Do perfekcji opanowali sztukę promocji. "Noclegi rezerwują z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem"
Lublin coraz częściej staje się planem filmowym. Czasami jest sobą, ale innym razem - Warszawą czy Krakowem. Zagrał m.in. w serialach "Matylda" czy "Wojenne dziewczyny", ale też w filmach. Ostatnio - w hollywoodzkiej produkcji "Prawdziwy ból" Jessego Eisenberga. To film o dwóch kuzynach, którzy wybierają się po śmierci babci w sentymentalną podróż do Polski. Postanawiają poznać kraj, z którego pochodziła ich rodzina. Grający w tym filmie Kieran Culkin zdobył Oscara za rolę drugoplanową.
Dzięki filmowi o Lublinie zrobiło się głośno, również za granicą. - Po premierze nasza informacja turystyczna zaczęła dostawać pytania - czy to mailowe, czy w mediach społecznościowych - czy jest możliwość, aby poprowadzić turystów właśnie tą ścieżką filmową. M.in. dlatego w tym roku będziemy realizowali - razem z Lubelskim Funduszem Filmowym - specjalny szlak turystyczny, o filmowym Lublinie - mówi Krzysztof Raganowicz, prezes Lokalnej Organizacji Turystycznej "Metropolia Lublin".
Jak dodaje, filmy to znakomita promocja miasta wśród turystów. - Widać, że osoby, które widziały dany film czy serial są często zainteresowane zobaczeniem miejsc, w których dana historia się toczyła. To jest magnes dla turysty, coś, co wzbudza zainteresowanie - dodaje Raganowicz.
Kultura, kultura i jeszcze raz kultura
Miasto zyskuje też w oczach turystów dzięki filmom nagrywanym przez influencerów i blogerów. - Był u nas jakiś czas temu pan Zbigniew Czendlik, nagrywał jeden z odcinków swojego czeskiego programu turystycznego, bardzo popularnego. Czendlik to polski ksiądz katolicki, a jednocześnie w Czechach - medialny celebryta. Po emisji swojego programu, gdy kamperem przejeżdżał przez Lublin - to było w czwartek, a już w piątek w restauracji którą pokazał, pojawili się Czesi zainspirowani tym, co opowiedział - mówi w rozmowie z TOK FM Krzysztof Raganowicz.
Jak podkreśla, obecnie większość informacji o mieście czerpiemy z mediów społecznościowych i z internetu. - Dlatego, jeśli mamy możliwość, nawiązujemy kontakt i współpracę z influencerami z Polski, jak i z zagranicy. Zapraszamy też do nas zagranicznych dziennikarzy na wizyty studyjne. To jest jedna z najbardziej efektywnych metod promocji miasta. Jeśli blogerzy czy influencerzy pojawią się w Lublinie, pokażą miasto swoim odbiorcom, wiemy, że trafimy dzięki temu do turystów - dodaje nasz gość. Przyznaje jednocześnie, że są sytuacje, że za taką promocję trzeba zapłacić, ale - nawet wtedy - jest to dla miasta opłacalne.
- Przy okazji takich działań dowiadujemy się rzeczy, z których nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę. Przykładowo - nasz lubelski cebularz. Chwalimy się nim oczywiście od dawna, ale teraz widzimy, że wielu turystów patrzy na to szerzej - jako na polskie pieczywo. Bo okazuje się, że w wielu krajach na świecie czy w Europie pieczywo rzemieślnicze jest rarytasem, naprawdę trudnym do zdobycia. A w Lublinie - mają to na wyciągnięcie ręki, choćby cebularze z najstarszej lubelskiej piekarni Kuźmiuk. I wiemy, że to naprawdę przyciąga turystów - wskazuje nasz rozmówca.
Promocja a pieniądze
Miasto wydaje ogromne kwoty na wydarzenia kulturalne i na ich promocję. Widać, że to się sprawdza, bo wiele osób przyjeżdża do Lublina właśnie na konkretne imprezy. Choćby Noc Kultury, Jarmark Jagielloński, Festiwal Inne Brzmienia, Konfrontacje Teatralne czy Carnaval Sztukmistrzów, czyli święto tzw. nowego cyrku.
- Carnaval Sztukmistrzów stał się wizytówką naszego miasta. Turyści znają nasz festiwal i wracają do Lublina na to wydarzenie. M.in. dlatego, że to festiwal dla całych rodzin. Sama jestem mamą dwójki małych dzieci i wiem, jak to ważne, by była też oferta właśnie dla nich. Wielu rodziców, wybierając wakacyjne wyjazdy, patrzy m.in. na to, jak można spędzić czas z maluchem. A Carnaval to z jednej strony ciekawe miejsce dla dorosłych, ze sztuką nowego cyrku, występami i pokazami, a z drugiej - strefa zabaw i atrakcji właśnie dla dzieci - mówi wiceprezydent Lublina Beata Stepaniuk-Kuśmierzak.
W tym roku Carnaval odbędzie się od 24 do 27 lipca. Widzowie tradycyjnie już będą mogli podziwiać zapierające dech w piersiach spektakle teatralno-cyrkowe oraz doświadczać magii podczas licznych pokazów ulicznych. Będzie m.in. wielu highlinerów, czyli osób, które chodzą na linach nad głowami mieszkańców i turystów. W programie znajdą się także wydarzenia specjalne dla rodzin z dziećmi. To m.in. strefa animacji cyrkowych - miasteczko cyrkowe FrikArt, gdzie będzie można nauczyć się żonglerki, chodzenia na szczudłach czy balansowania na taśmie. Będzie również możliwość stworzenia własnej, unikatowej koszulki carnavalowej - to wszystko w Pracowni Witryna, czyli w studiu graficznym, które w swojej działalności łączy tradycyjną metodę sitodruku z nowoczesnym designem.
Miejsca noclegowe na czas Carnavalu Sztukmistrzów są praktycznie wyprzedane. - Nasi goście rezerwują je najczęściej z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Pierwsze rezerwacje były już w marcu - mówi Paulina Pukaluk, zastępca dyrektora Hotelu Ibis. Jak dodaje, widać zmianę w podejściu turystów do odwiedzania Lublina. Coraz częściej są to dłuższe pobyty. - Przyjeżdżają rodziny z dziećmi, ale też rodziny wielopokoleniowe, które np. rezerwują kilka pokoi. Widzimy, że oferta naszego miasta - w tym kulturalna - jest na tyle interesująca, że turyści uznają, że warto zostać dłużej - mówi gościni TOK FM.
W budżecie Lublina na 2025 rok na wydatki bieżące związane z promocją miasta zarezerwowano 3,6 miliona zł. Z kolei na wydatki bieżące związane ze sportem i turystyką - ponad 67 milionów zł, a z kulturą - ponad 78 milionów. Dodatkowo prawie 1,3 miliona zł to wydatki związane z upowszechnianiem turystyki i krajoznawstwa.
Promocja przez kulturę to także książki
Miasto zdecydowało się wydać "Sztukmistrza z Lublina" Isaaca Bashevisa Signera - książkę po raz pierwszy przetłumaczono wprost z języka jidisz. Wcześniej wszystkie tłumaczenia były z języka angielskiego. "Kiedy nauczyłam się jidysz i mogłam sięgnąć do oryginałów, przekonałam się, że niektóre anglojęzyczne wersje utworów Singera bardzo się różnią od pierwowzorów" - pisała w posłowiu do tego tłumaczenia prof. Monika Adamczyk-Garbowska. To ona przetłumaczyła książkę na język polski wprost z oryginału.
- Udało się wydobyć z tekstu oryginalnego wiele elementów, które opisują prawdziwy klimat społeczny żydowskiego Lublina, jak i elementy kulturowe czy nawet kulinarne, których wcześniej w amerykańskich tłumaczeniach nie było. Prawdopodobnie tłumacz wtedy uznał, że są to zbyt duże szczegóły, które nie będą interesowały amerykańskiego czytelnika. Przykładowo, w angielskiej wersji nie pojawiła się rzeka Bystrzyca, którą w Lublinie doskonale znamy, ale też elementy kulinarne jak cebularze i bajgle. Teraz w tym nowym tłumaczeniu oczywiście są - tłumaczy Krzysztof Raganowicz.
Po wydaniu książki prof. Adamczyk-Garbowska podkreślała, jak ważna jest to pozycja dla miasta, gdzie organizowanych jest wiele wydarzeń inspirowanych twórczością Bashevisa Singera. - Praca nad przekładem była dla mnie wielką przyjemnością. W pewnym sensie traktuję to jako mój dar dla Lublina i ukoronowanie mojego zainteresowania twórczością Singera i literaturą jidysz - mówiła pani profesor.