Wszystkie afery profesora Kidyby. "Na niego nie ma mocnych"
- Prof. Andrzej Kidyba, najpewniej bez wiedzy Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, publikuje wybielające siebie informacje na stronie internetowej uczelni;
- Wykładowca jest w poważnym sporze ze studentami i swoim pracodawcą.
We wtorek 15 lipca "Wyborcza" poinformowała, że prokuratura twierdzi, iż prof. Andrzej Kidyba, wybitny specjalista prawa handlowego z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, honorowy konsul Republiki Federalnej Niemiec, przez ponad 20 lat miał znęcać się psychiczne nad żoną.
Prof. Andrzej Kidyba, który miał obrażać studentów na wykładach, zamieścił na stronie internetowej UMCS, czyli na oficjalnej stronie uczelni, informacje o pismach, które wysłał do dziekanów Wydziałów Prawa oraz Katedr Prawa Handlowego oraz Cywilnego róż nych uczelni. Pisma są bardzo obszerne, mają formę apelu - ale tak naprawdę stanowią formę obrony samego profesora i ataku na innych. Kidyba przedstawia swój dorobek, pisząc m.in.: "Brałem udział w kilkuset konferencjach, wybrano mnie na człowieka roku Forbsa. Wypromowałam ponad 1000 magistrów, licencjatów, prac podyplomowych. Jestem autorem ponad 500 publikacji, w tym ok. 60 książek".
Prokuratura 'gra na zwłokę' ws. piątki z Hajnówki? 'Nie chcą się przyznać do błędu'
"Według mnie nic nie dzieje się na poważnie. Choć na początku tak to mogło się wydawać. Pojawia się propaganda, mówienie o "wielkich sprawach", które nie istnieją bo rzeczywistość je zasłania. Społeczeństwo, w tym większość prawników, wierzy w to co widzi w telewizji, znajduje w intrenecie albo w bełkocie polityków. Dziś ten złodziej, jutro tamten, a pojutrze żaden. Kogel - mogel w głowach" - pisze w liście prof. Andrzej Kidyba. Szczegółowo odnosi się do wykładu z prawa handlowego i egzaminu, którego ostatecznie nie przeprowadził. Ma pretensje do władz uczelni, że nikt z nim o tym nie porozmawiał. "Decyzję o zawieszeniu mnie w czynnościach podjęła nieupoważniona struktura, ponieważ uprawnionym do wydania decyzji w przedmiocie zawieszenia nauczyciela akademickiego w pełnieniu obowiązków jest wyłącznie Rektor Uczelni. Powyższej decyzji Rektora nigdy mi nie doręczono, nie mam nawet wiedzy o tym, aby była wydana. Modus procedendi znalazł się poza prawem a wszystko (...) to kłamstwo. Stosowano też nagrania moich rozmów, bez mojej zgody" - pisze Andrzej Kidyba.
Uderza też wprost w innego z wykładowców, który - na prośbę dziekanów - przejął egzamin z prawa handlowego. "Ostatecznie egzamin przeprowadziła osoba bez niezbędnych kwalifikacji, która w postępowaniu habilitacyjnym otrzymała wszystkie recenzje negatywne (4) i komisja jednogłośnie (7 głosów) była przeciwko przyznaniu stopnia doktora habilitowanego. Rada Wydziału Prawa UMCS zignorowała to. Obecnie ten Pan stara się o tytuł Profesora. Jak widać „In cauda venenum" („Jad tkwi w ogonie")" - wskazuje Kidyba.
Prof. Adrian Niewęgłowski - bo to jego te słowa dotyczą - zastanawia się nad podjęciem kroków prawnych. - Nieprawdą jest jakobym nie miał niezbędnych kwalifikacji potrzebnych do przeprowadzenia egzaminu. Decyzja administracyjna o nadaniu mi stopnia doktora habilitowanego nie była kwestionowana i jest już prawomocna. Stopień ten został mi nadany uchwałą Rady Instytutu Nauk Prawnych UMCS po rzetelnym i gruntownym przeanalizowaniu sprawy i z zachowaniem pełnej transparentności. Przeważająca większość członków rady głosowała za nadaniem stopnia, od tego czasu awansowałem również na stanowisko profesora UMCS. Nie widzę w rezultacie powodu do kwestionowania moich kompetencji. Ich podważanie narusza moje dobra osobiste - dodaje Niewęgłowski.
Co na to uczelnia?
Uczelnia twierdzi, że nic nie wiedziała o wpisach profesora na oficjalnej stronie placówki, ani tym bardziej nie wydała na nie zgody. "Nie mieliśmy takiej wiedzy. Każdy pracownik UMCS sam definiuje swój profil osobowy w serwisie internetowym. Profil powinien zawierać przede wszystkim informacje dotyczące działalności (naukowej i/lub edukacyjnej), dane kontaktowe, sprawy organizacyjne, np. związane z prowadzeniem zajęć lub konsultacjami. Zgodnie z Regulaminem serwisu internetowego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej "za edycję profili osobowych odpowiadają pracownicy. Każdy pracownik odpowiada za aktualność i wiarygodność danych zamieszczonych w jego profilu oraz za zgodność tych danych z przepisami prawa, dotyczącymi zwłaszcza ochrony danych osobowych i praw autorskich" - wskazała w przesłanej nam odpowiedzi rzeczniczka uczelni Aneta Adamska.
Po nagłośnieniu tematu, listy profesora do dziekanów uczelni w całej Polsce zniknęły z jego profilu na stronie UMCS. Ale za kilka dni znów się pojawiły.- To jest jakaś kpina. Usunięto je, a on znów je zamieścił. Przez cały weekend "wisiały" na stronie i dalej "wiszą" - wskazał nam jeden z pracowników (prosząc o anonimowość). - Tam są sformułowania uderzające wprost we władze uczelni, szkalujące kolegę z wydziału. To nie powinno mieć miejsca, ale jak widać, na niego nie ma mocnych - dodał nasz rozmówca. Wskazał również, że sami studenci obawiają się, że ich sprawa zostanie zamieciona pod dywan i nie chcą do tego dopuścić. - Czerwona linia została przekroczona i ten temat musi być wyjaśniony. Nie można pozwolić, by jeden pracownik innym "grał na nosie" - powiedział wykładowca.
"Informacje zamieszczane na profilu osobowym pracownika uczelni powinny być ściśle związane ze sprawami służbowymi. Profil pracowniczy UMCS nie służy do publikacji prywatnych treści. Władze rektorskie i dziekańskie nie akceptują jakichkolwiek wypowiedzi mogących naruszać dobra osobiste członków wspólnoty akademickiej" - napisała nam rzeczniczka Aneta Adamska. I dodała, że "decyzją władz UMCS treści, które mogły naruszać dobra osobiste członków wspólnoty akademickiej, zostały usunięte ze strony uczelni". Dziś kontrowersyjne listy znów są jednak dostępne na profilu prof. Kidyby.
Jest coś jeszcze
W swoich listach do dziekanów i kierownków katedr profesor zasugerował, że "nowe władze dziekańskie Wydziału Prawa i Administracji wycofały się z decyzji z 29.04.2024 r. i poprosiły mnie o prowadzenie zajęć w roku akademickim 2024/2025. Obecnie znów ma miejsce chaos związany z planowanymi zajęciami" - wskazał naukowiec.
Andrzej Kidyba żadnych zajęć na uczelni obecnie jednak nie prowadzi. Zapytaliśmy rektora, czy rzeczywiście był plan przywrócenia go do prowadzenia wykładów i czy faktycznie ktoś z nim o tym rozmawiał. "Podczas toczącego się postępowania wyjaśniającego w sprawie (a nie przeciwko osobie), profesor Andrzej Kidyba formalnie posiadał status nauczyciela akademickiego zatrudnionego w grupie pracowników badawczo-dydaktycznych, którego jednym z podstawowych obowiązków jest prowadzenie kształcenia. Władze dziekańskie Wydziału Prawa i Administracji dążą więc do zapewnienia Profesorowi obciążenia dydaktycznego, jednakże w związku z przedłużającymi się długimi nieobecnościami Pana Profesora, nie uwzględniły go w planach zajęć dydaktycznych na rok akademicki 2024/2025" - przekazała nam rzeczniczka uczelni.
O co chodzi w sprawie prof. Kidyby?
Prof. Andrzej Kidyba to prawnik, ekspert z zakresu prawa handlowego, radca prawny, prezes Lubelskiej Fundacji Rozwoju. Jest autorem, współautorem lub redaktorem kilkuset publikacji naukowych. Napisał też ponad 300 opinii prawnych na zlecenie zarówno organów państwowych, jak i przedsiębiorców. Ponadto jest arbitrem polskich i zagranicznych stałych sądów arbitrażowych.
Na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie wykładał prawo handlowe, od wielu lat przeprowadzał też z tego przedmiotu egzamin. I właśnie od egzaminu się zaczęło - pisaliśmy o tym w maju 2024 roku. Powodem odwołania miały być internetowe wpisy, które oburzyły wykładowcę - na anonimowym koncie wobec profesora używano sformułowań takich jak: "przemoc seksualna", "mobbing", "nadużycia władzy".
Profesor egzaminu nie przeprowadził, a na jednym z wykładów odniósł się do całej sytuacji (studenci wszystko nagrali). Nawiązał też do tego w długiej, nocnej rozmowie telefonicznej z jedną ze studentek (rozmowa też została nagrana i jest dołączona jako dowód do postępowania dyscyplinarnego). Odnosząc się do autora wpisu powiedział m.in.: "Ja mam pozwolenie na broń, a mam broń. Ja wam już mówiłem, ja chciałbym nosić motykę i rozwalić łeb, bo to może ma sens i niech to będzie jakiś sygnał dla was, przyszłych prawników, że pewne rzeczy można tolerować, innych nie (...)" - cytujemy wprost z nagrania.
Z kolei w rozmowie ze studentką profesor powiedział m.in.: "Jeżeli chcecie, a zaczynacie wojnę ze mną, to idźcie dalej. Ja odejdę z uniwersytetu, ale wy nie skończycie studiów". Padły też sformułowania: "Jesteście tacy beznadziejni"; "Czego tylko dotkniecie w życiu, wszystko przegracie"; "Zostaniecie rozgnieceni jak gnidy, jak nie wiem co"; "Okazaliście się bandą głupoli, bez charakterów".
Sprawa trafiła do rzecznika dyscyplinarnego, a ten - jak pisaliśmy - wszczął postępowanie i ostatecznie skierował sprawę do komisji dyscyplinarnej. "Rzecznik dyscyplinarny uznał, że zgromadzony w sprawie materiał dowodowy wskazuje na popełnienie przez prof. A. Kidybę deliktu dyscyplinarnego" - informowała nas w listopadzie 2024 roku rzeczniczka uczelni. Dziś mówi, że sprawa znów jest u rzecznika dyscyplinarnego. "Aktualnie akta są w posiadaniu rzecznika dyscyplinarnego do spraw nauczycieli akademickich, który powinien przeprowadzić kolejne czynności w sprawie, to jest przesłuchać dodatkowych świadków" - wskazała Aneta Adamska. O jakich świadków chodzi? Tego uczelnia nie ujawnia.