Byliśmy u Bena z Zimbabwe. Student utknął w szpitalu na lata. Jest przełom
28-letni dziś Bensley pochodzi z Zimbabwe. Przyleciał do Polski w maju 2021 roku - na studia pielęgniarskie na jednej z prywatnych uczelni w Lublinie. Jego historię opisywaliśmy przed rokiem na naszym portalu. Pod koniec 2021 roku Ben miał wypadek samochodowy. Był pasażerem w aucie, którego kierowca uderzył w słup energetyczny. Doznał m.in. poważnych obrażeń głowy. Przez ponad dwa i pół roku leżał w szpitalu na neurologii. Jak mówili lekarze - "w stanie wegetatywnym" - nie mówił, nie wstawał, nie siadał. Był całkowicie zależny od innych. W międzyczasie przeszedł m.in. sepsę i zatrzymanie akcji serca.
Bensley przeleżał w szpitalu dwa i pół roku, bo nikt inny go nie chciał przyjąć. Placówka pisała w tej sprawie do Ministerstwa Zdrowia, wojewody, do innych instytucji. Podkreślała, że ponosi ogromne koszty pobytu pacjenta z Zimbabwe - ponad milion złotych za pierwsze dwa lata. Wszyscy rozkładali ręce, bo chłopak był nieubezpieczony (ubezpieczenie straciło ważność w trakcie hospitalizacji). Nikt nie chciał za jego leczenie czy rehabilitację płacić. Aż do teraz.
Ben od kilku dni jest w ośrodku opiekuńczo-pielęgnacyjnym w Klimusinie, około 30 km od Lublina. Miejsce w ośrodku pomogli zorganizować lekarze z Kliniki Rehabilitacji SPSK4 w Lublinie, na czele z prof. Tomaszem Blicharskim. Na razie pobyt jest za darmo, ale ośrodek już podjął działania, by sytuację chłopaka uregulować.
Wiadomo, że na razie o powrocie do Zimbabwe - ze względu na stan zdrowia - w ogóle nie ma mowy. Dlatego Ben powinien dostać kartę stałego pobytu. - Będziemy o to zabiegać u pana wojewody. Na razie ma pobyt czasowy, do października, ale już podjęliśmy działania, by mógł dostać kartę stałego pobytu. To ułatwiłoby inne procedury - wyjaśnia Agata Jączyk, właścicielka i dyrektorka zakładu w Klimusinie. Ośrodek działa od 15 lat, ma doświadczenie z tego typu historiami.
Student z Zimbabwe nie jest jedyny. Szpitale mają problem. 'Nie mamy od kogo odzyskać pieniędzy'
Ponadto Ben został przed sądem ubezwłasnowolniony. To było potrzebne, by móc m.in. umieścić go w ośrodku, ale też podjąć inne, administracyjne procedury. Dziś jego opiekunem prawnym jest jego ojciec. Pracownikom ośrodka udało się również uzyskać dla Bena orzeczenie o niepełnosprawności. - Komisja potwierdziła niepełnosprawność w stopniu znacznym - precyzuje Agata Jączyk. To ułatwi staranie się o kartę stałego pobytu, która umożliwi uzyskanie dla Bena ubezpieczenia.
Wspólna praca - rodziców i lekarzy
W listopadzie 2023 roku do Lublina przyjechali rodzice Bena. - Od początku wiedzieliśmy, że jego stan jest bardzo poważny. Zadzwoniono do nas z uczelni, której był studentem. Ale wierzyliśmy mocno, że z tego wyjdzie, że szybko dostaniemy dobre wiadomości. Tak się jednak nie działo - opowiada tata mężczyzny Bernard Moyo. - Jesteśmy zwykłą rodziną, jakich wiele. Mamy jeszcze dwóch młodszych synów. Przybycie tutaj, do Polski, nie było dla nas łatwe. Potrzebujesz wizy, potrzebujesz dużych pieniędzy na zorganizowanie podróży. Nie byliśmy na to przygotowani. To zdarzenie całkowicie zmieniło nasze życie. W końcu wzięliśmy pożyczkę z banku, dostaliśmy też ogromne wsparcie od rodziny i przyjaciół - dodaje.
Trzy tygodnie temu Ben trafił na szpitalną rehabilitację. Wspólne wysiłki rodziców i lekarzy dały rezultaty. Mężczyzna otworzył oczy, zaczął reagować na różne bodźce. - Rusza głową z prawej na lewą stronę i odwrotnie, stąd wiemy, że rozumie, czym jest prawa, a czym lewa strona. Wodzi wzrokiem za nami, za innymi osobami. Na pytania, które mu zadajemy, przytakuje wzrokiem, czasami zaprzecza. Widzę, gdy jest zadowolony, uśmiecha się, a czasami się wzrusza, płacze. Chciałby coś powiedzieć, ale na razie nie może - mówi mama Bena Yon Moyo.
Pierwsze wyjście na słońce
Właśnie na rehabilitacji lekarze wpadli na pomysł, by - na specjalnym wózku - po dwóch i pół roku w szpitalu 8 lipca wyprowadzić Bena na zewnątrz. - Widziałam, jak bardzo był szczęśliwy, że mógł w końcu zobaczyć słońce, kwiaty, drzewa, poczuć zapach powietrza. Widzieliśmy wtedy, że on chce płakać, był taki pełen emocji! Następnego dnia widziałam, jakby chciał powiedzieć do mnie: Mamusiu, dziękuję! - dodaje pani Moyo.
Dziś Ben oddycha samodzielnie, ale po tak długim unieruchomieniu większość jego mięśni nie pracuje, w wielu miejscach ma przykurcze. Trzeba mu regularnie odsysać ślinę, bo nie jest w stanie jej połykać. Jest żywiony przez PEG-a, czyli przez specjalną rurkę, dojelitowo. Ale, jak słyszymy od lekarzy, sprawdzono np., czy reaguje na słodki i gorzki smak. - Reaguje - cieszą się rodzice.
'Wierzymy, że będzie dobrze'
Mama Bena to osoba niezwykle pozytywna, optymistycznie nastawiona do życia, cały czas się uśmiecha i mówi do syna. Gdy przyjechaliśmy do ośrodka, opowiadała mu, że właśnie ma urodziny. Przypominała, jak przed wyjazdem do Polski składał jej życzenia i przytulał. Połączyła się także przez Whatsappa z młodszym z braci w Zimbabwe. Gdy Ben zobaczył na smartfonie jego twarz i usłyszał głos, było widać w nim mnóstwo emocji.
Rehabilitacja i terapia będą bez wątpienia długotrwałe. Co uda się osiągnąć? Tego nikt nie potrafi przewidzieć. Lekarze mówią, że kluczowe będzie najbliższe pół roku. To wtedy okaże się, do czego uda się dojść. - Wierzymy, że będzie dobrze. Musimy się trzymać. Dla syna. Oczywiście, że czasami - w domu - pojawiają się łzy, ale musimy być silni. On też jest - od zawsze był waleczny, grał w rugby - mówi tata Bena.
Co się już udało?
Lekarze stosują tzw. technikę multisensoryczną - chodzi o próbę dotarcia do Bena na różne, często niestandardowe sposoby. Jest to m.in. stymulowanie węchem, choćby poprzez zapach kwiatów. Wiadomo, że Ben słyszy i czuje, reaguje na bodźce bólowe. Miał problemy ze wzrokiem i mocno ograniczone widzenie, m.in. ze względu na wysokie ciśnienie w jednym oku, ale to udało się ustabilizować lekami.
- Chodzi o to, aby doprowadzić Bena do takiego stanu, by poruszał się na wózku i potrafił obsłużyć się rękami - potrzymać kubek, chwycić jakiś przedmiot, dotknąć czegoś. Czy to się uda? Czas pokaże - słyszymy od lekarzy. Ben doświadczył tzw. locked in syndrome, czyli syndromu zamknięcia wewnętrznego. Ale powoli zaczyna z niego wychodzić.
Rodzice cały czas są przy synu, choć obecnie jest im trudniej - ośrodek jest na uboczu, daleko od przystanku, ciężko im tam dojechać. - Mam prawo jazdy, bo w Zimbabwe byłem kierowcą autobusów. Ale nie mamy samochodu. Przydałby się teraz bardzo, choćby jakiś stary, wysłużony, byle sprawny - mówi Bernard Moyo. Potrzebne są też środki na dalszą, bardziej intensywną rehabilitację.
Mamie i tacie Bena w Polsce pomagają m.in. jeden ze studentów z Zimbabwe - Emanuel i kuzynka - Maidei. - Są dla nas ogromnym wsparciem, pomagają nam się tutaj odnaleźć. To Emanuel założył zbiórkę dla Bena, wspierają nas na każdym kroku - mówi Yon Moyo.
Rodzice chcą też w Polsce podjąć pracę. Muszą to zrobić, żeby mieć z czego żyć. Oboje biegle mówią po angielsku, zaczęli też naukę polskiego. Mama w Zimbabwe była asystentką pielęgniarską - odwiedzała pacjentów w domach, pielęgnowała ich, myła, opiekowała się nimi na co dzień. - Jesteśmy zdeterminowani. Widzimy poprawę. Wierzymy, że to może pójść dalej, dzięki rehabilitacji i wsparciu - podkreślają małżonkowie.