzeba przewieźć z miejsca na miejsce. A to z kolei hamuje inflację. Niższa inflacja to decyzje banków centralnych o cięciu stóp procentowych, takie jak decyzje Rady Polityki Pieniężnej, w tym roku aż cztery. Na końcu to oznacza niższe raty kredytów i więcej do wydania na wszystko inne.
Chińczycy już nie trzymają się mocno
Na pozór nie jest źle. Gospodarka urosła w trzecim kwartale o blisko 5 procent, czyli nieco więcej niż się spodziewano. Jeśli ten kurs uda się utrzymać do końca roku, chińska partia komunistyczna zrealizuje planowany cel. Sytuacja wygląda gorzej, gdy przyjrzeć się danym bliżej. Chińscy konsumenci wydają pieniądze niechętnie, firmy inwestują mniej. Jedynym powodem, dla którego wzrost gospodarczy nie załamał się całkowicie, jest rekordowy eksport. Chińskie fabryki zalewają świat towarami, wywołując gniew od Brukseli po Waszyngton. Gdy Zachód postawi nowe zapory - fala towarów zawróci. A już teraz nadprodukcja jest dla Chin poważnym problemem, wywołującym dramatyczną w skutkach - nowe słowo - inwolucję. Bratobójczą wewnętrzną walkę konkurencyjną o kieszenie konsumentów, kończącą się korkociągiem obniżek cen. Obniżek aż do bólu, bo celem staje się sprzedaż, a nie zysk. Tak jest w chińskim przemyśle motoryzacyjnym, którego produkcja nie mieści się już na magazynowych placach. A musi z nich systematycznie znikać, by robić miejsce dla kolejnych nowych partii. W Chinach działa ponad 100 producentów samochodów elektrycznych, każdy z nich walczy o przetrwanie. I dlatego po fali obniżek cen i promocji jeden z modeli BYD kosztował mniej niż 8 tysięcy dolarów, czyli jakieś 30 tysięcy złotych.
I na koniec o decyzji. Decyzji, która może zaważyć na finansach Rosji. Decyzji, która mogłaby nie zapaść, gdyby nie nieprzebyte morze ropy płynącej od jej producentów. Chodzi o amerykańskie sankcje na dwóch największych rosyjskich producentów i przetwórców ropy: Rosnieft i Łukoil. Decyzja o sankcjach zapadła niespodziewanie, a jej celem ma być przekonanie Moskwy, że powinna zasiąść do rozmów o pokoju w Ukrainie. Obie firmy odpowiadają za ponad połowę produkcji, a jedna z nich jest prowadzona przez bliskiego zausznika Władimira Putina. Umieszczenie rosyjskich gigantów na czarnej liście podobno było już rozważane za czasów prezydenta Joe Bidena. Nie podjęto jej ze strachu o światowy kryzys paliwowy. Dzisiaj obaw nie ma, ropy jest za dużo i jest handlowy wybór. Amerykanie chętnie sprzedadzą surowiec tam, gdzie miejsce zajmowała Rosja. Na przykład do Chin.