Długie kolejki do hematologa. To nie w pieniądzach tkwi problem. "Nie warto wyważać drzwi"
68-letnia pani Maria źle się czuła, była słabsza niż wcześniej i osłabiona. Badania krwi wyszły nieciekawie, dlatego lekarz rodzinny dał jej skierowanie do hematologa. - Zostałam zapisana po nieco ponad trzech miesiącach, bo wcześniej nie było miejsc. Czekałam cierpliwie, bo nie stać mnie na wizytę prywatną. Gdy już się dostałam do hematologa, złapał się za głowę, że z takimi wynikami pozwolono mi tyle czekać na konsultację - opowiada. Dziś regularnie dostaje w szpitalu preparaty żelaza. - Czuję się zaopiekowana i mam już lepsze wyniki. Ale wydaje mi się, że nie powinno to tak wyglądać, że na wizytę u hematologa czeka się trzy, pięć czy nawet dziewięć miesięcy, bo i o takich sytuacjach też słyszałam - mówi pacjentka.
Na Lubelszczyźnie sytuacja z kolejkami do hematologa wygląda różnie. Są miejsca, w których nie trzeba czekać zbyt długo, ale są i takie - jak np. poradnia hematologiczna przy Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej - gdzie zapisy są na listopad 2025. W poradni w Łęcznej można się dostać do specjalisty dopiero w wakacje przyszłego roku.
Dlaczego kolejki są takie długie?
Dlaczego terminy są tak odległe? Powodów jest kilka. Po pierwsze, starzejące się społeczeństwo i coraz więcej diagnoz chorób hematologicznych. - Trzeba pamiętać, że większość takich chorób występuje w wieku między 65. a 70. rokiem życia. A to oznacza, że w społeczeństwie, które się starzeje, liczba takich pacjentów będzie rosnąć. Kolejny element wiąże się z tym, że nasi chorzy dłużej żyją. Pacjent, który - mówiąc wprost - przed laty po diagnozie żył 3-4 lata, dzisiaj żyje 10 lat. A żyje dłużej, bo są większe i bardziej skuteczne możliwości leczenia - mówi TOK FM prof. Krzysztof Giannopoulos z Zakładu Hematoonkologii Doświadczalnej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.
Profesor dodaje, że w hematologii - poobnie jak w onkologii - płatnik, czyli NFZ, płaci za wszystkie usługi. Takie są przynajmniej założenia, że w leczeniu w tej dziedzinie nie ma limitów. - Nie słyszałem, by ktoś ograniczał przyjęcia ze względu na problem finansowy. Choć jednocześnie słyszymy w mediach zapowiedzi, że pieniędzy ma być mniej i to nas niepokoi. Bo nasze procedury, leki w hematologii są dość kosztowne - mówi profesor. Są terapie, które kosztują po 200 tysięcy złotych miesięcznie, ale są i takie, których koszt podania leku to nawet półtora miliona złotych jednorazowo.
- Problemem jest też liczba hematologów w Polsce. Owszem, 10 lat temu było ich nieco ponad 200, dziś - powyżej 600. Kolejne osoby są też w trakcie specjalizacji. - Ale czy jest to wystarczająca liczba? Na pewno nie, bo - jak wskazałem - mierzymy się z problemem starzejącego się społeczeństwa, a to postępuje. Wskaźnik powinien wynosić powyżej 2 hematologów na 100 tysięcy mieszkańców, a mamy - 1,4. Są kraje, w których jest to powyżej 3 czy 4 hematologów na 100 tysięcy. Także widać, że te niedobory kadrowe są. Widać też, że absolwenci kierunku lekarskiego nie wybierają specjalizacji z hematologii tak chętnie jak dermatologii, radiologii czy okulistyki, choć liczymy, że to z każdym rokiem będzie się zmieniać - tłumaczy profesor.
W Polsce będzie za dużo lekarzy? 'To nie skończy się dobrze'
Na to wszystko nakładają się ogólne problemy systemu ochrony zdrowia w Polsce i niedostosowanie go do obecnych realiów. Na przykład to, że hematologia to dziś nowoczesne leki i terapie, które można byłoby podawać w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej, a nie tylko w szpitalu. - Czyli mówiąc inaczej, nie ma konieczności kładzenia się na oddział, by dostać dany lek raz na jakiś czas. Pacjent mógłby się zgłosić do poradni, blisko swojego miejsca zamieszkania i tam dostać odpowiednie leczenie, np. leki podawane podskórnie. Tyle, że mamy z tym problem - mówi profesor. O ile w poradniach przyszpitalnych tak się dzieje, o tyle w tych mniejszych - już nie.
W Polsce jest około 50 poradni hematologicznych przy klinikach i drugie tyle - mniejszych, prowadzonych najczęściej przez niepubliczne podmioty. - Dlatego pierwszy ruch jest po stronie Narodowego Funduszu Zdrowia i Ministerstwa Zdrowia, by dostosować narzędzia rozliczeniowe do potrzeb systemu. Bo te mniejsze centra mają kontrakt na hematologię, ale nie mają - na rozszerzoną diagnostykę czy na możliwość stosowania określonych terapii. I dlatego tego nie robią. Podam przykład: po biopsji szpiku ważne są np. badania genetyczne, których niestety nie można aktualnie rozliczać z poziomu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej - mówi Gianopullous.
Uczelnie medyczne w kłopocie. 'Każdy rektor bierze to na swoje barki'
- Inny przykład to badanie immunofenotypowe, czyli sprawdzenie, jak komórki różnią się między sobą - na przykład czym różni się zdrowy limfocyt od chorego - przy białaczce czy chłoniaku. W zwykłej analizie morfologicznej często tego nie widać, a można to określić badaniem specjalistycznym, które dla nas - hematologów - jest badaniem podstawowym. I tu także nie ma potrzeby hospitalizacji chorego. Problem w tym, że nie ma też w systemie lecznictwa specjalistycznego takiego produktu rozliczeniowego. Czyli my wiemy, jak to zrobić, ale nikt za to nie zapłaci. I kółko się zamyka - tłumaczy hematolog z Lublina.
"Nie warto wyważać drzwi, tylko kopiować dobre rozwiązania"
Prof. Krzysztof Giannopoulos zwraca uwagę na coś jeszcze - kolejki dałoby się skrócić przy większej i bardziej efektywnej współpracy hematologów i lekarzy rodzinnych. W wielu przypadkach - jak słyszymy - wystarczyłaby jedna konsultacja hematologiczna i rozpisanie leczenia na przyszłość tak, by w kolejnych miesiącach pacjenta mógł poprowadzić lekarz POZ.
- Oczywiście są przypadki pilne, w których opieka hematologiczna jest potrzebna tu i teraz, ale lekarz specjalista hematologii jest w stanie ocenić, czy dany pacjent to właśnie taki przypadek pilny, czy też można mu ustawić leczenie na dłuższy czas i może się zgłosić do hematologa np. po roku - mówi profesor. I dodaje, że tego typu rozwiązanie działa już w ramach opieki koordynowanej i współpracy lekarzy rodzinnych np. z kardiologiem czy endokrynologiem. Teraz można byłoby to rozszerzyć także na hematologię.
Profesor i tu podaje jeden z przykładów. - Załóżmy, że mamy do czynienia z pacjentem z łagodną cytopenią, czyli z osobą, która ma za mało np. określonych krwinek białych. Trafia do hematologa, który wie, że za tym obniżonym poziomem krwinek może się kryć nieistotna przyczyna, może być to konsekwencja choroby autoimmunologicznej, ale może też kryć się choroba, która za chwilę będzie ostrą białaczką. Hematolog potrafi to doskonale ocenić. Przykładowo, w Wielkiej Brytanii pacjent z przewlekłą białaczką limfocytową, która jest jedną z najczęściej występujących, na co dzień jest pod opieką lekarza POZ. Natomiast do specjalisty trafia z reguły na jedną czy dwie wizyty, aby dokładnie określić rozpoznanie i rokowanie. Oczywiście, gdyby się coś działo, zostanie do tego hematologa i tak skierowany - dodaje gość TOK FM. - To są rozwiązania przyjęte za granicą już dawno, dlatego nie warto wyważać drzwi, tylko kopiować dobre rozwiązania - wskazuje profesor.
Długie kolejki do lekarzy specjalistów, zadłużenie szpitali, zamykanie oddziałów - na antenie Radia TOK FM i na portalu tokfm.pl pokazujemy, jak nie działa polska ochrona zdrowia. W specjalnym cyklu materiałów reporterskich przedstawiamy historie z różnych miast. Czytaj i słuchaj na naszej antenie. Inne artykuły z tej serii:
1005 dni czekania do specjalisty. 'Czy wszyscy muszą tu przychodzić?'
'Na cito? Zapraszamy w połowie kwietnia'. Ogromne kolejki na rehabilitację
Tragiczna sytuacja szpitali powiatowych. Zamkną drzwi przed pacjentami?