Chaos i cierpienie zwierząt w ZOO w Łącznej. "Sytuacja prosto z filmu"
Chaos, kości zwierząt znalezione na terenie ogrodu zoologicznego i brak jasnych dowodów na maltretowanie - przyszłość mini ZOO w Łącznej pozostaje pod dużym znakiem zapytania. - Utracono kontrolę nad tym całym planem - tak interwencję i próbę wywozu zwierząt komentował w TOK FM Szymon Kastelik.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co się dzieje w mini ZOO w Łącznej?
- Czego dotyczy śledztwo ws. ZOO w Łącznej i od kiedy trwa?
- Czy dyrektor mini ZOO został aresztowany?
Od wtorku trwa dramatyczna interwencja służb w prywatnym ogrodzie zoologicznym w Łącznej na Dolnym Śląsku. Akcja wywołała ogromny chaos i społeczny protest mieszkańców, którzy próbują blokować relokację ponad 560 zwierząt. Jak mówił w "Pierwszym programie" w TOK FM Szymon Kastelik, reporter Radia ZET, jak dotąd blokada jest całkiem skuteczna. Do tej pory wywieziono głównie zwierzęta egzotyczne, np. tygrysa i kangura do ZOO w Holandii.
- Zastałem sytuację prosto z filmu, gdzie policja blokuje ZOO, mieszkańcy stoją na ulicy i protestują - opisywał Kastelik w rozmowie z Wojciechem Muzalem, podkreślając, że akcja służb nie przypominała sprawnej ewakuacji ani sprawnego zarządzania. - Prokuratura staje się trochę bezsilna - stwierdził gość TOK FM. W czwartek odbył się sztab kryzysowy zwołany przez wojewodę dolnośląskiego. W akcji mają pomóc m.in. ogrody zoologiczne we Wrocławiu i w Opolu, jako że prokuratura przyznała, że dużo organizacji odwołało swój udział i nie przyjmie przeniesionych z Łącznej zwierząt.
Szymon Kastelik wskazał, że według mieszkańców Łącznej związanych ze środowiskiem prozwierzęcym kontrole weterynaryjne nie stwierdziły żadnych zaniedbań. Jednocześnie Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska twierdzi, że kontrole faktycznie wykazywały nieprawidłowości, np. zbyt małe przestrzenie dla zwierząt. - GDOŚ poinformowała, że od sierpnia trwa procedura cofnięcia pozwolenia na prowadzenie tego ogrodu zoologicznego - przekazał reporter Radia ZET.
Z kolei Wojewódzki Inspektor Weterynarii w województwie dolnośląskim powołał się na regularne kontrole powiatowego lekarza, który nie informował o żadnych drastycznych zdarzeniach typu wygłodzenie zwierząt czy niewyjaśniona śmierć zwierzęcia. - Dlaczego nagle zauważono coś złego? - zastanawiał się Kastelik.
Nieudana interwencja. Służby muszą prosić o pomoc
W czwartek dyrektor mini ZOO Marcin Nowaczyk wyszedł na wolność, bo sąd nie zgodził się na jego tymczasowy areszt. Jak tłumaczył, w każdym ZOO zdarza się sytuacja, że zwierzę umrze. - Zwłaszcza, że oni przyjmowali zwierzęta, które wcześniej cierpiały i gdzieś indziej przeżywały swój dramat. I oni je leczyli, mieli swój własny gabinet weterynaryjny na miejscu oraz dwóch lekarzy - dodał Szymon Kastelik. Jeśli zaś chodzi o kości znalezione na terenie ogrodu zoologicznego, to mogły być to resztki po karmie dla drapieżników. - Sympatycy ZOO wskazują, że to był błąd, a nie przestępstwo - mówił gość "Pierwszego programu".
Reporter w rozmowie z Wojciechem Muzalem ocenił, że problemem jest brak centralnego azylu da zwierząt. - Dochodzi do sytuacji, że gdy prokuratura chce zająć się sprawą, policja przyjeżdża na miejsce, to służby muszą się prosić i szukać różnych organizacji, które by pomogły im w relokacji zwierząt - stwierdził Kastelik.
Śledztwo w sprawie mini ZOO w Łącznej trwa od maja. Prokuratura wówczas pozwoliła ogrodowi na to, żeby zwierzęta pozostały w Łącznej jako zabezpieczony dowód w sprawie. - Dyrektor całkowicie nie rozumiał, dlaczego nagle, po kilku miesiącach, taka akcja została zorganizowana. Szczególnie, że została zorganizowana byle jak - mówił reporter, wskazując, że Marcin Nowaczyk został poinformowany o relokacji zwierząt dzień przed interwencją. Obecnie dostał sądowy zakaz wstępu na teren ogrodu.
Teorie spiskowe wokół ZOO w Łącznej
- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że niezależnie od tego, czy te zwierzęta wcześniej cierpiały, czy nie cierpiały, to na pewno cierpią teraz - ocenił gość Wojciecha Muzala. W Łącznej rośnie napięcie, a w internecie pojawiają się teorie spiskowe. Już zdementowano np. informacje o tym, że wywieziony tygrys nie żyje. - Wczoraj służby potwierdziły, że ktoś uszkodził ogrodzenie ZOO i jakieś zwierzęta mogły uciec. Teraz chyba same nie wiedzą, ile dokładnie zwierząt tam na miejscu jest - komentował Szymon Kastelik.
Reporter Radia ZET wskazał też na fakt, że interwencja w Łącznej to konflikt na poziomie samorządowym i politycznym. - Niektórzy posłowie też się tym tematem już zainteresowali. Burmistrz gminy Mieroszów, gdzie znajduje się Łączna, czy radni z powiatu wałbrzyskiego stoją w obronie tego ogrodu zoologicznego - mówił Kastelik. Jak wyjaśnił, to kwestia gospodarcza: z ZOO współpracowali np. rolnicy i hodowcy zwierząt w regionie. - Pracownicy ZOO też walczą o swoje miejsca pracy, bo dla nich taka sytuacja to jest koniec. To nie jest najbogatszy rejon, tam nie ma dużo miejsc pracy - tłumaczył Kastelik.
Źródło: TOK FM