Pan Kazik nie ukrywa, że jest gejem. "Moja miejscowość jest strefą wolną od LGBT, czyli tak naprawdę ode mnie"
Pan Kazio pracuje w Lublinie, a mieszka w Niedrzwicy Dużej, około 30 kilometrów od miasta. Jest mechanikiem w wojsku. Nie może podawać wielu szczegółów na temat swojej pracy, ale przyznaje, że czuje się w niej akceptowany i szanowany. Jak mówi - jest dumny z tego, że odważył się wyjść z ukrycia, w którym żył przez długi czas.
Coming outu dokonał, gdy miał 47 lat. Pracował w Niemczech i to tam przekonał się, że nie musi udawać. Jednak w swojej okolicy był początkowo dość skryty, bo to mała miejscowość, gdzie ludzie się znają. Wszystko się zmieniło, gdy cztery lata temu włączył się w organizację I Lubelskiego Marszu Równości. - Pokazałem wtedy publicznie swoją twarz. To było dla mnie mega ważne. Powiedziałem, że jestem gejem i się tego nie bałem - wspomina. Dziś nie ukrywa już swojej tożsamości. Na co dzień nosi koszulki, czapkę czy bluzę z tęczowymi emblematami.
Jak mówi, I Marsz Równości zmienił Lublin. - Mogę śmiało powiedzieć, że zrobiliśmy rewolucję. Zmieniliśmy to miasto. Na początku był opór wielu środowisk. 'Jak to, Marsz Równości? W Lublinie?' - pytali. Na trasie naszego zgromadzenia była masa ludzi modlących się, do tego kibice - wszyscy przeciwko nam. Pamiętam, jak parę centymetrów nad moją głową przeleciała raca, która ostatecznie wpadła na tęczową sektorówkę [ogromna flaga Marszu Równości - red.] - opowiada.
Według pana Kazimierza, z każdym kolejnym marszem było już spokojniej i bezpieczniej. Zmieniało się też podejście samych uczestników. - Przy pierwszym wydarzeniu ludzie jechali do nas autobusem bez emblematów, tęczowych ubrań, by nikt ich nie rozpoznał. Dopiero na miejscu się przebierali. Dziś tego nie ma. Przyjeżdżają kolorowi, tęczowo ubrani, umalowani. Nikt już się nie wstydzi - cieszy się.
- Teraz człowiek taki jak ja, z małej miejscowości pod Lublinem, został nominowany do tak ważnej nagrody w Polsce - mówi z dumą gość TOK FM.
Chodzi o nominację do Koron Równości - to nagrody uznawane za jedne z najbardziej prestiżowych w kraju, jakie można otrzymać za działalność na rzecz społeczności LGBT+. Pan Kazio był nominowany w kategorii 'Zaangażowanie społeczne'. Nie wygrał, ale - jak mówi - sama nominacja była dla niego ogromnym wyróżnieniem.
- Różne osoby do mnie piszą, chcą się poradzić, szukają wsparcia. Czuję się potrzebny - przyznaje aktywista. Zastrzega jednak, że do takich rozmów - np. z młodymi, którzy chcą dokonać coming outu, ale się boją - trzeba być przygotowanym. - Dlatego poprosiłem Kampanię Przeciw Homofobii, by mi podpowiedzieli, jak działać, jak bezpiecznie doradzać, by kogoś nie skrzywdzić, ale też nie zostawić bez pomocy - mówi.
Pan Kazio jest nie tylko aktywistą LGBT. Działa też na rzecz lokalnej społeczności. W Lublinie jest wolontariuszem przy wielu wydarzeniach kulturalnych, choćby przy Nocy Kultury. Dodatkowo aktualnie bierze udział w Lubelskiej Szkole Liderów.
Nigdy nie krył, że jest osobą wierzącą, a wiara jest dla niego szczególnie ważna. Należy do grupy 'Wiara i Tęcza'. W tym roku był na Europejskim Forum Chrześcijańskich Grup LGBT. - Dyskutowałem z osobami z innych krajów o marszach równości, bo to mój konik. Wiem, że w Polsce jest jeszcze pod tym względem wiele do zrobienia, ale jednocześnie wiem, że są miejsca, gdzie jest gorzej niż u nas - mówi Strzelec.
Jak dodaje, liczy na to, że przyjdzie moment, że marsze nie będą przez nikogo atakowane i nie będzie potrzeba setek policjantów do ich zabezpieczenia.
Chyba najbardziej boli go to, że miejscowość, w której mieszka, jest 'strefą wolną od LGBT'. - Czyli tak naprawdę strefą wolną ode mnie - kwituje. Jak mówi, próbował rozmawiać z wójtem i z radnymi, by wycofali się z uchwały, bo jest wykluczająca i dyskryminująca, ale też może spowodować utratę unijnych pieniędzy dla gminy. - Wiem, że urzędnicy nawet dostali pismo z Komisji Europejskiej, że takie uchwały są złe i dyskryminujące, i że przez to mogą nie dostać dotacji - mówi. W duchu liczy, że uchwałę uda się uchylić. Jako aktywista walczący ze strefami wolnymi od LGBT był też m.in. u lubelskiego arcybiskupa, o co zabiegał przez dwa lata. Pisał również do papieża Franciszka.